poniedziałek, 10 stycznia 2022

3 - Rowery

 

Rozdział 3

Rowery

 

 

Eva

 

Trzy tygodnie później

Ustawiłam swój granatowy, nie wypróbowany jeszcze, rower górski przy ścianie na galerii niedaleko otwartych drzwi do mojego mieszkania i sprawdzałam stan jego opon.

Byłam w stanie sama je napompować, ale nie byłam pewna, czy poradziłabym sobie z ewentualnymi dziurami.

Kupiłam go niedawno, podążając za poradami sprzedawcy, ale dokładnie wiedząc wcześniej, czego chciałam.

Poprzedni rower miałam kupiony przez mojego męża „na miarę” - miarę moich potrzeb, sił i tras, jakie pokonywałam - i brałam czynny udział w wybieraniu go (tę pasję dzieliliśmy z mężem, chociaż on wolał po prostu szybko, dynamicznie przejechać jak najdłuższą trasę, a ja lubiłam delektować się spacerem), więc wiedziałam czego mogę i powinnam oczekiwać.

Trzymałam jednak mój nowy rower w kącie przedpokoju, przestawiałam go do małej, nie urządzonej jeszcze, zagraconej sypialni, więc nie byłam pewna, czy nic mu się nie stało.

Mieszkałam już w moim nowym mieszkaniu.

Tydzień wcześniej do Stanów dotarły skrzynie z naszymi rzeczami, które nadaliśmy z Polski w specjalnych przesyłkach.

Były w nich resztki z naszego starego życia.

Sprzedaliśmy dom i samochody.

Niektóre meble udało się wstawić do komisu.

Trochę rzeczy rozdaliśmy rodzinie i znajomym.

Zabraliśmy ze sobą tylko drobiazgi, które i tak zajęły kilka skrzyń przeprowadzkowych.

Poleciałam do Carson samolotem, by pomóc w ich rozpakowaniu i selekcji.

Większość rozlokowaliśmy w domu moich dzieci.

Wynajęłam samochód od firmy przeprowadzkowej i część rzeczy: pojedyncze meble, książki, dekoracje, pościel, ubrania, i inne drobiazgi, przewieźliśmy do mnie.

Wtedy też Michał i Dorota odwiedzili mnie w moim nowym mieszkaniu.

Dorota była wysoka, jak na kobietę, wyższa ode mnie, i bardzo szczupła.

W przeciwieństwie do mnie jednak miała ładny biust i krągłe biodra.

Zarówno włosy jak i oczy miała ciemne, podobnie jak mój Michał, miała opaloną cerę od częstego przebywania na świeżym powietrzu i, również tak jak on, była wysportowana.

Mieli za dwa dni wrócić do Carson tą półciężarówką.

Wiedziałam, że syn we mnie nie wątpił, bo wiedział, że malowałam ściany w naszym starym domu, ale nadal było miło zobaczyć w jego oczach błysk  uznania, kiedy oglądali moje nowe miejsce do życia.

Dorota nie widziała tego mieszkania jako rudery, więc, nawet jeśli się zachwycała tym, jak je urządziłam (co było miłe), nie miało to takiego znaczenia.

On widział.

Miał porównanie.

Do mojej szafirowej sypialni zgodnie ze swoim planem wstawiłam pod parapet komodę z trzema długimi szufladami.

Była sosnowa i nieobrobiona, kupiona w sklepie dla majsterkowiczów, więc własnoręcznie ją wyszlifowałam i polakierowałam na kolor piasku.

Dodałam ciekawe rączki w kształcie muszli, by nabrała charakteru, który pasowałby do całej sypialni.

W podobnym kolorze - piasku obszyłam też, kupiony w sklepie meblowym z wieloma innymi rzeczami, cienki materac dziecinny, który zmieścił się na płycie obejmującej parapet i wierzch komody oraz w oknie zamontowałam w tym samym kolorze płócienną roletę.

Dorzuciłam tam kilka ozdobnych poduszek, które, wraz z niedużym, polarowym kocem, miały mi zapewnić przytulne miejsce do pracy.

Moje miejsce.

Na ścianie sypialni rozwiesiłam kilka antyram zawierających powiększone zdjęcia z różnych plaż, które sama zrobiłam przez lata podróży.

Łóżko kupiłam w komisie, używane i miało drewniane wezgłowie, które również wyszlifowałam (musiałam zedrzeć starą farbę) i pomalowałam.

Na ten sam kolor co komodę.

Było tak duże jak moje w starym domu, podwójne, tutaj nazywane king-size, więc nie mogło stać na środku sypialni, ale nie potrzebowałam tego.

Wystarczał mi dostęp do niego z jednej strony, z której na podłodze położyłam mały, beżowy, puchaty dywanik.

Dosunęłam je więc do ściany i zmieściłam jeszcze obok niego nową szafę z przesuwanymi, lustrzanymi drzwiami.

Znalazłam fantastyczny sklep z pościelą i kupiłam sobie jej kilka kompletów na zmianę.

Kupiłam tam między innymi beżową bawełnianą satynę na poduszki i kołdrę oraz ciemno niebieską narzutę z ciepłego polaru.

Poduszki i kołdra nadawały się do prania, więc miałam wszystko dookoła siebie zawsze pachnące i delikatne.

Kilka, rozrzuconych byle jak na łóżku, ozdobnych poduszek różnych rozmiarów w jaskrawych odcieniach błękitu, turkusu i zieleni ożywiało przestrzeń.

Kuchnię wykończyłam fantazyjnymi, terakotowymi płytkami (niektóre miały fantastyczny wzór słońca w kolorach żółtym, pomarańczowym i bordowym), które połączyłam z frontami szafek w kolorze wanilii, relingami i sprzętami kuchennymi w kolorze inox, a jedna ściana, ta południowa, z oknami, łączyła wizualnie otwartą przestrzeń kuchni, jadalni i salonu i była w ciepłym żółtym kolorze promieni słońca.

W części jadalni rozstawiłam niewielki stół na 6 osób.

Dzieci u siebie miały większy, rozsuwany na 16 osób i miałam nadzieję, że rodzina im się rozrośnie i będziemy tam urządzali święta i różne uroczystości.

Na stole w jadalni ustawiłam, kupiony niedawno w SLC, duży fantazyjny wazon, do którego wstawiałam wciąż świeże kwiaty.

Kupiłam również kilka podkładek w kwiatowe wzory, by mieć na czym częstować gości, których miałam nadzieję wkrótce mieć.  

Do salonu kupiłam gołębio szarą kanapę i taki sam fotel oraz wstawiłam mój stary, pamiątkowy dębowy stolik do kawy.

Na podłodze (tu też leżały plastikowe panele w kolorze jasnego drewna) rozłożyłam pleciony dywan z różnokolorowych pasm - szarości, brązu, pomarańczu i żółtego.

Ponieważ dwie ściany salonu pomalowałam na biało, na jednej dodałam miejscami fałszywe cegły z beżowych płytek klinkierowych (nieźle udawały odsłonięty mur) i zdecydowałam się tam powiesić moje stare grafiki.

Było ich osiem i przedstawiały zabytkowe rynki różnych, odwiedzanych przez nas przez lata miast Europy.

Wypadło to super.

Wzdłuż drugiej ściany ustawiłam niskie, dębowe komody, na których rozłożyłam moje muszle, kolejną pamiątkę.

Na słonecznej ścianie salonu obok okna dodałam duży, ozdobny zegar udający element wystający ze ściany - same cyfry i wskazówki w kolorze postarzanego złota.

Po dorzuceniu czekoladowo brązowej narzuty na kanapę i brązowych jaśków oraz jaśków, świeczek i wazonu w kolorze buddyjskim pomarańczowym, salon stał się mój.

Będąc w sklepie z wyposażeniem mieszkań, kupiłam też wiele doniczek (część pomarańczowych - do salonu), by w niedalekiej przyszłości wypełnić moje mieszkanie kwiatami.

W niewielkim korytarzyku przy drzwiach wejściowych, pomalowanym częściowo na kolor zielonego kiwi, a częściowo na cytrynowy, zainstalowałam drewniane wieszaki, poszarzane szafki na buty i niewielką szafkę pawlaczową na czapki, rękawiczki, bluzy i szaliki.

Zostawiłam tam jednak sporo wolnego miejsca, bo postanowiłam, że tu będę trzymała rower (potem okazało się, że i tak było na niego trochę za ciasno).

W całym moim nowym mieszkaniu miałam oświetlenie ledowe, które, jak się już kiedyś przekonałam, dawało duże oszczędności, ale było trudne w dobraniu barwy światła.

Z tym jeszcze eksperymentowałam.

Chciałam mieć wszędzie ciepłe światło.

Potem zaprosiłam Aleka i Sama na kolację, by uczcić zakończenie remontu mieszkania i zrobiłam im wycieczkę.

Obejrzeli całość i wyrazili swoje uznanie.

To bardzo dużo dla mnie znaczyło, bo zdążyłam już wcześniej poznać i docenić ich gust.

Doradzali mi w urządzaniu większej łazienki, z której wyrzuciłam brodzik, by powiększyć kabinę prysznicową.

Wyłożyłam ją, z pomocą chłopaków z ekipy remontowej (których przekupiłam mufinkami i kawą, bo Dominik obiecał, że będę miała dla siebie fachowców, ale nie powiedział kiedy), drobnymi kafelkami w różnych odcieniach dwóch kolorów: niebieskiego i zielonego.

Sufit był biały.

Na pozostałych ścianach położyłam duże, jasne, szafirowo niebieskie płyty (za namową Aleka duże - jako kontrast).

Na podłodze granatowe glazurowane płytki z białą fugą.

Kupiłam do niej białe szafki i jasny, stalowy zestaw prysznicowy, który miał funkcję deszczownicy.

Niebo.

Nie urządziłam jeszcze drugiej sypialni, która na razie stanowiła magazyn lub, jak kto woli to nazywać, graciarnię.

Wepchnęłam tam biurko, materac na wąskie łóżko i różne drobiazgi.

Przechowywałam tam również stare książki, albumy ze zdjęciami i pamiątki.

Zrobiłam na parapetówkę dla Aleka i Sama mój ulubiony duszony karczek z warzywami i kaszą.

Byłam pewna, że będzie to dla  ich nowość i nie myliłam się.

Na szczęście wszystko im smakowało.

Zachwycili się moją kawą - nie piłam kawy jak Amerykanie - przy każdej okazji, ale, jak się wcześniej przekonałam, oni też nie.

Do śniadania wolałam herbatę, a do kolacji sok lub wino.

Ale jeśli już piłam kawę, to prawdziwą, świeżo mieloną, z ekspresu ciśnieniowego (który wstawiłam już do swojej kuchni).

I nie rozcieńczałam jej smakowymi śmietankami.

Często też sama piekłam mufinki, ciastka lub ciasta.

I zawsze znajdował się ktoś z sąsiedztwa, kogo mogłam poczęstować moimi wypiekami do kawy (czasem też kawą).

Z Alekiem i Samem się szybko zaprzyjaźniliśmy.

Zostawiali czasem Tuk-tuka pod moją opieką w ciągu dnia, kiedy byli w pracy, a raz nawet zdarzyło się to do późna.

Wybrali się wtedy na swoją romantyczną kolację we dwóch i wrócili dopiero po pierwszej w nocy, ale i tak Alek przyszedł po psa.

Odwiedziłam raz kiedyś ich butik za usilną namową Aleka, ale nie dałam się namówić na większe zakupy, chociaż może wiele z sukienek by mi się podobało.

Nie miałabym okazji nosić tych wspaniałych ubrań, które mi oferowali.

Kupiłam tylko kilka koszulek, bo zbliżały się cieplejsze dni i jedne dżinsy, bo mieli fantastycznie przylegające do ciała, z wysokim stanem, jak lubiłam i dobrze się w nich czułam.

Jeszcze im nie powiedziałam, dlaczego mieszkałam sama i nie miałam żadnej rodziny oprócz syna i synowej.

Nie chciałam o tym ani myśleć, ani rozmawiać.

Z nikim.

Pewnego dnia znalazłam z tym wszystkim również czas na kilkudniową wycieczkę samochodem do Denver.

To była jedna z przyczyn, dla których chciałam mieszkać w Salt Lake City.

Bo było w połowie drogi między Sacramento i Denver.

Moja rodzina i moja przyjaciółka.

Janet.

Do tej pory znałyśmy się tylko on-line.

Tłumaczyłam jej książki, co było początkowo moim drobnym hobby, a potem stało się pasją, by przejść w jedyne źródło mojego dochodu i w ten sposób nawiązałyśmy znajomość.

Stopniowo poznawałyśmy się coraz lepiej, rozmawiałyśmy coraz więcej, aż dwa lata temu stwierdziłam, że jest moją najlepszą przyjaciółką.

Janet opowiadała mi o swoim ukochanym Denver takie cuda, że już dawno chciałam je odwiedzić.

Była szczerze, chociaż nie bezkrytycznie zakochana w tym mieście i potrafiłaby zachęcić do polubienia go dosłownie każdego.

Wydawało mi się, że znałam Denver od dziecka, tak wiele o nim od niej słyszałam, a teraz miałam zobaczyć to wszystko na własne oczy i byłam do tego nastawiona entuzjastycznie.

Nawet jeśli Janet przesadzała, wiedziałam, że się nie rozczaruję.

Ta wycieczka dała mi również okazję do wypróbowania jazdy moim elektrycznym Priusem w tak daleką trasę.

Wiedziałam, przekonałam się już, że to był dobry samochód do jazdy po mieście, ale obawiałam się dalszej trasy.

Okazał się być wspaniały.

Problemem okazało się ładowanie po drodze, ale na szczęście był hybrydą, więc po prostu jechałam „nieekologicznie”.

Zawsze uwielbiałam jechać samochodem dobrą drogą, a tym razem jechałam przez przepiękne góry, więc mogłam jechać ot tak po prostu, wypoczynkowo, tylko po to, by „łykać” kilometry.

Mijać życzliwych, uśmiechających się kierowców, dzieci machające do mnie z tylnych szyb samochodów.

Wybrałam się przepiękną trasą przez Park Narodowy Wasatch Mountain i zatrzymałam się na lunch w barze hotelu Daniels Summit Lodge.

Zajadałam tam grillowaną szynkę z serem i rozmawiałam z bardzo sympatyczną, życzliwą parą, siedzącą przy sąsiednim stoliku o atrakcjach szykowanych na sobotni wieczór.

Postanowiłam sobie, że w przyszłości poznam te tereny bliżej pieszo lub z roweru, bo to było moje kolejne hobby: poznawanie nowych terenów (zwłaszcza z roweru).

Dotarłam do Denver wieczorem, zameldowałam się w hotelu, tam też zjadłam kolację, a z przyjaciółką spotkałam się następnego dnia.

Spędziłam w Denver jeszcze dwa pełne dni, cały czas mieszkając w hotelu.

Dużo rozmawiałyśmy z Janet (również o jej ostatniej książce, której tłumaczenie właśnie kończyłam), a ona pokazywała mi miejsca, które były dla niej tak ważne, że umiejscowiła w nich akcję kilku swoich książkach.

Salt Lake City miało jako tło góry Wasatch, które z mojego mieszkania nie były widoczne, bo okna wychodziły na wschód, ale widywałam je zawsze, jadąc do sklepu i w inne miejsca.

W Denver Janet pokazała mi Fort Range, które stanowiło tło dla jej ulubionych miejsc w mieście.

Oprowadziła mnie po historycznej dzielnicy Dolne Śródmieście, nazywanej LoDo, opowiadając historię i legendy o niektórych miejscach.

Weszłyśmy do galerii handlowej w dzielnicy Cherry Creek, gdzie również weszłyśmy do restauracji.

Kupiłam za jej namową dwie piękne, przewiewne, letnie sukienki, jedne sandałki na szpilce i trochę bielizny (cieszyłam się, że, mimo wyprawy w spodniach, ogoliłam nogi).

Znalazłam w tej galerii również ekskluzywną perfumerię, w której udało mi się kupić moje ulubione perfumy, z czego bardzo się ucieszyłam, bo poprzednie mi się już kończyły.

Przy okazji przypomniałam sobie, jak to mój kochany tata kupił mi pierwsze perfumy na moje osiemnaste urodziny.

Nie pytając mnie o opinię, po prostu kupił mi najbardziej znane - Channel nr 5, bo chciał, żebym miała coś wyjątkowego.

Tamte perfumy kompletnie do mnie nie pasowały, bo były zbyt słodkie, ale to dało mi odwagę do poszukiwania własnego zapachu.

Moi oboje rodzice, zarówno tata jak i mama, często na różne sposoby zachęcali mnie do tego, abym była sobą, żebym realizowała swoje pasje.

Po wielu latach, teraz, miałam okazję do zastanowienia się, czy będąc taka, jaka byłam przy moim mężu, nie zeszłam z tej drogi, którą mi pokazywali.

Janet była dobra w słuchaniu tego typu opowieści, nie komentowała i nie oceniała, a pomogła mi rozprawić się z niektórymi wspomnieniami.

Sama opowiedziała mi o najnowszych przejściach z jej nowym mężczyzną, w związek z którym niedawno zaczęła się angażować.

Miałam nadzieję, że przetrwa on wszystkie problemy, które będzie musiał przetrwać, skoro Janet do tej pory nie miała łatwego życia, zwłaszcza dzieciństwa, i to rzutowało na jej postrzeganie mężczyzn.

Mogłam tylko stwierdzić i utwierdzić się w przekonaniu: nie ma to jak babska wyprawa do miasta, rozmowa przyjaciółek.

Kiedy się rozstawałyśmy trzeciego dnia rano, co, niestety, musiało nastąpić, zaprosiłam ją do siebie, do Salt Lake City.

Teraz mogłyśmy mieć stały, bliższy kontakt, a nie tylko rozmawiać przez komputer i telefon.

Po powrocie z Denver zaczęłam poznawać też moje nowe miasto.

Wyszukiwałam jego atrakcje w Internecie takie jak Cecret Lake, czy Natural History Museum of Utah, czytałam o nich, a potem jechałam je zobaczyć.

Znajdowałam na miejscu ludzi, którzy mogli mi coś opowiedzieć o tych miejscach (często byli to po prostu przewodnicy lub tam zatrudnieni pracownicy).

Lubiłam to robić.

Zawsze.

Prawie codziennie rozmawiałam przez Internet z kimś z rodziny lub z przyjaciółmi i ze znajomymi z Polski.

Opowiadałam im o moim nowym życiu, o poznawanych miejscach i w ten sposób zapewniałam ich, że ruszyłam dalej, przeszłam przez wyboje i perturbacje.

Wieczory spędzałam ze swoimi książkami i tłumaczeniami.

W świecie fantazji i wyobraźni.

Remont mieszkania był ukończony, ale przyjaźń z chłopakami z ekipy remontowej pozostała i chodziłam czasem do nich pogadać, chociaż nie chciałam im przeszkadzać w pracy.

Nazywałam ich chłopakami, ale, oczywiście, byli to dorośli faceci.

Hydraulik, Robert, na którego wołali Bobby, był niewysokim (niewiele wyższym ode mnie) brunetem, o wesołych, piwnych oczach i dziwnym poczuciu humoru, ale niesamowitą wiedzą o wodzie, rurach i wszelkich możliwych zdarzeniach z tym związanych.

Elektryk, Terens, Terry, był ogolony na łyso, wielki, ale miał  niezwykle delikatne dłonie z długimi palcami.

Uwielbiałam patrzeć, jak precyzyjnie łączył elementy okablowania z tym plastykowym „czymś”, co pozwalało na zrobienie odgałęzienia lub podłączenie, powiedzmy na przykład, lampy.

A jemu nie przeszkadzało, że wpatrywałam się zaczarowana w to, co robił i zagryzałam przy tym wargę.

Byli jeszcze Joe i Harry, na których reszta wołała Hip i Hop (blondyn i ciemnoskóry), którzy uzupełniali się niczym Yin i Yang.

Zajmowali się gipsowaniem, wybijaniem dziur, klejeniem płyt i kafli, malowaniem, czyli wszystkim pozostałym przy remoncie, a dogadywali się bez słów, więc często nie wiedziałam, o co im chodziło.

Nie ukrywam, że nad nimi też sterczałam przy każdej czynności, ale, szczęśliwie, nie mieli mi tego za złe.

Uwielbiałam patrzeć, jak sprawnie pracowali.

Oni lubili moje wypieki i moją kawę, a ja lubiłam myśleć, że chociaż trochę lubili moje towarzystwo.

Często razem żartowaliśmy, dowcipkowali ze mną swobodnie, aż pomyślałam, że może byliśmy przyjaciółmi.

Po zakończeniu remontu mojego mieszkania, albo może tej części, którą zechciałam mieć wyremontowaną, zaczęło mi jednak brakować ruchu.

Była wiosna, dopiero połowa marca, pogoda czasem płatała figle, ale dni zwykle bywały dość ciepłe.

Mogłam wybrać inne formy aktywności niż te ograniczone do pomieszczeń.

Chodziłam czasem na spacery, ale tylko w ciągu dnia i nie za daleko.

Zresztą, nie lubiłam chodzić.

Za to lubiłam jazdę na rowerze.

Myślałam o tym wszystkim, kiedy sprawdzałam sprawność mojego nowego, ale zaniedbanego, roweru.

Było już po porze lunchu, ale jeszcze daleko do zmierzchu.

Miałam na sobie strój sportowy: czarne legginsy, szarą bluzę i Snickersy i prawie gotowa do mojej pierwszej wycieczki rowerowej po nowych trasach.

Nie planowałam jak na razie dalekiej przejażdżki, bo nie byłam pewna swojej kondycji, ale na wszelki wypadek sprawdziłam na google maps kilka tras, które mogłabym poznać.

Zaabsorbowana swoimi myślami nie usłyszałam, że Jimmy wychodził ze swojego mieszkania.

Jimmy to był mój milczący, wspaniały sąsiad.

Mężczyzna z Moich Snów.

Przez miesiąc zdążyłam się przyzwyczaić do sporadycznego spotykania go na schodach lub galerii, ale nie mogłam się przyzwyczaić do jego urody i męskości.

Bert zdążył mi powiedzieć (z zachwytem), że był strażakiem.

Dowiedział się tego, oczywiście, zagadując go z uroczym wścibstwem dziecka, na które wszyscy się łapali.

Zachwycona część obejmowała jeżdżenie przez Jimmy’ego super fajnym, czerwonym i błyszczącym wozem strażackim.

Alek zdążył powiedzieć mi, że Jimmy miewał liczne dziewczyny, ale nigdy żadnej stałej.

Co ja sama mogłam potwierdzić z osobistych obserwacji, bo widziałam dwie z nich na schodach i na naszej galerii.

Jedną widziałam dawno temu (na początku mojego remontu) całkiem z bliska, bo wchodziła po schodach, kiedy ja schodziłam, bo miałam pojechać do sklepu spożywczego.

I wtedy, oglądając ją, przekonałam się, że, jak większość mężczyzn, Jimmy lubił u kobiet miękkie i obfite krągłości.

Ta, która właśnie do niego wchodziła, była młodą blondynką z gęstą, potarganą czupryną loków bez grzywki.

Miseczkę jej stanika (jeśliby go nosiła) oceniałabym może na nasze G lub nawet H.

Piersi dosłownie wylewały jej się z dużego dekoltu bardzo obcisłej koszulki na ramiączkach, a ja, tak, byłam o to trochę zazdrosna.

Niezależnie od panującego wtedy chłodu naszego ocienionego patio miała ogromne połacie nagiej, odsłoniętej skóry.

Cóż, mogła sobie na to pozwolić.

Miała naprawdę młodą, piękną, kuszącą, jędrną skórę.

Dwie godziny później blondynka wychodziła z jego drzwi akurat po tym, jak wróciłam ze świeżym pieczywem i sokiem i wchodziłam w drzwi mojego nowego mieszkania, ale Jimmy’ego nie widziałam.

Natomiast przez otwarte wówczas okno w sypialni z parkingu dał się słyszeć jej chichot zakończony dziewczęcym krzykiem-piskiem „Jimmy”, co było chyba ich pożegnaniem.

A mogłabym to obserwować (czego nie zrobiłam, by się nie dręczyć - przyznaję, że byłam zazdrosna), bo parking dla mieszkańców był widoczny z okna mojej sypialni, w którym spędzałam teraz sporo czasu podczas pracy na laptopie.

Sama również zdążyłam zauważyć, że Jimmy wracał o szóstej dwadzieścia rano lub po południu, bo pracował w systemie zmianowym 12/24.

Byłam pewna, że Jimmy nie zwracał na mnie uwagi, więc bez skrępowania co drugi dzień oglądałam, jak wysiadał ze swojego SUV’a i szedł szerokim, męskim krokiem w stronę budynku.

Nigdy nie wymieniliśmy więcej słów niż zwykłe powitanie.

Tym razem, zajęta, przykucnięta przy swoim rowerze, usłyszałam, jak mówił do moich pleców:

- Cześć. Potrzebujesz pomocy?

Zdezorientowana podniosłam się, obróciłam, odgarnęłam grzywkę i spojrzałam na niego.

Hmmm.

Mówił do mnie.

Nie było z pobliżu nikogo innego.

- Umm. Cześć - wymamrotałam speszona - Nie, dzięki, radzę sobie.

- Jestem Jimmy - patrzył mi prosto w oczy, lekko się uśmiechając.

Powiedziałam - Tak… umm… Eva.

Wiem kim jesteś - nie powiedziałam.

- Wybierasz się na wycieczkę? - zapytał marszcząc brwi.

- Umm… no, tak - odparłam, lekko odwracając się w stronę mojego roweru, bo nie rozumiałam do czego dążył.

- Jedziesz sama? - dopytywał się surowo.

- Umm… no, tak - powtórzyłam.

I w tym momencie kiwnął głową, odwrócił się i odmaszerował do swojego mieszkania.

Stałam z opuszczonymi rękoma i otwartą buzią.

Co to było?

Postanowiłam o tym nie myśleć.

Wróciłam do mojego roweru, uznałam, że wszystko było w porządku, a potem wróciłam na krótko do swojego mieszkania, spakowałam do plecaczka butelkę wody i telefon.

Może nie powinnam była wyjeżdżać na wycieczkę samotnie, ale remont był skończony i nie miałam powodów do zmęczenia fizycznego.

Znowu miałam kłopoty ze snem.

Musiałam się ruszyć.

Zamknęłam swoje drzwi na klucz, a potem schowałam go do kieszeni, która była w mojej sportowej bluzie na plecach i była zapinana na suwak i zniosłam rower po schodach.

Kiedy już zapięłam kask, założyłam okulary i właśnie dopinałam rękawiczki, poczułam obok siebie ruch.

To Jimmy postawił koło mnie swój własny rower.

Super wypasiony, czarny, terenowy rower górski.

Suuuuper.

B

Jimmy był ubrany w kompletny stój rowerowy (leginsy wspaniale uwydatniały jego umięśnione uda, a koszulka z długimi rękawami opinała mięśnie klatki piersiowej), włącznie z kaskiem i okularami i był gotowy do jazdy.

Wytrzeszczyłam oczy.

- Co robisz? - zapytałam, a właściwie wydyszałam.

- Jadę z tobą. - odparł krótko.

- Ale… nie musisz… ja… - jąkałam się.

- Zamierzasz tak stać i gadać, czy jedziemy? - wydawał się być zniecierpliwiony.

Zacisnęłam usta i wyprostowałam się.

Cóż, jeśli chciał jechać, niechby jechał swobodnie.

Co to mnie właściwie obchodziło.

Jego wola, a droga była szeroka.

Westchnęłam, wsiadłam na rower i ruszyłam przed siebie.

Wybierałam drogi rowerowe znane mi ze zdjęć z Internetu, skręcałam pewnie w nieznane - znane mi ścieżki.

Było wspaniale ponownie czuć sprawność swoich mięśni, mieć świadomość, że moje ciało poddaje się moim rozkazom, że miałam nad nim władzę.

Rower też okazał się być dokładnie takim, jakiego chciałam.

Skręcał, hamował i przyspieszał zgodnie z oczekiwaniami, przerzutki sprawnie przeskakiwały.

Czerpałam z tego dużo przyjemności.

Jechałam około pół godziny, aż wjechałam na wiadukt nad autostradą nr 80 i tam się zatrzymałam.

Poczułam, że Jimmy staje za mną.

W milczeniu patrzyliśmy na przejeżdżające samochody.

Ze zdziwieniem obserwowałam również na równoległych i dochodzących drogach czarne kariolki i inne wozy konne.

Wiedziałam, że Salt Lake City to było miasto mormonów, ale nadal zadziwiała mnie obecność konnych pojazdów na ruchliwych drogach, między nowoczesnymi samochodami.

- Zamierzasz jechać dalej? - zapytał Jimmy po chwili ciszy.

- Właściwie to moja pierwsza od tak dawna przejażdżka rowerowa, że wolałabym wrócić. - odparłam spokojnie spoglądając na niego przez ramię, a potem znowu patrzyłam na, zapierającą dech w piersiach, panoramę.

- Dobrze, bo muszę iść do pracy - odparł.

Kiedy to usłyszałam, poczułam się podle.

Odwróciłam się i spojrzałam na niego uważnie.

Patrzył nadal na samochody w dole pod nami.

W ogóle go nie znałam, ale wiedziałam, że mieszka sam, nie ma w swoim życiu żadnej stałej kobiety, która by się nim opiekowała, więc, nawet jeśli był to jego wybór, powinnam mu pomóc.

Nie wydawał się być złym człowiekiem, nawet jeśli nadmiernie lubił zmieniać kobiety.

A ja byłam zła, że pojechał za mną, zamiast być mu wdzięczną, że się mną zaopiekował!

- O której musisz wyjść z domu? - spytałam, sprawdzając godzinę na telefonie.

Była czwarta dwadzieścia po południu.

- Za dwadzieścia szósta, ale jeszcze muszę coś zjeść - odparł, nie patrząc w moją stronę i ruszając pierwszy.

- Okej, wracajmy - powiedziałam właściwie do siebie, skoro już pojechał i pojechałam za nim.

Jechaliśmy przez chwilę w milczeniu, a ja myślałam o tym, że powinnam jakoś mu się zrewanżować za troskę.

Zastanawiałam się chwilę, wahałam się.

Był miły, opiekuńczy, a ja właściwie go wykorzystywałam.

Podjęłam decyzję.

Zrównałam się z nim, zawołałam jego imię, po czym zaproponowałam:

- Może w ramach podziękowania za opiekę mogłabym ci zrobić kolację, kiedy będziesz się szykował do pracy?

- Może - odpowiedział znowu trochę dziwnie i trochę myląco, niezobowiązująco.

Postanowiłam przyjąć to za dobrą monetę, ustawiłam się rowerem za jego rowerem i jechałam dalej szybko za nim.

Nie byłam pewna, czy mogłabym go polubić, czy dałby się lubić.

Kiedy dojechaliśmy do naszego kompleksu mieszkalnego, Jimmy kazał mi zostawić rower na dole.

Okazało się, że obok biura Dominika był niewielki schowek.

Co prawda nie był zamykany, ale Jimmy zapiął nasze rowery razem kłódką i tak je zostawił.

Nie sprzeczałam się.

Weszliśmy po schodach, kiedy zawołałam jego imię, a potem otwierałam swoje drzwi z klucza.

- Za dwadzieścia minut będzie kolacja. Zostawię drzwi otwarte - zaprosiłam go, kiedy to robiłam.

- Po prostu wejdź. - dodałam i, nie oglądając się, poszłam, żeby ugotować pierś kurczaka z ryżem, co wiedziałam, że miałam częściowo przygotowane i wiedziałam, że szybko mogłam zrobić.

Nie zauważyłam, że zamarł w bezruchu, absolutnie zaskoczony moją zdecydowaną propozycją.

Wchodziłam przez swoje drzwi.

- Okej - usłyszałam, jak krzyczał, kiedy już przeszłam przez drzwi do środka swojego mieszkania.

Weszłam prosto do kuchni, wyjęłam z pojemnika mięso z warzywami, które miałam wcześniej pokrojone, zamarynowane i stojące na blacie kuchennym, bo i tak chciałam je tego dnia zrobić dla siebie (na dwa, trzy dni, ale jako odpłata za opiekę, mogliśmy je zjeść na jeden obiad), wstawiłam je na patelni na małym ogniu i wodę na ryż w garnku na drugim palniku, a potem poszłam pod prysznic.

W pięć minut obmyłam się, wytarłam i ubrałam się w czystą, żółtą, luźną, długą koszulkę, czarne leginsy i grube skarpetki, a potem poszłam do kuchni, by wrzucić torebkę ryżu do wody, która się przez ten czas zagotowała.

Otworzyłam puszkę z kukurydzą, pokroiłam świeżą paprykę, wyjęłam talerze i wtedy usłyszałam, że przyszedł Jimmy.

Zapukał do drzwi dwa razy i wszedł, nie poczekawszy na zaproszenie.

Wyjrzałam zza wyspy kuchni i zobaczyłam, że wchodził z przedpokoju i rozglądał się po moim salonie.

To  było dziwne uczucie.

A właściwie nie wiedziałam, co czułam.

Tak bardzo chciałam, żeby ta moja przestrzeń, pierwsza przestrzeń, która była tylko moja, jemu się podobała.

Nie wiedziałam, dlaczego to miało znaczenie.

Po prostu tak było.

Wyglądając w tamtą stronę z mojej kuchni, widziałam komody ustawione wzdłuż ściany naprzeciwko kanapy.

Nie miałam telewizora i nie zamierzałam mieć, więc ułożyłam na nich tylko moją ukochaną kolekcję muszli.

Zbierałam je przez lata sama i z pomocą przyjaciół.

Później latami trzymałam je w pudłach, a teraz codziennie je przekładałam, głaskałam i pieściłam.

Kiedy Jimmy wszedł do mojego mieszkania, przeszłam do salonu, by go powitać, ale poczułam się zawstydzona tym, jak dużo one odsłaniały, chociaż przecież nie mógł wiedzieć…

- Zaraz będzie jedzenie - zawołałam do niego i przeszłam z powrotem do kuchni, zachęcając go (jak miałam nadzieję), żeby szedł za mną.

Kiedy wyciągałam talerze z szafki nad kuchenką, zorientowałam się, że wciąż stał w salonie i rozglądał się po mojej przestrzeni.

Wciągnęłam powietrze, odwróciłam się i zagapiłam się na niego.

- Wiesz, widziałem, w jakim stanie było to mieszkanie dwa miesiące temu... - powiedział przechodząc do jadalni - Imponujące - machnął ręką dookoła - Zauważyłem, że nie miałaś pomocy. Wszystko zrobiłaś tu sama.

Zauważył?

O Boże kochany!

Najmilszy komplement, jaki słyszałam.

Delikatny.

Mówiący tak dużo.

- Umm... - zająknęłam się, nie wiedząc co mogłabym odpowiedzieć, co dodać.

Ale nie było nic do dodania.

Poczułam gorąco uderzające mi na policzki.

- Uch … - wymamrotałam i opuściłam głowę.

Po czym postanowiłam odgonić to dziwne uczucie, zmieniając temat, więc przegarnęłam grzywkę, podniosłam głowę i popatrzyłam na niego.

- Ryż i kurczak - odezwałam się cicho, ale zdecydowanie i dodałam - Usiądź, proszę.

Wskazałam przez ramię brodą na krzesła przy stole, na którym wcześniej naszykowałam podkładki, sztućce i szklanki z sokiem.

Odwróciłam się do blatu.

Szybko nałożyłam jedzenie na oba nasze talerze.

Przecież spieszył się do pracy.

Nie zastanawiając się nad tym co robię, nie pytając go o zdanie, nałożyłam mu dużą porcję, jak powinnam to zrobić pracującemu fizycznie, dużemu mężczyźnie.

Zaniosłam oba nasze talerze na stół, przy którym ciągle jeszcze stał.

- Nie wiem, czy to lubisz. Mam nadzieję, że nie będzie dla ciebie za mało. Na pewno jesteś głodny. - mówiłam, kiedy siadaliśmy - Nie zrobiłam sosu do ryżu, więc może chcesz ketchup? Chyba jakiś mam.

Zerwałam się z krzesła, by pobiec do lodówki.

- Nie, dzięki. - wymamrotał do talerza.

Usiadłam więc z powrotem i zaczęłam jeść, znowu nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.

Jego zachowanie i mina były dziwne, peszyły mnie, bo nie wiedziałam, o co mu chodziło.

Wzięłam głęboki wdech, podniosłam na niego wzrok i zapytałam konwersacyjnie - Dawno tu mieszkasz?

- Jakieś trzy miesiące. - odpowiedział cicho, nie przerywając jedzenia i patrząc w swój talerz - Znałem wspólnika Dominika z innego miejsca, więc jak szukałem czegoś, zaproponował mi to. Zająłem pierwsze wyremontowane mieszkanie.

- Tak, zauważyłam, że nie ma tu wielu lokatorów - powiedziałam cicho, ponownie zajmując się swoim jedzeniem.

- Chyba jutro ktoś się wprowadzi naprzeciwko - powiedział dziwnym tonem, jakby myślał o czymś innym, a ja podniosłam na niego wzrok.

Patrzył na mnie przed kilka uderzeń serca dziwnie intensywne, ale zaraz znowu zajął się jedzeniem.

Teraz wyglądał, jakby się spieszył i dopiero wtedy spojrzałam na zegarek, widoczny na mikrofalówce nad blatem kuchennym.

Było już wpół do szóstej.

- Och, zaraz musisz iść. - wyrwało mi się.

- Tak. - wymamrotał i ponownie spojrzałam na niego.

Właściwie skończył już jedzenie.

Ja zjadłam zaledwie połowę.

Nagle nie miałam apetytu.

Spojrzałam w mój talerz.

Wrzuciłam do ust trochę ryżu i przeżuwałam nie czując smaku.

Zaraz miałam znowu zostać sama.

Nie myśleć o tym.

Podniosłam głowę, wyprostowałam plecy i przybrałam mój wyćwiczony, pogodny wyraz twarzy.

Jimmy skończył jedzenie, wstał, zabrał talerz do kuchni.

- Zostaw to, sprzątnę - zawołałam, ale był już przy zlewie.

- Dzięki za kolację, ale naprawdę muszę lecieć - powiedział i podszedł do mnie blisko, bardzo blisko.

Odchyliłam głowę do góry, by na niego spojrzeć i miałam dziwne wrażenie, że zaraz mnie pocałuje na dowiedzenia.

Jakbyśmy to robili codziennie od lat.

Dotknął czubkami palców mojego ramienia, odwrócił się do drzwi i chwilę potem go nie było.

Poczułam dziwną pustkę i osamotnienie.

I wtedy zauważyłam, że nie oddychałam.

Spojrzałam na swój wypełniony talerz i opuściłam rękę z widelcem.

Już nie byłam głodna.

*****

Jimmy

Jimmy pojechał do pracy i spędził tam kilka godzin, wykonując rutynowo potrzebne czynności, zanim chociaż trochę ochłonął, chociaż nawet później kołatała mu się po głowie myśl, wspomnienie Evy.

Zwłaszcza tych mieniących się oczu.

I tych warg.

Pieprzyć go.

 Kiedy patrzył od góry na jej odchyloną głowę, lekko rozwarte usta, chciał… dziwne… chciał ją pocałować.

Wystarczyłoby, żeby się pochylił.

Przyciągała go jak pieprzony magnes.

Nie kusiła seksownością, nie.

Nie była w ogóle pociągająca.

Nie była w jego typie.

Za chuda.

Ale było coś…

Zauważył, że przesiadywała na parapecie swojego mieszkania w tym cholernym oknie wychodzącym na pieprzony parking dla mieszkańców.

Kiedy podjeżdżał tam swoim Highlander’em, widział jej sylwetkę oświetloną monitorem laptopa.

Potem, kiedy wysiadał, światło gasło, ale nadal widział jej cień w oknie.

Zastanawiał się, dlaczego to robiła.

Zauważył, że mieszkała sama, ale czasem jej nie było.

Na pieprzonym parkingu dla mieszkańców kompleksu nie było również jej Priusa, więc wiedział, że gdzieś wyjeżdżała na kilka dni.

Nie zdziwiło go to.

Miała zapewne znajomych, może rodzinę.

Ale tutaj była sama.

Całymi dniami.

Kurwa.

Taka kobieta nie powinna być sama.

Miał dziwne, przemożne cholerne pragnienie zaopiekowania się nią.

Zapewnienia jej bezpieczeństwa.

A kiedy ona zaopiekowała się nim, oniemiał.

Kurwa, pieprzone piekło!

Nikt nigdy - od śmierci jego mamy - nie martwił się, że ma za mało jedzenia, że mogłoby mu nie smakować, że nie zdążyłby się przygotować do pracy.

Ona się martwiła o niego.

Jezu Chryste.

I bardzo podobało mu się, jak, nie zwracając na niego uwagi, cicho, bez słów zachwycała się mijanymi miejscami, kiedy jechali rowerami.

Nie robiła tego na pokaz.

Po prostu podobało jej się.

Doszedł do wniosku, że ją lubił.

Tak.

Byłaby fantastyczną przyjaciółką.

*****

Eva

Późno wieczorem tego samego dnia

Byłam pod swoim prysznicem, zmywając pot po dniu pracy przy sprzątaniu kuchni i po praniu, jakie ostatecznie musiałam zrobić.

Myśląc o Jimmy’m, o jego spojrzeniu, o pragnieniu jego pocałunku, zaczęłam marzyć również o jego dłoniach na moim ciele.

Zauważyłam, że miał piękne dłonie.

Męskie i silne, ale z długimi, szczupłymi palcami.

Kiedy woda obmywała mnie z góry ciepłym deszczem, zaczęłam się gładzić po całym ciele i wyobrażałam sobie, że to Jimmy mnie dotyka.

Potrzebowałam seksu.

Zawsze za bardzo potrzebowałam seksu.

Teraz, kiedy byłam stara, byłam sama, nie powinnam o tym myśleć.

Ale myślałam.

Marzyłam.

Prawa ręka ześlizgnęła mi się po biodrze, a potem niżej brzuchu, aż weszła między moje nogi.

Palec wślizgnął się między wargi i wcelował.

Druga ręka nadal pieściła moją pierś.

Gładziłam się coraz intensywniej, wyobrażając sobie usta Jimmy’ego i jego wielkie, ciepłe ciało, wtulone w moje.

Moje usta na jego wspaniałych mięśniach.

Miałam ochotę owinąć nogi wokół jego bioder, wcisnąć swoją twarz w jego gorącą, umięśnioną szyję…

Pieściłam się coraz mocniej, szybciej, bardziej intensywnie, aż doszłam.

I wtedy uświadomiłam sobie, że wyjęczałam jego imię.

Nigdy, ani razu w swoim życiu, podczas orgazmu nie jęczałam nic sensownego, a na pewno nie imię męża.

Dotarło do mnie, że chciałam Jimmy’ego, a było to coś, czego nigdy, przenigdy nie mogłabym mieć.

Taki mężczyzna…

Moglibyśmy może być przyjaciółmi.

Więc wezmę to, co mogłam mieć.


 

3 komentarze: