Rozdział
3
Eva
Trzy tygodnie później
Ustawiłam
swój granatowy, nie wypróbowany jeszcze, rower górski przy ścianie na galerii
niedaleko otwartych drzwi do mojego mieszkania i sprawdzałam stan jego opon.
Byłam
w stanie sama je napompować, ale nie byłam pewna, czy poradziłabym sobie z
ewentualnymi dziurami.
Kupiłam
go niedawno, podążając za poradami sprzedawcy, ale dokładnie wiedząc wcześniej, czego chciałam.
Poprzedni
rower miałam kupiony przez mojego męża „na miarę” - miarę moich potrzeb, sił i
tras, jakie pokonywałam - i brałam czynny udział w wybieraniu go (tę pasję
dzieliliśmy z mężem, chociaż on wolał po prostu szybko, dynamicznie przejechać
jak najdłuższą trasę, a ja lubiłam delektować się spacerem), więc wiedziałam
czego mogę i powinnam oczekiwać.
Trzymałam
jednak mój nowy rower w kącie przedpokoju, przestawiałam go do małej, nie
urządzonej jeszcze, zagraconej sypialni, więc nie byłam pewna, czy nic mu się
nie stało.
Mieszkałam
już w moim nowym mieszkaniu.
Tydzień
wcześniej do Stanów dotarły skrzynie z naszymi rzeczami, które nadaliśmy z
Polski w specjalnych przesyłkach.
Były
w nich resztki z naszego starego życia.
Sprzedaliśmy
dom i samochody.
Niektóre
meble udało się wstawić do komisu.
Trochę
rzeczy rozdaliśmy rodzinie i znajomym.
Zabraliśmy
ze sobą tylko drobiazgi, które i tak zajęły kilka skrzyń przeprowadzkowych.
Poleciałam
do Carson samolotem, by pomóc w ich rozpakowaniu i selekcji.
Większość
rozlokowaliśmy w domu moich dzieci.
Wynajęłam
samochód od firmy przeprowadzkowej i część rzeczy: pojedyncze meble, książki,
dekoracje, pościel, ubrania, i inne drobiazgi, przewieźliśmy do mnie.
Wtedy
też Michał i Dorota odwiedzili mnie w moim nowym mieszkaniu.
Dorota
była wysoka, jak na kobietę, wyższa ode mnie, i bardzo szczupła.
W
przeciwieństwie do mnie jednak miała ładny biust i krągłe biodra.
Zarówno
włosy jak i oczy miała ciemne, podobnie jak mój Michał, miała opaloną cerę od częstego
przebywania na świeżym powietrzu i, również tak jak on, była wysportowana.
Mieli
za dwa dni wrócić do Carson tą półciężarówką.
Wiedziałam,
że syn we mnie nie wątpił, bo wiedział, że malowałam ściany w naszym starym
domu, ale nadal było miło zobaczyć w jego oczach błysk uznania, kiedy oglądali moje nowe miejsce do
życia.
Dorota
nie widziała tego mieszkania jako rudery, więc, nawet jeśli się zachwycała tym,
jak je urządziłam (co było miłe), nie miało to takiego znaczenia.
On
widział.
Miał
porównanie.
Do
mojej szafirowej sypialni zgodnie ze swoim planem wstawiłam pod parapet komodę
z trzema długimi szufladami.
Była
sosnowa i nieobrobiona, kupiona w sklepie dla majsterkowiczów, więc własnoręcznie
ją wyszlifowałam i polakierowałam na kolor piasku.
Dodałam
ciekawe rączki w kształcie muszli, by nabrała charakteru, który pasowałby do
całej sypialni.
W
podobnym kolorze - piasku obszyłam też, kupiony w sklepie meblowym z wieloma
innymi rzeczami, cienki materac dziecinny, który zmieścił się na płycie
obejmującej parapet i wierzch komody oraz w oknie zamontowałam w tym samym
kolorze płócienną roletę.
Dorzuciłam
tam kilka ozdobnych poduszek, które, wraz z niedużym, polarowym kocem, miały mi
zapewnić przytulne miejsce do pracy.
Moje
miejsce.
Na
ścianie sypialni rozwiesiłam kilka antyram zawierających powiększone zdjęcia z różnych
plaż, które sama zrobiłam przez lata podróży.
Łóżko
kupiłam w komisie, używane i miało drewniane wezgłowie, które również wyszlifowałam
(musiałam zedrzeć starą farbę) i pomalowałam.
Na
ten sam kolor co komodę.
Było
tak duże jak moje w starym domu, podwójne, tutaj nazywane king-size, więc nie
mogło stać na środku sypialni, ale nie potrzebowałam tego.
Wystarczał
mi dostęp do niego z jednej strony, z której na podłodze położyłam mały, beżowy,
puchaty dywanik.
Dosunęłam
je więc do ściany i zmieściłam jeszcze obok niego nową szafę z przesuwanymi,
lustrzanymi drzwiami.
Znalazłam
fantastyczny sklep z pościelą i kupiłam sobie jej kilka kompletów na zmianę.
Kupiłam
tam między innymi beżową bawełnianą satynę na poduszki i kołdrę oraz ciemno niebieską
narzutę z ciepłego polaru.
Poduszki
i kołdra nadawały się do prania, więc miałam wszystko dookoła siebie zawsze
pachnące i delikatne.
Kilka,
rozrzuconych byle jak na łóżku, ozdobnych poduszek różnych rozmiarów w
jaskrawych odcieniach błękitu, turkusu i zieleni ożywiało przestrzeń.
Kuchnię
wykończyłam fantazyjnymi, terakotowymi płytkami (niektóre miały fantastyczny
wzór słońca w kolorach żółtym, pomarańczowym i bordowym), które połączyłam z
frontami szafek w kolorze wanilii, relingami i sprzętami kuchennymi w kolorze
inox, a jedna ściana, ta południowa, z oknami, łączyła wizualnie otwartą przestrzeń
kuchni, jadalni i salonu i była w ciepłym żółtym kolorze promieni słońca.
W
części jadalni rozstawiłam niewielki stół na 6 osób.
Dzieci
u siebie miały większy, rozsuwany na 16 osób i miałam nadzieję, że rodzina im
się rozrośnie i będziemy tam urządzali święta i różne uroczystości.
Na
stole w jadalni ustawiłam, kupiony niedawno w SLC, duży fantazyjny wazon, do
którego wstawiałam wciąż świeże kwiaty.
Kupiłam
również kilka podkładek w kwiatowe wzory, by mieć na czym częstować gości,
których miałam nadzieję wkrótce mieć.
Do
salonu kupiłam gołębio szarą kanapę i taki sam fotel oraz wstawiłam mój stary,
pamiątkowy dębowy stolik do kawy.
Na
podłodze (tu też leżały plastikowe panele w kolorze jasnego drewna) rozłożyłam
pleciony dywan z różnokolorowych pasm - szarości, brązu, pomarańczu i żółtego.
Ponieważ
dwie ściany salonu pomalowałam na biało, na jednej dodałam miejscami fałszywe
cegły z beżowych płytek klinkierowych (nieźle udawały odsłonięty mur) i
zdecydowałam się tam powiesić moje stare grafiki.
Było
ich osiem i przedstawiały zabytkowe rynki różnych, odwiedzanych przez nas przez
lata miast Europy.
Wypadło
to super.
Wzdłuż
drugiej ściany ustawiłam niskie, dębowe komody, na których rozłożyłam moje
muszle, kolejną pamiątkę.
Na
słonecznej ścianie salonu obok okna dodałam duży, ozdobny zegar udający element
wystający ze ściany - same cyfry i wskazówki w kolorze postarzanego złota.
Po
dorzuceniu czekoladowo brązowej narzuty na kanapę i brązowych jaśków oraz
jaśków, świeczek i wazonu w kolorze buddyjskim pomarańczowym, salon stał się mój.
Będąc
w sklepie z wyposażeniem mieszkań, kupiłam też wiele doniczek (część
pomarańczowych - do salonu), by w niedalekiej przyszłości wypełnić moje
mieszkanie kwiatami.
W
niewielkim korytarzyku przy drzwiach wejściowych, pomalowanym częściowo na
kolor zielonego kiwi, a częściowo na cytrynowy, zainstalowałam drewniane wieszaki,
poszarzane szafki na buty i niewielką szafkę pawlaczową na czapki, rękawiczki,
bluzy i szaliki.
Zostawiłam
tam jednak sporo wolnego miejsca, bo postanowiłam, że tu będę trzymała rower (potem
okazało się, że i tak było na niego trochę za ciasno).
W
całym moim nowym mieszkaniu miałam oświetlenie ledowe, które, jak się już
kiedyś przekonałam, dawało duże oszczędności, ale było trudne w dobraniu barwy
światła.
Z
tym jeszcze eksperymentowałam.
Chciałam
mieć wszędzie ciepłe światło.
Potem
zaprosiłam Aleka i Sama na kolację, by uczcić zakończenie remontu mieszkania i
zrobiłam im wycieczkę.
Obejrzeli
całość i wyrazili swoje uznanie.
To
bardzo dużo dla mnie znaczyło, bo zdążyłam już wcześniej poznać i docenić ich
gust.
Doradzali
mi w urządzaniu większej łazienki, z której wyrzuciłam brodzik, by powiększyć
kabinę prysznicową.
Wyłożyłam
ją, z pomocą chłopaków z ekipy remontowej (których przekupiłam mufinkami i kawą,
bo Dominik obiecał, że będę miała dla siebie fachowców, ale nie powiedział kiedy), drobnymi kafelkami w różnych
odcieniach dwóch kolorów: niebieskiego i zielonego.
Sufit
był biały.
Na
pozostałych ścianach położyłam duże, jasne, szafirowo niebieskie płyty (za
namową Aleka duże - jako kontrast).
Na
podłodze granatowe glazurowane płytki z białą fugą.
Kupiłam
do niej białe szafki i jasny, stalowy zestaw prysznicowy, który miał funkcję
deszczownicy.
Niebo.
Nie
urządziłam jeszcze drugiej sypialni, która na razie stanowiła magazyn lub, jak
kto woli to nazywać, graciarnię.
Wepchnęłam
tam biurko, materac na wąskie łóżko i różne drobiazgi.
Przechowywałam
tam również stare książki, albumy ze zdjęciami i pamiątki.
Zrobiłam
na parapetówkę dla Aleka i Sama mój ulubiony duszony karczek z warzywami i
kaszą.
Byłam
pewna, że będzie to dla ich nowość i nie
myliłam się.
Na
szczęście wszystko im smakowało.
Zachwycili
się moją kawą - nie piłam kawy jak Amerykanie - przy każdej okazji, ale, jak
się wcześniej przekonałam, oni też nie.
Do
śniadania wolałam herbatę, a do kolacji sok lub wino.
Ale
jeśli już piłam kawę, to prawdziwą, świeżo mieloną, z ekspresu ciśnieniowego
(który wstawiłam już do swojej kuchni).
I
nie rozcieńczałam jej smakowymi śmietankami.
Często
też sama piekłam mufinki, ciastka lub ciasta.
I
zawsze znajdował się ktoś z sąsiedztwa, kogo mogłam poczęstować moimi wypiekami
do kawy (czasem też kawą).
Z
Alekiem i Samem się szybko zaprzyjaźniliśmy.
Zostawiali
czasem Tuk-tuka pod moją opieką w ciągu dnia, kiedy byli w pracy, a raz nawet zdarzyło
się to do późna.
Wybrali
się wtedy na swoją romantyczną kolację we dwóch i wrócili dopiero po pierwszej
w nocy, ale i tak Alek przyszedł po psa.
Odwiedziłam
raz kiedyś ich butik za usilną namową Aleka, ale nie dałam się namówić na większe
zakupy, chociaż może wiele z sukienek by mi się podobało.
Nie
miałabym okazji nosić tych wspaniałych ubrań, które mi oferowali.
Kupiłam
tylko kilka koszulek, bo zbliżały się cieplejsze dni i jedne dżinsy, bo mieli fantastycznie
przylegające do ciała, z wysokim stanem, jak lubiłam i dobrze się w nich
czułam.
Jeszcze
im nie powiedziałam, dlaczego mieszkałam sama i nie miałam żadnej rodziny
oprócz syna i synowej.
Nie
chciałam o tym ani myśleć, ani rozmawiać.
Z
nikim.
Pewnego
dnia znalazłam z tym wszystkim również czas na kilkudniową wycieczkę samochodem
do Denver.
To
była jedna z przyczyn, dla których chciałam mieszkać w Salt Lake City.
Bo
było w połowie drogi między Sacramento i Denver.
Moja
rodzina i moja przyjaciółka.
Janet.
Do
tej pory znałyśmy się tylko on-line.
Tłumaczyłam
jej książki, co było początkowo moim drobnym hobby, a potem stało się pasją, by
przejść w jedyne źródło mojego dochodu i w ten sposób nawiązałyśmy znajomość.
Stopniowo
poznawałyśmy się coraz lepiej, rozmawiałyśmy coraz więcej, aż dwa lata temu
stwierdziłam, że jest moją najlepszą
przyjaciółką.
Janet
opowiadała mi o swoim ukochanym Denver takie cuda, że już dawno chciałam je
odwiedzić.
Była
szczerze, chociaż nie bezkrytycznie zakochana w tym mieście i potrafiłaby
zachęcić do polubienia go dosłownie każdego.
Wydawało
mi się, że znałam Denver od dziecka, tak wiele o nim od niej słyszałam, a teraz
miałam zobaczyć to wszystko na własne oczy i byłam do tego nastawiona
entuzjastycznie.
Nawet
jeśli Janet przesadzała, wiedziałam, że się nie rozczaruję.
Ta
wycieczka dała mi również okazję do wypróbowania jazdy moim elektrycznym Priusem
w tak daleką trasę.
Wiedziałam,
przekonałam się już, że to był dobry samochód do jazdy po mieście, ale obawiałam
się dalszej trasy.
Okazał
się być wspaniały.
Problemem
okazało się ładowanie po drodze, ale na szczęście był hybrydą, więc po prostu
jechałam „nieekologicznie”.
Zawsze
uwielbiałam jechać samochodem dobrą drogą, a tym razem jechałam przez
przepiękne góry, więc mogłam jechać ot tak po prostu, wypoczynkowo, tylko po
to, by „łykać” kilometry.
Mijać
życzliwych, uśmiechających się kierowców, dzieci machające do mnie z tylnych
szyb samochodów.
Wybrałam
się przepiękną trasą przez Park Narodowy Wasatch Mountain i zatrzymałam się na
lunch w barze hotelu Daniels Summit Lodge.
Zajadałam
tam grillowaną szynkę z serem i rozmawiałam z bardzo sympatyczną, życzliwą parą,
siedzącą przy sąsiednim stoliku o atrakcjach szykowanych na sobotni wieczór.
Postanowiłam
sobie, że w przyszłości poznam te tereny bliżej pieszo lub z roweru, bo to było
moje kolejne hobby: poznawanie nowych terenów (zwłaszcza z roweru).
Dotarłam
do Denver wieczorem, zameldowałam się w hotelu, tam też zjadłam kolację, a z
przyjaciółką spotkałam się następnego dnia.
Spędziłam
w Denver jeszcze dwa pełne dni, cały czas mieszkając w hotelu.
Dużo
rozmawiałyśmy z Janet (również o jej ostatniej książce, której tłumaczenie właśnie
kończyłam), a ona pokazywała mi miejsca, które były dla niej tak ważne, że
umiejscowiła w nich akcję kilku swoich książkach.
Salt
Lake City miało jako tło góry Wasatch, które z mojego mieszkania nie były
widoczne, bo okna wychodziły na wschód, ale widywałam je zawsze, jadąc do
sklepu i w inne miejsca.
W
Denver Janet pokazała mi Fort Range, które stanowiło tło dla jej ulubionych
miejsc w mieście.
Oprowadziła
mnie po historycznej dzielnicy Dolne Śródmieście, nazywanej LoDo, opowiadając
historię i legendy o niektórych miejscach.
Weszłyśmy
do galerii handlowej w dzielnicy Cherry Creek, gdzie również weszłyśmy do
restauracji.
Kupiłam
za jej namową dwie piękne, przewiewne, letnie sukienki, jedne sandałki na szpilce
i trochę bielizny (cieszyłam się, że, mimo wyprawy w spodniach, ogoliłam nogi).
Znalazłam
w tej galerii również ekskluzywną perfumerię, w której udało mi się kupić moje
ulubione perfumy, z czego bardzo się ucieszyłam, bo poprzednie mi się już
kończyły.
Przy
okazji przypomniałam sobie, jak to mój kochany tata kupił mi pierwsze perfumy
na moje osiemnaste urodziny.
Nie
pytając mnie o opinię, po prostu kupił mi najbardziej znane - Channel nr 5, bo chciał, żebym miała coś
wyjątkowego.
Tamte
perfumy kompletnie do mnie nie pasowały, bo były zbyt słodkie, ale to dało mi
odwagę do poszukiwania własnego zapachu.
Moi
oboje rodzice, zarówno tata jak i mama, często na różne sposoby zachęcali mnie
do tego, abym była sobą, żebym realizowała swoje pasje.
Po
wielu latach, teraz, miałam okazję do zastanowienia się, czy będąc taka, jaka
byłam przy moim mężu, nie zeszłam z tej drogi, którą mi pokazywali.
Janet
była dobra w słuchaniu tego typu opowieści, nie komentowała i nie oceniała, a pomogła
mi rozprawić się z niektórymi wspomnieniami.
Sama
opowiedziała mi o najnowszych przejściach z jej nowym mężczyzną, w związek z którym
niedawno zaczęła się angażować.
Miałam
nadzieję, że przetrwa on wszystkie problemy, które będzie musiał przetrwać,
skoro Janet do tej pory nie miała łatwego życia, zwłaszcza dzieciństwa, i to
rzutowało na jej postrzeganie mężczyzn.
Mogłam
tylko stwierdzić i utwierdzić się w przekonaniu: nie ma to jak babska wyprawa do miasta, rozmowa przyjaciółek.
Kiedy
się rozstawałyśmy trzeciego dnia rano, co, niestety, musiało nastąpić, zaprosiłam
ją do siebie, do Salt Lake City.
Teraz
mogłyśmy mieć stały, bliższy kontakt, a nie tylko rozmawiać przez komputer i
telefon.
Po
powrocie z Denver zaczęłam poznawać też moje
nowe miasto.
Wyszukiwałam
jego atrakcje w Internecie takie jak Cecret Lake, czy Natural History Museum of
Utah, czytałam o nich, a potem jechałam je zobaczyć.
Znajdowałam
na miejscu ludzi, którzy mogli mi coś opowiedzieć o tych miejscach (często byli
to po prostu przewodnicy lub tam zatrudnieni pracownicy).
Lubiłam
to robić.
Zawsze.
Prawie
codziennie rozmawiałam przez Internet z kimś z rodziny lub z przyjaciółmi i ze
znajomymi z Polski.
Opowiadałam
im o moim nowym życiu, o poznawanych miejscach i w ten sposób zapewniałam ich,
że ruszyłam dalej, przeszłam przez wyboje i perturbacje.
Wieczory
spędzałam ze swoimi książkami i tłumaczeniami.
W
świecie fantazji i wyobraźni.
Remont
mieszkania był ukończony, ale przyjaźń z chłopakami z ekipy remontowej
pozostała i chodziłam czasem do nich pogadać, chociaż nie chciałam im przeszkadzać
w pracy.
Nazywałam
ich chłopakami, ale, oczywiście, byli to dorośli faceci.
Hydraulik,
Robert, na którego wołali Bobby, był niewysokim (niewiele wyższym ode mnie)
brunetem, o wesołych, piwnych oczach i dziwnym poczuciu humoru, ale niesamowitą
wiedzą o wodzie, rurach i wszelkich możliwych zdarzeniach z tym związanych.
Elektryk,
Terens, Terry, był ogolony na łyso, wielki, ale miał niezwykle delikatne dłonie z długimi palcami.
Uwielbiałam
patrzeć, jak precyzyjnie łączył elementy okablowania z tym plastykowym „czymś”,
co pozwalało na zrobienie odgałęzienia lub podłączenie, powiedzmy na przykład,
lampy.
A
jemu nie przeszkadzało, że wpatrywałam się zaczarowana w to, co robił i zagryzałam
przy tym wargę.
Byli
jeszcze Joe i Harry, na których reszta wołała Hip i Hop (blondyn i
ciemnoskóry), którzy uzupełniali się niczym Yin i Yang.
Zajmowali
się gipsowaniem, wybijaniem dziur, klejeniem płyt i kafli, malowaniem, czyli
wszystkim pozostałym przy remoncie, a dogadywali się bez słów, więc często nie
wiedziałam, o co im chodziło.
Nie
ukrywam, że nad nimi też sterczałam przy każdej czynności, ale, szczęśliwie,
nie mieli mi tego za złe.
Uwielbiałam
patrzeć, jak sprawnie pracowali.
Oni
lubili moje wypieki i moją kawę, a ja lubiłam myśleć, że chociaż trochę lubili
moje towarzystwo.
Często
razem żartowaliśmy, dowcipkowali ze mną swobodnie, aż pomyślałam, że może
byliśmy przyjaciółmi.
Po
zakończeniu remontu mojego mieszkania, albo może tej części, którą zechciałam
mieć wyremontowaną, zaczęło mi jednak brakować ruchu.
Była
wiosna, dopiero połowa marca, pogoda czasem płatała figle, ale dni zwykle bywały
dość ciepłe.
Mogłam
wybrać inne formy aktywności niż te ograniczone do pomieszczeń.
Chodziłam
czasem na spacery, ale tylko w ciągu dnia i nie za daleko.
Zresztą,
nie lubiłam chodzić.
Za
to lubiłam jazdę na rowerze.
Myślałam
o tym wszystkim, kiedy sprawdzałam sprawność mojego nowego, ale zaniedbanego, roweru.
Było
już po porze lunchu, ale jeszcze daleko do zmierzchu.
Miałam
na sobie strój sportowy: czarne legginsy, szarą bluzę i Snickersy i prawie gotowa
do mojej pierwszej wycieczki rowerowej po nowych trasach.
Nie
planowałam jak na razie dalekiej przejażdżki, bo nie byłam pewna swojej
kondycji, ale na wszelki wypadek sprawdziłam na google maps kilka tras, które
mogłabym poznać.
Zaabsorbowana
swoimi myślami nie usłyszałam, że Jimmy wychodził ze swojego mieszkania.
Jimmy
to był mój milczący, wspaniały sąsiad.
Mężczyzna z Moich Snów.
Przez
miesiąc zdążyłam się przyzwyczaić do sporadycznego spotykania go na schodach
lub galerii, ale nie mogłam się przyzwyczaić do jego urody i męskości.
Bert
zdążył mi powiedzieć (z zachwytem), że był strażakiem.
Dowiedział
się tego, oczywiście, zagadując go z uroczym wścibstwem dziecka, na które
wszyscy się łapali.
Zachwycona
część obejmowała jeżdżenie przez Jimmy’ego super fajnym, czerwonym i
błyszczącym wozem strażackim.
Alek
zdążył powiedzieć mi, że Jimmy miewał liczne dziewczyny, ale nigdy żadnej
stałej.
Co
ja sama mogłam potwierdzić z osobistych obserwacji, bo widziałam dwie z nich na
schodach i na naszej galerii.
Jedną
widziałam dawno temu (na początku mojego remontu) całkiem z bliska, bo
wchodziła po schodach, kiedy ja schodziłam, bo miałam pojechać do sklepu
spożywczego.
I
wtedy, oglądając ją, przekonałam się, że, jak większość mężczyzn, Jimmy lubił u
kobiet miękkie i obfite krągłości.
Ta,
która właśnie do niego wchodziła, była młodą blondynką z gęstą, potarganą
czupryną loków bez grzywki.
Miseczkę
jej stanika (jeśliby go nosiła) oceniałabym może na nasze G lub nawet H.
Piersi
dosłownie wylewały jej się z dużego dekoltu bardzo obcisłej koszulki na
ramiączkach, a ja, tak, byłam o to trochę zazdrosna.
Niezależnie
od panującego wtedy chłodu naszego ocienionego patio miała ogromne połacie
nagiej, odsłoniętej skóry.
Cóż,
mogła sobie na to pozwolić.
Miała
naprawdę młodą, piękną, kuszącą, jędrną skórę.
Dwie
godziny później blondynka wychodziła z jego drzwi akurat po tym, jak wróciłam
ze świeżym pieczywem i sokiem i wchodziłam w drzwi mojego nowego mieszkania,
ale Jimmy’ego nie widziałam.
Natomiast
przez otwarte wówczas okno w sypialni z parkingu dał się słyszeć jej chichot
zakończony dziewczęcym krzykiem-piskiem „Jimmy”, co było chyba ich pożegnaniem.
A
mogłabym to obserwować (czego nie zrobiłam, by się nie dręczyć - przyznaję, że byłam zazdrosna), bo parking dla
mieszkańców był widoczny z okna mojej sypialni, w którym spędzałam teraz sporo
czasu podczas pracy na laptopie.
Sama
również zdążyłam zauważyć, że Jimmy wracał o szóstej dwadzieścia rano lub po
południu, bo pracował w systemie zmianowym 12/24.
Byłam
pewna, że Jimmy nie zwracał na mnie uwagi, więc bez skrępowania co drugi dzień
oglądałam, jak wysiadał ze swojego SUV’a i szedł szerokim, męskim krokiem w
stronę budynku.
Nigdy
nie wymieniliśmy więcej słów niż zwykłe powitanie.
Tym
razem, zajęta, przykucnięta przy swoim rowerze, usłyszałam, jak mówił do moich
pleców:
-
Cześć. Potrzebujesz pomocy?
Zdezorientowana
podniosłam się, obróciłam, odgarnęłam grzywkę i spojrzałam na niego.
Hmmm.
Mówił
do mnie.
Nie
było z pobliżu nikogo innego.
-
Umm. Cześć - wymamrotałam speszona - Nie, dzięki, radzę sobie.
-
Jestem Jimmy - patrzył mi prosto w oczy, lekko się uśmiechając.
Powiedziałam
- Tak… umm… Eva.
Wiem kim jesteś -
nie powiedziałam.
-
Wybierasz się na wycieczkę? - zapytał marszcząc brwi.
-
Umm… no, tak - odparłam, lekko odwracając się w stronę mojego roweru, bo nie
rozumiałam do czego dążył.
-
Jedziesz sama? - dopytywał się surowo.
-
Umm… no, tak - powtórzyłam.
I
w tym momencie kiwnął głową, odwrócił się i odmaszerował do swojego mieszkania.
Stałam
z opuszczonymi rękoma i otwartą buzią.
Co to było?
Postanowiłam
o tym nie myśleć.
Wróciłam
do mojego roweru, uznałam, że wszystko było w porządku, a potem wróciłam na
krótko do swojego mieszkania, spakowałam do plecaczka butelkę wody i telefon.
Może
nie powinnam była wyjeżdżać na wycieczkę samotnie, ale remont był skończony i
nie miałam powodów do zmęczenia fizycznego.
Znowu
miałam kłopoty ze snem.
Musiałam
się ruszyć.
Zamknęłam
swoje drzwi na klucz, a potem schowałam go do kieszeni, która była w mojej
sportowej bluzie na plecach i była zapinana na suwak i zniosłam rower po
schodach.
Kiedy
już zapięłam kask, założyłam okulary i właśnie dopinałam rękawiczki, poczułam obok
siebie ruch.
To
Jimmy postawił koło mnie swój własny rower.
Super
wypasiony, czarny, terenowy rower górski.
Suuuuper.
B
Jimmy
był ubrany w kompletny stój rowerowy (leginsy wspaniale uwydatniały jego
umięśnione uda, a koszulka z długimi rękawami opinała mięśnie klatki
piersiowej), włącznie z kaskiem i okularami i był gotowy do jazdy.
Wytrzeszczyłam
oczy.
-
Co robisz? - zapytałam, a właściwie wydyszałam.
-
Jadę z tobą. - odparł krótko.
-
Ale… nie musisz… ja… - jąkałam się.
-
Zamierzasz tak stać i gadać, czy jedziemy? - wydawał się być zniecierpliwiony.
Zacisnęłam
usta i wyprostowałam się.
Cóż,
jeśli chciał jechać, niechby jechał swobodnie.
Co
to mnie właściwie obchodziło.
Jego
wola, a droga była szeroka.
Westchnęłam,
wsiadłam na rower i ruszyłam przed siebie.
Wybierałam
drogi rowerowe znane mi ze zdjęć z Internetu, skręcałam pewnie w nieznane -
znane mi ścieżki.
Było
wspaniale ponownie czuć sprawność swoich mięśni, mieć świadomość, że moje ciało
poddaje się moim rozkazom, że miałam nad nim władzę.
Rower
też okazał się być dokładnie takim, jakiego chciałam.
Skręcał,
hamował i przyspieszał zgodnie z oczekiwaniami, przerzutki sprawnie
przeskakiwały.
Czerpałam
z tego dużo przyjemności.
Jechałam
około pół godziny, aż wjechałam na wiadukt nad autostradą nr 80 i tam się zatrzymałam.
Poczułam,
że Jimmy staje za mną.
W
milczeniu patrzyliśmy na przejeżdżające samochody.
Ze
zdziwieniem obserwowałam również na równoległych i dochodzących drogach czarne
kariolki i inne wozy konne.
Wiedziałam,
że Salt Lake City to było miasto mormonów, ale nadal zadziwiała mnie obecność
konnych pojazdów na ruchliwych drogach, między nowoczesnymi samochodami.
-
Zamierzasz jechać dalej? - zapytał Jimmy po chwili ciszy.
-
Właściwie to moja pierwsza od tak dawna przejażdżka rowerowa, że wolałabym
wrócić. - odparłam spokojnie spoglądając na niego przez ramię, a potem znowu
patrzyłam na, zapierającą dech w piersiach, panoramę.
-
Dobrze, bo muszę iść do pracy - odparł.
Kiedy
to usłyszałam, poczułam się podle.
Odwróciłam
się i spojrzałam na niego uważnie.
Patrzył
nadal na samochody w dole pod nami.
W
ogóle go nie znałam, ale wiedziałam, że mieszka sam, nie ma w swoim życiu
żadnej stałej kobiety, która by się nim opiekowała, więc, nawet jeśli był to
jego wybór, powinnam mu pomóc.
Nie
wydawał się być złym człowiekiem, nawet jeśli nadmiernie lubił zmieniać
kobiety.
A
ja byłam zła, że pojechał za mną, zamiast być mu wdzięczną, że się mną zaopiekował!
-
O której musisz wyjść z domu? - spytałam, sprawdzając godzinę na telefonie.
Była
czwarta dwadzieścia po południu.
-
Za dwadzieścia szósta, ale jeszcze muszę coś zjeść - odparł, nie patrząc w moją
stronę i ruszając pierwszy.
-
Okej, wracajmy - powiedziałam właściwie do siebie, skoro już pojechał i pojechałam
za nim.
Jechaliśmy
przez chwilę w milczeniu, a ja myślałam o tym, że powinnam jakoś mu się
zrewanżować za troskę.
Zastanawiałam
się chwilę, wahałam się.
Był
miły, opiekuńczy, a ja właściwie go wykorzystywałam.
Podjęłam
decyzję.
Zrównałam
się z nim, zawołałam jego imię, po czym zaproponowałam:
-
Może w ramach podziękowania za opiekę mogłabym ci zrobić kolację, kiedy
będziesz się szykował do pracy?
-
Może - odpowiedział znowu trochę dziwnie i trochę myląco, niezobowiązująco.
Postanowiłam
przyjąć to za dobrą monetę, ustawiłam się rowerem za jego rowerem i jechałam dalej
szybko za nim.
Nie
byłam pewna, czy mogłabym go polubić, czy dałby
się lubić.
Kiedy
dojechaliśmy do naszego kompleksu mieszkalnego, Jimmy kazał mi zostawić rower na dole.
Okazało
się, że obok biura Dominika był niewielki schowek.
Co
prawda nie był zamykany, ale Jimmy zapiął nasze rowery razem kłódką i tak je
zostawił.
Nie
sprzeczałam się.
Weszliśmy
po schodach, kiedy zawołałam jego imię, a potem otwierałam swoje drzwi z
klucza.
-
Za dwadzieścia minut będzie kolacja. Zostawię drzwi otwarte - zaprosiłam go,
kiedy to robiłam.
-
Po prostu wejdź. - dodałam i, nie oglądając się, poszłam, żeby ugotować pierś
kurczaka z ryżem, co wiedziałam, że miałam częściowo przygotowane i wiedziałam,
że szybko mogłam zrobić.
Nie
zauważyłam, że zamarł w bezruchu, absolutnie zaskoczony moją zdecydowaną
propozycją.
Wchodziłam
przez swoje drzwi.
-
Okej - usłyszałam, jak krzyczał, kiedy już przeszłam przez drzwi do środka swojego
mieszkania.
Weszłam
prosto do kuchni, wyjęłam z pojemnika mięso z warzywami, które miałam wcześniej
pokrojone, zamarynowane i stojące na blacie kuchennym, bo i tak chciałam je
tego dnia zrobić dla siebie (na dwa, trzy dni, ale jako odpłata za opiekę,
mogliśmy je zjeść na jeden obiad), wstawiłam je na patelni na małym ogniu i
wodę na ryż w garnku na drugim palniku, a potem poszłam pod prysznic.
W
pięć minut obmyłam się, wytarłam i ubrałam się w czystą, żółtą, luźną, długą koszulkę,
czarne leginsy i grube skarpetki, a potem poszłam do kuchni, by wrzucić torebkę
ryżu do wody, która się przez ten czas zagotowała.
Otworzyłam
puszkę z kukurydzą, pokroiłam świeżą paprykę, wyjęłam talerze i wtedy
usłyszałam, że przyszedł Jimmy.
Zapukał
do drzwi dwa razy i wszedł, nie poczekawszy na zaproszenie.
Wyjrzałam
zza wyspy kuchni i zobaczyłam, że wchodził z przedpokoju i rozglądał się po
moim salonie.
To było dziwne uczucie.
A
właściwie nie wiedziałam, co czułam.
Tak
bardzo chciałam, żeby ta moja przestrzeń, pierwsza przestrzeń, która była tylko
moja, jemu się podobała.
Nie
wiedziałam, dlaczego to miało znaczenie.
Po
prostu tak było.
Wyglądając
w tamtą stronę z mojej kuchni, widziałam komody ustawione wzdłuż ściany
naprzeciwko kanapy.
Nie
miałam telewizora i nie zamierzałam mieć, więc ułożyłam na nich tylko moją ukochaną
kolekcję muszli.
Zbierałam
je przez lata sama i z pomocą przyjaciół.
Później
latami trzymałam je w pudłach, a teraz codziennie je przekładałam, głaskałam i
pieściłam.
Kiedy
Jimmy wszedł do mojego mieszkania, przeszłam do salonu, by go powitać, ale poczułam
się zawstydzona tym, jak dużo one odsłaniały, chociaż przecież nie mógł
wiedzieć…
-
Zaraz będzie jedzenie - zawołałam do niego i przeszłam z powrotem do kuchni,
zachęcając go (jak miałam nadzieję), żeby szedł za mną.
Kiedy
wyciągałam talerze z szafki nad kuchenką, zorientowałam się, że wciąż stał w
salonie i rozglądał się po mojej przestrzeni.
Wciągnęłam
powietrze, odwróciłam się i zagapiłam się na niego.
-
Wiesz, widziałem, w jakim stanie było to mieszkanie dwa miesiące temu... - powiedział
przechodząc do jadalni - Imponujące - machnął ręką dookoła - Zauważyłem, że nie miałaś pomocy. Wszystko zrobiłaś tu sama.
Zauważył?
O
Boże kochany!
Najmilszy
komplement, jaki słyszałam.
Delikatny.
Mówiący
tak dużo.
-
Umm... - zająknęłam się, nie wiedząc co mogłabym odpowiedzieć, co dodać.
Ale
nie było nic do dodania.
Poczułam
gorąco uderzające mi na policzki.
-
Uch … - wymamrotałam i opuściłam głowę.
Po
czym postanowiłam odgonić to dziwne uczucie, zmieniając temat, więc przegarnęłam
grzywkę, podniosłam głowę i popatrzyłam na niego.
-
Ryż i kurczak - odezwałam się cicho, ale zdecydowanie i dodałam - Usiądź,
proszę.
Wskazałam
przez ramię brodą na krzesła przy stole, na którym wcześniej naszykowałam
podkładki, sztućce i szklanki z sokiem.
Odwróciłam
się do blatu.
Szybko
nałożyłam jedzenie na oba nasze talerze.
Przecież
spieszył się do pracy.
Nie
zastanawiając się nad tym co robię, nie pytając go o zdanie, nałożyłam mu dużą
porcję, jak powinnam to zrobić pracującemu fizycznie, dużemu mężczyźnie.
Zaniosłam
oba nasze talerze na stół, przy którym ciągle jeszcze stał.
-
Nie wiem, czy to lubisz. Mam nadzieję, że nie będzie dla ciebie za mało. Na
pewno jesteś głodny. - mówiłam, kiedy siadaliśmy - Nie zrobiłam sosu do ryżu,
więc może chcesz ketchup? Chyba jakiś mam.
Zerwałam
się z krzesła, by pobiec do lodówki.
-
Nie, dzięki. - wymamrotał do talerza.
Usiadłam
więc z powrotem i zaczęłam jeść, znowu nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
Jego
zachowanie i mina były dziwne, peszyły mnie, bo nie wiedziałam, o co mu chodziło.
Wzięłam
głęboki wdech, podniosłam na niego wzrok i zapytałam konwersacyjnie - Dawno tu
mieszkasz?
-
Jakieś trzy miesiące. - odpowiedział cicho, nie przerywając jedzenia i patrząc
w swój talerz - Znałem wspólnika Dominika z innego miejsca, więc jak szukałem czegoś,
zaproponował mi to. Zająłem pierwsze wyremontowane mieszkanie.
-
Tak, zauważyłam, że nie ma tu wielu lokatorów - powiedziałam cicho, ponownie zajmując
się swoim jedzeniem.
-
Chyba jutro ktoś się wprowadzi naprzeciwko - powiedział dziwnym tonem, jakby
myślał o czymś innym, a ja podniosłam na niego wzrok.
Patrzył
na mnie przed kilka uderzeń serca dziwnie intensywne, ale zaraz znowu zajął się
jedzeniem.
Teraz
wyglądał, jakby się spieszył i dopiero wtedy spojrzałam na zegarek, widoczny na
mikrofalówce nad blatem kuchennym.
Było
już wpół do szóstej.
-
Och, zaraz musisz iść. - wyrwało mi się.
-
Tak. - wymamrotał i ponownie spojrzałam na niego.
Właściwie
skończył już jedzenie.
Ja
zjadłam zaledwie połowę.
Nagle
nie miałam apetytu.
Spojrzałam
w mój talerz.
Wrzuciłam
do ust trochę ryżu i przeżuwałam nie czując smaku.
Zaraz
miałam znowu zostać sama.
Nie myśleć o tym.
Podniosłam
głowę, wyprostowałam plecy i przybrałam mój wyćwiczony, pogodny wyraz twarzy.
Jimmy
skończył jedzenie, wstał, zabrał talerz do kuchni.
-
Zostaw to, sprzątnę - zawołałam, ale był już przy zlewie.
-
Dzięki za kolację, ale naprawdę muszę lecieć - powiedział i podszedł do mnie blisko,
bardzo blisko.
Odchyliłam
głowę do góry, by na niego spojrzeć i miałam dziwne wrażenie, że zaraz mnie
pocałuje na dowiedzenia.
Jakbyśmy
to robili codziennie od lat.
Dotknął
czubkami palców mojego ramienia, odwrócił się do drzwi i chwilę potem go nie
było.
Poczułam
dziwną pustkę i osamotnienie.
I
wtedy zauważyłam, że nie oddychałam.
Spojrzałam
na swój wypełniony talerz i opuściłam rękę z widelcem.
Już
nie byłam głodna.
*****
Jimmy
Jimmy
pojechał do pracy i spędził tam kilka godzin, wykonując rutynowo potrzebne
czynności, zanim chociaż trochę ochłonął, chociaż nawet później kołatała mu się
po głowie myśl, wspomnienie Evy.
Zwłaszcza
tych mieniących się oczu.
I
tych warg.
Pieprzyć
go.
Kiedy patrzył od góry na jej odchyloną głowę,
lekko rozwarte usta, chciał… dziwne… chciał ją pocałować.
Wystarczyłoby,
żeby się pochylił.
Przyciągała
go jak pieprzony magnes.
Nie
kusiła seksownością, nie.
Nie
była w ogóle pociągająca.
Nie
była w jego typie.
Za
chuda.
Ale
było coś…
Zauważył,
że przesiadywała na parapecie swojego mieszkania w tym cholernym oknie
wychodzącym na pieprzony parking dla mieszkańców.
Kiedy
podjeżdżał tam swoim Highlander’em, widział jej sylwetkę oświetloną monitorem
laptopa.
Potem,
kiedy wysiadał, światło gasło, ale nadal widział jej cień w oknie.
Zastanawiał
się, dlaczego to robiła.
Zauważył,
że mieszkała sama, ale czasem jej nie było.
Na
pieprzonym parkingu dla mieszkańców kompleksu nie było również jej Priusa, więc
wiedział, że gdzieś wyjeżdżała na kilka dni.
Nie
zdziwiło go to.
Miała
zapewne znajomych, może rodzinę.
Ale
tutaj była sama.
Całymi
dniami.
Kurwa.
Taka
kobieta nie powinna być sama.
Miał
dziwne, przemożne cholerne pragnienie zaopiekowania się nią.
Zapewnienia
jej bezpieczeństwa.
A
kiedy ona zaopiekowała się nim, oniemiał.
Kurwa,
pieprzone piekło!
Nikt
nigdy - od śmierci jego mamy - nie martwił się, że ma za mało jedzenia, że mogłoby
mu nie smakować, że nie zdążyłby się przygotować do pracy.
Ona
się martwiła o niego.
Jezu
Chryste.
I
bardzo podobało mu się, jak, nie zwracając na niego uwagi, cicho, bez słów
zachwycała się mijanymi miejscami, kiedy jechali rowerami.
Nie
robiła tego na pokaz.
Po
prostu podobało jej się.
Doszedł
do wniosku, że ją lubił.
Tak.
Byłaby
fantastyczną przyjaciółką.
*****
Eva
Późno wieczorem tego
samego dnia
Byłam
pod swoim prysznicem, zmywając pot po dniu pracy przy sprzątaniu kuchni i po
praniu, jakie ostatecznie musiałam zrobić.
Myśląc
o Jimmy’m, o jego spojrzeniu, o pragnieniu jego pocałunku, zaczęłam marzyć
również o jego dłoniach na moim ciele.
Zauważyłam,
że miał piękne dłonie.
Męskie
i silne, ale z długimi, szczupłymi palcami.
Kiedy
woda obmywała mnie z góry ciepłym deszczem, zaczęłam się gładzić po całym ciele
i wyobrażałam sobie, że to Jimmy mnie dotyka.
Potrzebowałam
seksu.
Zawsze
za bardzo potrzebowałam seksu.
Teraz,
kiedy byłam stara, byłam sama, nie
powinnam o tym myśleć.
Ale
myślałam.
Marzyłam.
Prawa
ręka ześlizgnęła mi się po biodrze, a potem niżej brzuchu, aż weszła między
moje nogi.
Palec
wślizgnął się między wargi i wcelował.
Druga
ręka nadal pieściła moją pierś.
Gładziłam
się coraz intensywniej, wyobrażając sobie usta Jimmy’ego i jego wielkie, ciepłe
ciało, wtulone w moje.
Moje
usta na jego wspaniałych mięśniach.
Miałam
ochotę owinąć nogi wokół jego bioder, wcisnąć swoją twarz w jego gorącą,
umięśnioną szyję…
Pieściłam
się coraz mocniej, szybciej, bardziej intensywnie, aż doszłam.
I
wtedy uświadomiłam sobie, że wyjęczałam jego imię.
Nigdy,
ani razu w swoim życiu, podczas orgazmu nie jęczałam nic sensownego, a na pewno
nie imię męża.
Dotarło
do mnie, że chciałam Jimmy’ego, a było to coś, czego nigdy, przenigdy nie mogłabym mieć.
Taki
mężczyzna…
Moglibyśmy
może być przyjaciółmi.
Więc
wezmę to, co mogłam mieć.
Bardzo mi się podobało 🙂 z niecierpliwością czekam na więcej.
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń