Epilog
Długie nowe życie
Eva
Prawie pięć lat później
Jimmy
stał na naszym tarasie z tyłu domu, otoczony naszymi dziećmi.
To
były jego pięćdziesiąte piąte urodziny.
Tym
razem ja jemu zorganizowałam imprezę.
Pochylił
się, wziął na ręce Davie’go i podszedł do stołu, na którym postawiłam tort.
-
Pomyśl życzenie - krzyknął Matt, Jimmy spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
Wiedziałam,
że większość jego życzeń się spełniła.
Mieliśmy
jeszcze tylko jedno i mieliśmy je razem.
Żeby
trwało to, co mieliśmy.
Prawie
pięć lat temu zaczęłam pewnego dnia dzielić się szczęśliwą i niespodziewaną
wiadomością z rodziną w Polsce, Kanadzie, z przyjaciółmi i znajomymi.
Reakcje
były różne, ale nie rozmawiałam z tymi, których opinia mnie nie interesowała, a
ci, którzy mnie (nas) kochali, ciągle powtarzali, że się cieszą, że życie dało
to nam, że zasługujemy na trochę szczęścia.
Właśnie
tak myślałam.
Najbardziej
ucieszyła się Janet.
Prawdę
mówiąc, sądzę, że nic nie jest w stanie jej wyleczyć z romantyzmu, więc po
prostu dostała swoją dawkę na żywo.
Tym
bardziej, że zdecydowała się na wspólne zamieszkanie z Chrisem, więc miała też
trochę tego dla siebie.
Niecały
miesiąc przed urodzeniem się naszego syna przenieśliśmy się na stałe do nowego,
dużego domu.
Był
położony w kwartale sąsiadującym z kwartałem Alice i Eddiego, więc niezbyt
daleko od wszystkich, ale bliżej podnóża gór.
Był
również w doskonałym, chociaż drogim sąsiedztwie.
Nie
mogłam go urządzać sama (malować, dekorować), bo mój mąż (i syn) z kumplami i
ich kobietami, zdecydowali, że, ze względu na moją ciążę, nie mogę się wysilać.
Nie
wynajęliśmy projektanta.
Wszystko
zrobiliśmy sami, ale Jimmy tym razem włączył się w kupowanie, przywożenie i
montaż wyposażenia, mebli, dywanów, a sam z kumplami pomalowali ściany.
Tyle
tylko, że kierował się moimi wcześniejszymi wyborami co do kolorów i dekoracji.
Pomagała
mu Sonija, która znowu miała okazję do sprzedaży mebli dla nas, Maggie, która
miała lepsze rozeznanie kolorów i Alice, która wiedziała, gdzie kupowałam
pościel i inne tkaniny do domu.
Nie
miałam żadnych uwag.
Kochałam
to.
Dom
miał sześć sypialni, w tym naszą, która składała się z części sypialnej i
małego pokoiku, który był garderobą i przygotowalnią dla mnie, z toaletką,
wygodnym fotelem do pracy i odpoczynku i szafkami na kosmetyki i biżuterię.
Zdecydowałam
się na pomalowanie całości na morski niebieski i nadanie jej takiego
charakteru, jak moja pierwsza sypialnia, a Jimmy się z tym zgodził i wszystko
zaaranżował.
Przeniósł
moje meble i zdjęcia.
Mogłam
co najwyżej wskazywać palcem, gdzie je rozstawić i zawiesić.
Każda
z sypialni miała dostęp do łazienki, chociaż pełnych łazienek było „tylko”
cztery (jedna wyłącznie nasza, duża, z wanną i prysznicem), a oprócz tego mała
toaleta z prysznicem przy drugim pokoju gościnnym.
Częścią
reprezentacyjną był biały salon z jasno zielonymi sofami i fotelami, między
którymi stały liczne, małe stoliki do kawy, a jedną ścianę zajmował duży, zamknięty,
obudowany piaskowcem kominek z wkładem, na którym stały dwie duże ramki ze
zdjęciami.
Jedno
przedstawiało mnie wtuloną w Jimmy’ego podczas naszego tańca na weselu Alice i
Eddiego.
Stałam
tyłem do Jimmy’ego, on obejmował mój brzuch skrzyżowanymi ramionami, a jedną z
dłoni rozłożył na nim z szeroko rozstawionymi palcami.
Moja
twarz była częściowo schowana w jego brodzie, miałam zamknięte oczy i było
widać, jak bardzo byliśmy szczęśliwi.
Drugie
przedstawiało samo szczęście całej
rodziny.
Zostało
zrobione przez Alice miesiąc po urodzeniu się Davie’go, na ganku naszego nowego
domu, na bujanej ławce.
Ja
siedziałam wtulona w bok Jimmy’ego, objęta jego ramieniem, z Davie’m na ręku, a
Maria i Matt siedzieli przytuleni do nas policzkami po naszych obu stronach.
Wszyscy
patrzyliśmy z uśmiechami prosto w aparat, chociaż moje oczy trochę uciekały w
stronę moich dzieci.
Całkiem
inny, bardziej (dużo bardziej) prywatny,
malowany obraz, wisiał w naszej sypialni nad komodą.
Były
na nim nasze dzieci.
To
znaczy mój (olbrzymi) brzuch i Matt z Marią przytuleni do niego po obu
stronach.
Wręcz
promieniowało z niego szczęście.
Częścią
mniej oficjalną domu była żółta bawialnia z dużymi kanapami Jimmy’ego,
fotelami, pufami, pomarańczowymi akcentami i stolikami do kawy, które były
ustawione w półkole, by można było na nich wylegiwać się podczas oglądania
meczów, filmów na olbrzymim, nowym telewizorze lub po prostu podczas wspólnego
spędzania czasu w gronie rodziny i przyjaciół.
W
najbardziej widocznym miejscu, na ścianie tuż przy wejściu powiesiliśmy w
ramkach dwa rysunki.
Pierwszym
był ten, który Matt zrobił po wypadku Jimmy’ego, na którym Jimmy przedstawiony
był jako Superbohater.
Drugi
był został narysowany przez Marie miesiąc po jej zamieszkaniu z nami, tuż po
ślubie Alice i Eddiego.
Miał
tytuł Rodzina.
Przedstawiał
dwoje dzieci: jedno z czarną czuprynką, a drugie z brązową i dwoje dorosłych,
jednego z brązowymi włosami i niebieskimi oczami, a drugiego z pomarańczowymi,
długimi włosami, w sukience, z kółkiem na brzuchu.
Maria
miała wtedy prawie 5 lat.
Uczyła
się wtedy pisania literek.
Na
rysunku było podpisane koślawo: MAMA, TATA, MAT, JA i ONA.
„Ona”
to był Davie, nasz synek.
Cóż,
powiedzmy, że Jimmy zbyt głośno kiedyś powiedział do mnie, że chciałby mieć córkę,
która wyglądałaby jak ja i Maria przyjęła za pewnik, że będzie miała siostrę.
Kiedy
urodziłam Davie’go, obraziła się na mnie i boczyła się przez kilka dni.
Potem
powiedziałam jej, że będzie miała młodszego brata do opiekowania się tak, jak
Matt opiekuje się nią.
Uwielbiała
Matta, więc się z tym pogodziła.
Uznała,
że będzie mogła go naśladować.
I
zrobiła to.
Była
w tym fantastyczna.
W
bawialni znalazło się też miejsce na starą ramkę ze zdjęciem mojej dawnej
rodziny, na ramkę ze zdjęciem rodziców Jimmy’ego i mnóstwo innych.
Między
bawialnią a kuchnią była jadalnia z białymi ścianami z wstawkami z jasnego
drewna i ze stołem, przy którym mogło usiąść nawet dwadzieścia osób.
Nasza
rodzina i przyjaciele.
W
jadalni postawiliśmy kredens z liczną i stale używaną zastawą stołową, muszlami
i tam również powiesiliśmy na ścianie moje stare grafiki.
Było
z niej wyjście przez duże, rozsuwane drzwi tarasowe na rozległy taras z
licznymi meblami, na których również bardzo często spędzaliśmy czas w dużym
gronie, często nas odwiedzających przyjaciół.
Jimmy
wyposażył kuchnię prawie bez mojego udziału.
Wykorzystał
fakt, że miałam wtedy ograniczoną swobodę ruchu, bo lekarka w ostatnich dwóch
miesiącach ciąży zabroniła mi wszelkiego wysiłku.
Jimmy
stwierdził, że muszę dużo leżeć i sam pojechał do sklepu.
Tam
po prostu kupił sprzęt najwyższej klasy.
A
mnie „pozwolił” wybrać szafki, płytki, blaty itp. (z Internetu).
Nie
wynajęliśmy również żadnego architekta krajobrazu do zaprojektowania i
urządzenia otoczenia.
Nasz
(duży) ogród stopniowo, przez lata urządzałam sama, z pomocą Alice, Maggie,
Marii i Matta.
Nie
miał bardzo dużego trawnika do systematycznego koszenia (tylko z tyłu
wydzieliłam dla chłopaków „boisko” z bramką i słupkami do ćwiczeń).
Miał
za to dużo rabat kwiatowych, o które dbałam sama i z pomocą dzieci.
Niedaleko
domu był mały basen, który Jimmy kazał ogrodzić niską siatką, by małe dzieci
nie mogły same się do niego dostać.
Również
podjazd i podwórko otoczone były płotem.
Kiedy
rozmawiałam z Jimmy’m o tych wszystkich wydatkach, powiedział, że inwestuje w wygodną
i bezpieczną przyszłość naszej rodziny.
-
Aniele… - wyjaśnił, przytulając mnie do siebie bokiem tak, że mógł objąć mój
brzuch otwartą dłonią (co robił bardzo często, więc wiedziałam, że cieszy się z
naszego dziecka, a nie robi tego tylko ze względu na mnie) - …mówiłem ci, że
miałem bardzo długo pieniądze nietknięte na koncie i zarabiałem dużo nie
wydając nic, bo nie miałem celu. Teraz mam na co wydawać. Mamy nowe życie, nową
rodzinę. Dzieci.
-
Tak - szepnęłam - masz rację, mamy nowe życie. Wszyscy.
Pocałowałam
go mocno i głęboko, bo miał w tym rację.
Nie
mieliśmy powodu, by się specjalnie ograniczać, by udawać kogoś i coś, czym nie
byliśmy.
I
bardzo mi się podobało to, jak dbał o mnie i nasze dzieci.
W
ramach zabezpieczania przyszłości naszych dzieci ustanowiliśmy z Michałem
fundusz powierniczy dla Adama i Marii z pieniędzy z odszkodowania, Jimmy taki
sam fundusz ustanowił dla Matta ze swoich pieniędzy (z innego konta, na którym
miał pieniądze ze sprzedaży domu i odziedziczone po rodzicach), a ja ze swoich
dla Berta.
Potem,
po urodzeniu się naszego synka, Jimmy założył z naszych wspólnych pieniędzy
fundusz dla Davie’go.
Każdy
z nich opiewał na pięćdziesiąt tysięcy dolarów i miał być dostępny dla dzieci
na wydatki związane z nauką lub po ukończeniu przez nich dwudziestego
pierwszego roku życia.
Bardzo
mi się podobało również to, że była jaszcze jedna rzecz, w której Jimmy był
bezkonkurencyjny.
To
było świętowanie.
Uwielbiałam
urządzać spotkania dla rodziny i przyjaciół przy różnych okazjach.
Ale
to Jimmy wyprawił najlepsze.
Imprezy,
które przeszły do legendy.
Po
pierwsze pierwszą rocznicę naszego ślubu.
To
było jak przyjęcie po ślubie, wesele.
Zaprosił
wszystkich naszych bliskich: rodzinę i przyjaciół (nawet moją rodzinę z Kanady)
i wynajął salę.
Zamówił
wielki tort, DJ’a i całe menu.
Zrobił
to w tajemnicy, więc miałam niespodziankę, a pomagały mu Alice, Maggie i
Sonija.
Ja
byłam wówczas w szóstym miesiącu ciąży, ale bawiliśmy się świetnie, chociaż
ostrożnie i bez alkoholu.
Miałam przy sobie całą rodzinę i byłam bardzo
szczęśliwa, tak jak i oni.
Po
drugie Jimmy urządził przyjęcie urodzinowe.
Moje.
Na
moje pięćdziesiąte urodziny, Jimmy wynajął cały hotel z restauracją w górach i
zaprosił tam wszystkich naszych
przyjaciół z rodzinami, również Janet z Chrisem i całą rodzinę.
Bawiliśmy
się cały weekend.
Michał
i Dorota mieli już wówczas dwójkę dzieci: miałam wnuczkę! (Dla której Michał
też założył fundusz, ale zdecydował, że sam za to zapłaci)
Czy
mówiłam wam, jak bardzo kochałam mojego wspaniałego męża?
Więc
teraz stałam w otwartych drzwiach na taras i patrzyłam, jak, otoczony przez
dzieci, rodzinę i przyjaciół, zdmuchuje świeczki na swoim torcie urodzinowym.
Na
stoliku obok leżały kluczyki do nowego SUV’a, którego kupiliśmy razem, chociaż
myślałam o nim jako o prezencie urodzinowym dla Jimmy’ego.
Był
to nowy Grand Cherokee, z napędem na cztery koła, Hybryda Plug-In, z siedmioma
miejscami, bo sprzedaliśmy Highlandera.
A
po zgaszeniu wszystkich świeczek i gromkim „Happy Birthday…”, podeszłam z nożem
i talerzami, by pokroić tort i rozdać go wszystkim, ale mój szalony mąż nie
pozwolił mi na to.
Wyjął
z moich rąk nóż i położył go na stole.
Zabrał
mi talerze i odstawił na bok.
Objął
mnie jedną ręką w talii, a drugą za kark we włosach, przychylił i pocałował.
Głęboko
i namiętnie, jakbyśmy byli sami i mieli zaraz wylądować w łóżku.
Wśród
pohukiwań, gwizdów i krzyków wyprostował mnie, a ja musiałam przytrzymać się
jego ramion, by się nie przewrócić.
-
Właśnie spełniło się moje urodzinowe życzenie - powiedział z błyskiem w oku, po
czym szepnął mi do ucha - Resztę odbiorę wieczorem, jak będziemy sami.
Kochałam
to i, bez wątpienia, zobaczył to w moich oczach.
*****
Jimmy
Parę godzin później
Jimmy
stał w otwartych drzwiach ich domu i patrzył, jak Eva na podjeździe macha
ostatnim odjeżdżającym gościom z Marią przytuloną do jej nóg.
Na
ręku miał śpiącego Davie’go, który siedział na jego przedramieniu, okraczając
jego brzuch, z ciemną główką wtuloną w jego szyję w miejscu, które tak kochała
Eva.
Matt
biegł po wąskim pasie trawnika wzdłuż podjazdu za odjeżdżającym pickupem
Eddiego, by machać Bert’owi.
Pogłaskał
otwartą dłonią plecki synka.
Przypomniał
sobie ten wieczór, kiedy się rodził.
Jimmy
wracał z pracy, kiedy Matt zadzwonił, że Evie odeszły wody i ma się pospieszyć,
bo ciocia Maggie wyszła pięć minut temu, by zdążyć przygotować wujkowi Davidowi
kolację w ich domu.
Czekali
na tę chwilę od kilku dni.
Byli
przygotowani.
W
szkole rodzenia dowiedzieli się jak przygotować torbę, jak przyuczyć dzieci do
pomocy.
Wszystko
było gotowe.
Nie byli
gotowi na to, że, zaraz po tym, jak Evie odeszły wody, zaczęła krwawić.
Jimmy
podjechał pod dom w tym samym momencie, kiedy Matt wybiegł, krzycząc:
-
Babci leci krew!
Maria
płakała ze strachu, a Eva próbowała ją uspokoić, ale sama była blada i
przestraszona.
Miała
tyle przytomności umysłu, że wcześniej kazała Mattowi przynieść do drzwi swoją
torbę, podać sobie ręcznik, który podłożyła pod siedzenie i zadzwoniła do Alice
z prośbą o pomoc.
Matt
był bardzo dzielny i pomocny.
Jimmy
nigdy nie zapomni tych trzech godzin, które spędzili z dziećmi w samochodzie, a
potem również z przyjaciółmi w poczekalni szpitala.
Tak
strasznie się bał, że straci ich oboje.
A
potem nagle było tak, jakby słońce wyszło zza chmur.
-
Ma pan syna - powiedział lekarz, który wyszedł do nich po operacji - Żona czuje
się dobrze. Zdążyliście na czas.
Zdążyli na czas.
Siedział
później przy jej łóżku, patrzył na swojego syna i wcale nie żałował, że to nie
córka, która byłaby podobna do jego Anioła.
Ich
syn był idealny.
Kiedy
Eva go zobaczyła, jej pierwszymi słowami były:
-
Hej, Słońce. Na imię damy mu David Richard.
Popatrzył
na nią i wybuchnął śmiechem, a potem pocałował ją w czoło.
Nie
dostała pełnego znieczulenia, tylko zewnątrzoponowe i była w zadziornym
nastroju.
Powiedziała
to tak, jakby miał się spierać.
A
przecież to było dla niego, jego marzenie.
Syn,
który byłby imiennikiem jego przyjaciela i jego taty.
-
Jak chcesz, Aniele - wymamrotał - Kocham cię.
-
Kocham cię, Jimmy - powiedziała, a on wiedział, że nigdy nie znudzi mu się
słuchanie tych słów.
A
tak na marginesie, wtedy ostatni raz Matt powiedział na Evę babcia.
Potem
zaczął nazywać ją mamą, a Jimmy’ego tatą.
Tak
samo jak Maria.
Szczególnie,
że wkrótce legalnie ich adoptowali i oboje mogli przyjąć ich nazwisko.
A
Jimmy to uwielbiał.
Zabrał
śpiącego syna do jego pokoju.
Tak.
Mieli
nowe życie, które mogli przejść razem.
I
trójkę dzieci.
Dała
mu to Eva.
*****
Eva
Dwa dni później
Wypakowałam
suszarkę i szłam z posortowanym praniem do pokoju Matta.
Pokoje
dzieci były blisko siebie, przedzielone łazienkami, potem były dwa pokoje
gościnne z osobną łazienką, a nasza sypialnia była nieco oddalona.
Kiedy
przechodziłam obok drzwi naszej dziesięcioletniej córeczki, Marii, usłyszałam cichy
głos Jimmy’ego, śpiewającego cicho, kołysankę:
Migocz, migocz, mała gwiazdko,
Jak się zastanawiam, kim jesteś.
Wysoko nad światem tak wysoko,
Jak diament na niebie.
Migocz, migocz, mała gwiazdko,
Jak się zastanawiam, kim jesteś!
Przystanęłam
w korytarzu i oparłam się skronią o ścianę.
Przypomniałam
sobie te dni, kiedy nauczyłam się jej i śpiewałam ją Marii, zanim uznała, że to
tatuś ma dla niej śpiewać.
Maria
miała wtedy gorączkę i był to dzień, kiedy Jimmy był na dyżurze.
Davie
skończył zaledwie sześć miesięcy i byliśmy w domu we trójkę, bo Matt był w
szkole.
Nie
mogłam zbić gorączki Marii, więc zadzwoniłam do Maggie i poprosiłam, by
przyjechała zostać z Davie’m, a sama wybrałam się do szpitala pediatrycznego,
by prywatnie poprosić o dobranie leków przeciwgorączkowych.
Maria
bardzo się denerwowała i majaczyła wyrzucając z siebie słowa po hiszpańsku,
które świadczyły o tkwiącej w niej głęboko traumie związanej z pożarem i utratą
bliskich.
Znalazłam
więc w Internecie kołysankę o gwiazdce, która doprowadza wędrowców do domu i
śpiewałam ją, puszczając jej z mojego telefonu znowu i znowu.
Kiedy telefon prawie się rozładował i chciałam
zachować resztki baterii na ewentualne SMS-y, zaczęłam śpiewać to sama.
Potem
śpiewaliśmy ją na zmianę z Jimmy’m, aż Maria poprosiła, żeby to tatuś jej
śpiewał.
Mój
ukochany miał swoją małą księżniczkę, którą uratował od smoka - ognia.
Był
jej rycerzem w lśniącej zbroi.
Po
latach mówienia mu o tym, wreszcie uwierzył.
Uwierzył,
że był bohaterem.
Był
nim dla wielu ludzi, w tym dla Davida.
Był
nim również dla mnie, bo uratował mnie przed samotną egzystencją wśród tłumu
ludzi.
Był
nim również dla Matta, bo uratował go przed brakiem miłości i poniewieraniem
przez matkę.
Poszłam
do pokoju Matta, opuszczonego, bo chłopcy (Matt i Bert) wyjechali na wakacje.
Alice
i Eddie mieli już trójkę swoich dzieci i Bert był bardzo kochany przez wszystkich
i przyjaźnił się z naszymi dziećmi.
Ostatnio
przyznał się mi, że marzy o tym, by zostać policjantem.
Kończył
szesnaście lat, robił prawo jazdy i świetnie mu szło w liceum.
Schowałam
koszulki Matta do szuflady, a potem poszłam do naszej sypialni przyszykować
prezent urodzinowy, którego mój mąż nie zdążył rozpakować.
Co
było jego.
Chociażby
dlatego, że dał temu nowe życie.
*****
Jimmy
Jimmy
zamknął drzwi do pokoju Marii, która wreszcie zasnęła, zasmucona po wyjeździe
Matta i poszedł do sypialni, do swojej żony.
Po
drodze zajrzał do pokoju małego Davie’go, by nachylić się nad łóżeczkiem i
pocałować jego główkę.
Pomyślał
o tym, jak zajebiste było to, że Eva doceniła przyjaźń jego i Davida.
Również
o reakcji Davida na wiadomość o tym, że ich syn jest jego imiennikiem.
Przyjaciel
nic nie powiedział i Jimmy nie spodziewał się tego, ale kiedy pobrali się z
Maggie i mieli własnego syna (który niedawno skończył rok) ten dostał na imię
James Daniel, czyli jego imię i imię dziadka Davida.
Jimmy
zgasił lampę, a zostawił tylko małą lampkę nocną rzucającą cienie gwiazdek na
ścianę, a potem przymknął drzwi do pokoju synka i poszedł prosto do żony.
Wszedł
cicho do ich sypialni, sadząc, że Eva szykuje się do snu w łazience lub już
leży, ale, po odwróceniu się od drzwi, zamarł w pół kroku.
Eva
stała przy łóżku i była owinięta od bioder po pachy szeroką, czerwoną wstążką z
dużą kokardą między piersiami.
Długie
końce kokardy zwisały aż między jej kolana.
-
Nie rozpakowałeś swojego ostatniego prezentu, kochanie - powiedziała cicho i
podeszła do niego na palcach, lekko kołysząc biodrami.
Jezu
Chryste, jaka ona była piękna i seksowna.
-
Nie mieliśmy czasu - wymamrotał niepotrzebnie, podchodząc do niej i schylając
się do jej ust.
Wziął
to tak, jak on to lubił i ona też lubiła.
Całował
ją gwałtownie, mocno i namiętnie, owijając językiem jej język i zgniatając jej
wargi.
Potem
odsunął się od niej na pół kroku i zaczął zdejmować buty i koszulkę.
-
Połóż się na wznak na łóżku - rozkazał, a ona podbiegła tam na palcach i wykonała
to natychmiast.
Zdjął
szybko z siebie resztę ubrania, czując jak naprężony kutas wyskakuje mu z
bokserek.
-
Podnieś ręce nad głowę i złap się poprzeczki - dyrygował nią, a ona prawie
wijąc się z podniecenia, dostosowywała się do jego wymagań.
Usiadł
okrakiem na jej biodrach, opierając się pośladkami o pięty tak, by jej zbyt
mocno nie naciskać swoim ciężarem i schwycił oburącz za końce wstążki.
Pociągnął
i powoli kokarda się rozwiązała.
Długie
końce wstążki przeciągnął obok jej twarzy i dalej, do poprzeczki w wezgłowiu, a
następnie przywiązał tam delikatnie ręce Evy za nadgarstki.
Popatrzył
jej w oczy i zobaczył, jak zagryza wargę.
Wiedział,
że ona wolała go dotykać, ale tym razem zamierzał wziąć swoją rozkosz długo i
do końca.
Tak
też lubiła mu dawać.
Zsunął
się po jej nogach, nie spiesząc się, biorąc swój czas i ciesząc się każdą
sekundą, gładził po drodze jej ciało przez materiał, a potem podciągnął brzeg wstążki
na jej biodrach i pomału rozchylił jej nogi.
Pocałował,
polizał wewnętrzną stronę jej jednego uda od kolana do pachwiny, a potem to
samo zrobił z drugim, czując napięcie jej mięśni i drżenie, które świadczyło o
tym, jak bardzo była podniecona i jak niecierpliwie na niego czekała.
Stopniowo
uniósł jedną jej nogę, a potem drugą, trzymając palcami pod jej kolanami, a
potem ukląkł między nimi tak, że jej stopy opierały się na zewnętrznej stronie jego
ud.
Patrzył
jak leży otwarta i czekająca na niego, dysząc przy tym, jakby przebiegła
dziesięć mil.
Gładził
dłońmi jej skórę na udach, biodrach, aż do brzucha przedzielonego blizną po
cesarskim cięciu w miejscu, w którym urodziła ich syna.
Zjechał
kciukami do szparki, pogładził i popieścił chwilę mokre wargi palcami, a potem
pochylił się nad nią i zaczął ją smakować.
Lizał
ją powoli, kręcąc we wszystkie strony językiem i wbijając go w nią, aż jej jęki
zamieniły się w skomlenie, a potem wpił się w jej łechtaczkę i zassał kilka
razy tak mocno, że nie miała innego wyjścia jak tylko dojść dla niego.
Mocno
i gwałtownie.
Wyginając
się w łuk.
Jęcząc
głośno jego imię.
Tak,
jak to kochał.
Kiedy
ciągle jeszcze była w objęciach orgazmu, uniósł jej biodra i, ciągle klęcząc
między jej nogami wbił się w jej zaciskającą się cipkę.
Kurwa,
jaka ciasna…
Słodka…
Jedwabista…
Mokra...
Jego.
Posuwał
ją, zgiął się i złapał ją za szczękę, a potem przycisnął usta do jej ust, by
spróbowała jego i siebie.
Zrobiła
to bez wahania tak, jak robiła to wcześniej.
Nie
było między nimi tabu.
Ich
języki tańczyły ze sobą przez chwilę, a potem odsunął głowę, nawet jak chciała
więcej.
Wbijał
się raz po raz patrząc na jej rozkosz, bo kolejny orgazm ogarnął ją, zanim
wyszła z mgły poprzedniego i musiał bardzo się skoncentrować, by nie dojść,
kiedy wchodził między mocno zaciskające się ściany.
A
potem wziął więcej jej, kiedy złapał zagiętymi palcami za brzeg wstążki na jej
piersiach i pociągnął ją do dołu.
Wyskoczyły
z ciasnego materiału, nagle uwolnione, większe po jej ciąży i po lepszym jedzeniu,
i Jimmy mógł się nimi nasycić.
Zgiął
się i , nie wychodząc z niej, wyprostował swoje nogi wzdłuż jej nóg, oparł się
na jednym przedramieniu i pompował nieustannie, zasysając jedną pierś a potem
drugą.
Eva
otaczała jego biodra nogami i jęczała głośno, ciągle dochodząc, co czuł mocno
na swoim kutasie.
Ściskała
go, jak zawsze, jak imadło.
Uwielbiał
to.
Nie
mogąc dłużej zapanować nad swoim podnieceniem wziął to, co należało do niego:
jej i swoją rozkosz.
Tym
razem wiedząc, że jego żona jest pod kontrolą lekarza i nie zajdzie w ciążę,
która mogłaby się zakończyć jej śmiercią.
Zamierzał
mieć z nią długie życie.
Długie
nowe życie.
*****
Jimmy
Rok później
Jimmy
wszedł do domu z garażu przez pomieszczenie gospodarcze do korytarza i
usłyszał, jak Eva trzaska garnkami po kuchni.
O,
tak.
Wkurzyła
się na niego.
Uśmiechnął
się do siebie.
To
byłoby świetne, ale przyjechał z Marią i Davie’m, więc nie mógł wykorzystać jej
temperamentu w sposób, w jaki by chciał.
Maria
miała już prawie jedenaście lat i wiele zauważała, a Davie miał ponad pięć i
był zapatrzony w siostrę.
Jego
duża córeczka była pogodna i wesoła, ale jednocześnie bardzo uważna i
troskliwa.
Dobrze
opiekowała się swoim młodszym bratem, więc teraz Jimmy mógł zostawić ich oboje
w salonie, a sam poszedł do kuchni.
Po
drodze postawił plastikową torbę, którą przyniósł z samochodu, na komodzie na
rogiem ściany, by Eva nie zobaczyła jej zbyt szybko.
Poszedł
wprost do swojej żony miotającej się wściekle po kuchni i schwycił jej kark, by
wziąć jej usta do pocałunku.
Dała
mu go.
O
tak.
Nawet
jak była taka na niego zła, jak wtedy była, nadal oddawała mu pocałunek na
powitanie.
-
Lunch poza domem! - wykrzyknęła ze
złością, odsuwając się od niego i energicznie, z trzaskiem odstawiając garnek
na kuchenkę, doskonale siedząc, że zostawił dzieci gdzieś daleko, by z nią
porozmawiać.
Odwróciła
się do niego przodem i oparła zaciśnięte w pięści ręce na biodrach.
Uwielbiał
to.
Jej
żar, oczy świecące zielonym światłem, rozgrzane policzki i falujące nozdrza.
Wszystko
było przed nim.
Miał
ochotę przerzucić ją przez ramię, zanieść do ich łóżka i mocno wypieprzyć.
Nie
mógł tego zrobić.
-
Zadzwoniłem - stwierdził coś, co wiedziała, skoro odebrała telefon.
-
Umawialiśmy się - warknęła.
-
Eva… - zaczął, ale nie dała mu dokończyć.
-
Przygotowałam ciasto na gofry… - mówiła ciągle głośno i nie słuchała go.
Miał
ochotę się zaśmiać, ale zdusił to w sobie.
-
A ty dzwonisz z informacją, że już
jecie - ciągnęła swoją perorę - Ot tak
po prostu. I ja mam tylko zaczekać.
-
Przecież… - znowu nie dała mu dojść do słowa i ponownie zaczął się zastanawiać
jakim cudem przeżyła dwadzieścia pięć lat z tamtym palantem, sądząc, że on ją
kocha, jeśli ukrywała dla niego i przed nim swój ognisty temperament.
-
Nie wierzę, że mnie nie słuchałeś, przecież powiedziałam,
że będę czekała… - miotała się i musiał to skończyć.
Podszedł
bliżej, schwycił ją w talii jedna ręką, a drugą wsunął w jej włosy na karku i
przycisnął jej usta do swoich.
Wyrwała
mu się i krzyknęła - Jimmy!
Przytrzymał
ja mocniej i pocałował bardziej gwałtownie.
Wkrótce
poczuł, że jej wargi się rozchylają i otoczyła go ramionami, a jednocześnie
przysunęła biodra do jego bioder.
Tak.
Taka
cholernie gorąca.
Tyle
lat razem, a on wciąż na nowo się tym zachwycał.
Odsunął
się, spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się na widok zamglonego spojrzenia, jakie
przesunęła na jego usta.
-
To chcesz te pancakesy czy nie? - zapytał.
-
Co? - wypchnęła powietrze z tym pytaniem.
-
Z jagodami. I myślę, że stygną - rzucił od niechcenia i puścił ją.
Odsuwając
się od niej odrobinę, patrzył na nią katem oka, bo nie był pewien, czy nie
upadnie na nos.
Zachwiała
się lekko, oszołomiona po pocałunku i jego słowach, a potem machnęła w jego
stronę palcami i musnęła nimi jego ramię.
-
Jesteś okropny! - warknęła, ale w jej
głosie usłyszał uśmiech.
Wiedziała,
że on wiedział, że to jej ulubione i wiedział, że wiedziała, że zadbał o to, by
miała lunch, kiedy oni już zjedli.
Wyszedł
z kuchni i poszedł po zostawioną torbę, przyniósł ją na blat kuchenny, a Eva w
tym czasie naszykowała talerze i sztućce na obniżonej części wyspy, która
służyła im jako stół kuchenny.
Mieli
tam osiem stołków, bo zawsze w którymś momencie okazywało się, że szybki
posiłek zamieniał się w posiedzenie całej rodziny, a czasem również przyjaciół.
Zresztą
wszyscy przychodzili do kuchni porozmawiać, kiedy Eva szykowała coś do jedzenia
lub sprzątała po jedzeniu.
Jimmy
wypakował z torby pudełka ze styropianu, a Eva otworzyła szeroko na nie oczy, a
potem wybuchnęła śmiechem.
-
Myślałam, że wy już jedliście -
powiedziała przez niego.
Kochał,
jak się śmiała.
Uśmiechnął
się.
-
To na wszelki wypadek - stwierdził.
-
No tak - mruknęła, wciąż uśmiechnięta.
Wiedzieli
oboje, co to oznacza.
Tego
dnia nie gotowała, a w ich domu zawsze znalazł się ktoś, kto wpadł
niespodziewanie i był głodny.
Eva
zawsze miała coś pod ręką dla każdego, kto miałby ochotę na coś do jedzenia,
więc jeśli nic nie zrobiła, byłaby zestresowana tym, że nic nie miała.
Usiedli
po dwóch stronach blatu, otworzył jedno z pudełek, nałożyła sobie placuszka i
polała go syropem klonowym.
Jimmy
wstał i nalał sok do szklanek i patrzył, wracając na swój stołek, jak jadła z
apetytem.
Jadła
teraz dużo, a on zawsze uwielbiał patrzeć, jak to robiła.
Do
kuchni wpadł Davie, a za nim Marie.
-
Mamo! - ich synek wrzasnął i wpadł na
nią całym pędem, a Marie dotarła tam zaraz po nim.
Oboje
pocałowali Evę, a ona schwyciła jedno i drugie wolną ręką na chwilę i oddała im
pocałunki.
-
O, fuj - wykrzywił się Davie - lepisz się.
-
Mogę pancakes’a? - zapytał zaraz po tym, więc, najwyraźniej, było to tylko
drażnienie się.
Eva
zaśmiała się i wytarła jego policzek serwetką, którą trzymała obok talerza, a
potem podała serwetkę Marie.
Jimmy
wstał i wyjął z szafki nad blatem talerze dla Davie’go i dla Marie.
Postawił
je na blacie przy ich stołkach i pogłaskał włosy córki.
Podniosła
głowę i uśmiechnęła się do niego.
Wiedział,
że jest jej najbardziej ulubioną osobą na całym świecie, chociaż bardzo kochała
Evę i Davie’go, uwielbiała Matta i Berta i lubiła swoje przyszywane ciocie i
wujków.
Nadal
traktowała go, jakby był jej rycerzem w srebrnej zbroi.
Kochał
to.
Była
jego księżniczką.
Siedzieli
i jedli pancakesy, a właściwie Eva jadła, a oni jej towarzyszyli (dzieci
przejęły jego namiętność towarzyszenia jego żonie przy posiłku), kiedy
usłyszeli, jak do domu weszli chłopcy.
-
Yo, jesteśmy! - usłyszeli głos Matta, a zaraz potem taki sam Berta.
-
Hej, jesteśmy w kuchni - zawołała Eva.
Brzmiała
dziwnie.
Jimmy
podniósł głowę, by spojrzeć na Evę i zauważył, że patrzy ona na Marie.
Przeniósł
tam swój wzrok i zmarszczył brwi.
Jego
córka zaczerwieniła się, zbladła, przeczesała włosy ręką i wyprostowała się
prawie jednocześnie.
Gówno.
Chłopcy
weszli do kuchni i od razu złapali za talerze, by usiąść z nimi przy blacie.
Marie
się odprężyła.
Otworzyli
drugie i trzecie pudełko z plackami, jedli i śmiali się, a Jimmy patrzył na
szczęście swojej rodziny coraz bardziej pewien, że mają przed sobą szczęśliwe
długie nowe życie jako duża, kochająca się rodzina.
Dzięki
Evie.
*****
Eva
Cztery lata później
Siedziałam
w gabinecie przy laptopie, ale nie pracowałam.
Myślałam.
Odłożyłam
list, który właśnie przeczytałam do dużej, wypchanej, szarej koperty, z którą
przyniósł go kurier i zamyśliłam się.
Westchnęłam
i przeszłam do kuchni, by zrobić kolację.
Davie
był w swoim pokoju i zaraz przybiegłby, by towarzyszyć mi przy gotowaniu, co oboje
na równi uwielbialiśmy.
Marie
miała w liceum zajęcia dodatkowe, które kończyły się późno, więc miała niedługo
wrócić z koleżanką i podwieźć miała ją mama tej koleżanki.
Matt
był w college’u i dużo trenował soccer’a, bo został przyjęty do drużyny
stanowej.
Musiałam
poczekać jeszcze godzinę, aż Jimmy wróci z pracy, by porozmawiać z nim o tym,
co czytałam.
Jimmy
pracował teraz jako dowódca całej jednostki strażackiej w innym systemie
godzinowym, więc wychodził do pracy codziennie rano i wracał codziennie o tej
samej porze.
Nie
byłam pewna, czy wieści, które mu przekażę były dobre.
Benji
napisał książkę.
O
nas.
W
liście wyjaśnił:
(…)
Czekałem aż minie kilka lat, byście
mogli mieć swoje życie. Nie chcę Wam w nim przeszkadzać.
Zmieniłem Wasze imiona, miejsca, w
których mieszkaliście i mieszkacie, zawód i inne rzeczy.
Przeczytajcie.
Nic z tym nie zrobię, jeśli nie
będziecie tego chcieli.
Jednak uważam, że Wasza historia może
dać nadzieję wielu innym ludziom.
Tym, którzy stracili wszystko i
myślą, że nic ich już nie czeka.
Tym, którzy myślą, że życie kończy
się w pewnym wieku…
Może
miał rację, ale to było nasze życie.
Nie
chciałabym, żeby nasze dzieci musiały się kiedyś martwić, że ktoś wypomni im
naszą przeszłość.
Chciałabym
zachować nasze życie takim, jakie było.
Na
długo.
Dla
nich.
#####
Wszystkie
nazwiska, postacie i zdarzenia są fikcją, wytworem wyobraźni autorki.
Wszelkie
podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub osób, żywych lub zmarłych,
jest przypadkowe.
#####
Ożywię
dla Was postaci Maggie i Davida, bo już żyją w mojej głowie.
Możecie
o nich poczytać w części pt. „Maggie - Jesteś Moja”
https://monique-romans-20.blogspot.com/
#####
Tym, którzy docenili moją pracę, dziękuję za wpłaty
na:
https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL
Monique.1.b
śliczna historia <3
OdpowiedzUsuńbardzo, ale to bardzo mi się podobało. cieszę się, że masz w planie Maggie i Davida. dziękuję Ci bardzo :)
OdpowiedzUsuńMi też bardzo się podobało.
OdpowiedzUsuńDziekuje
OdpowiedzUsuńPodobało mi się, wartka akcja, fajnie bohaterowie. Czekam na kolejne.
OdpowiedzUsuńByło cudne, przeczytałam wszystko jednym tchem. Dziękuję i czekam na więcej
OdpowiedzUsuń