niedziela, 9 stycznia 2022

1 - Nowe mieszkanie

 

Rozdział 1

Nowe mieszkanie

 

 

 

 

Marzec, Salt Lake City, Utah

Stałam prawie całkiem nieruchomo, kręcąc tylko głową i rozglądając się dookoła z pustą, zamkniętą twarzą, po środku mojego nowego mieszkania, do którego weszliśmy dosłownie kilka minut wcześniej.

Wynajęłam je sama, nie konsultując się z nikim, przez Internet, nie widząc go wcześniej na oczy (skoro nigdy nie byłam w Stanach), w kompleksie mieszkaniowym (czy też kondominium, jak nazywał to wynajmujący) we wschodniej części Salt Lake City.

Na reklamach widoki były wspaniałe, zwłaszcza gór Uinta-Wasatch, a i samo miasto wydawało mi się godne poznania.

Nie zwróciłam uwagi na to, że nie było tam ani jednego porządnego zdjęcia mieszkania, które miałam wynająć.

Błąd nowicjusza.

Zarządca tego kompleksu lub może tylko „klucznik” przywitał nas krótko, zostawił mi klucz do mieszkania, pokazał do niego drzwi wejściowe i natychmiast wybył, nie tłumacząc nic, nie czekając na pytania, których miałabym z milion.

Miał podobno inne zajęcia.

A ja, po tym pierwszym szoku, jaki wywołało wejście do mojego nowego mieszkania, miałam ochotę krzyczeć i płakać ze złości, frustracji, rozczarowania i rozpaczy.

Nie mogłam tego zrobić.

Jeszcze nie.

Podniosłam więc głowę, wyprostowałam plecy, sztucznie wesoło uśmiechnęłam się i odwróciłam przodem do mojego syna, który stał w pobliżu, bo wszystko tu było blisko, i rozglądał się z niesmakiem i niedowierzaniem.

- To mieszkanie jest świetne. Doprawdy idealne dla mnie samej. Kiedy tylko dotrą do Stanów nasze rzeczy, pomożesz mi się urządzić - powiedziałam do niego zdecydowanym i zapewniającym tonem.

Nie przyjął tego.

Nie uwierzył mi.

Na widok jego niepewnej, zdegustowanej miny stwierdziłam, że muszę się postarać, by go przekonać.

- Michał - dodałam cicho - wiesz przecież, że tego chciałam.

Zobaczyłam, że zacisnął zęby, bo mięśnie policzków zadrgały mu tak, jak to się zdarzało jego ojcu, kiedy się denerwował.

A potem wziął wdech, by je rozluźnić.

-  Mamo, to nawet nie jest prawdziwe mieszkanie - Michał również brzmiał na złego i sfrustrowanego -  To dno, jak… nie wiem, szafa. Obiecaj mi, że to tylko na tymczasem, że szybko znajdziesz coś innego, albo lepiej wracaj ze mną do Carson. Przecież chyba nie podpisałaś jeszcze umowy na to coś? - prychnął pogardliwie, machając przy tym szeroko ręką - Tylko najpierw ustalę co i jak w pracy, a potem…

Wtedy przerwałam synowi, szybko wyciągając dłoń w jego stronę i łapiąc go za przedramię.

- Jest naprawdę w porządku - podkreśliłam, mówiąc z naciskiem, patrząc mu prosto w oczy i potrząsając lekko jego ręką.

Potem ponownie potoczyłam zdesperowanym wzrokiem po pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy.

- Ja sobie tutaj poradzę - mówiłam dalej, jak miałam nadzieję, przekonująco - A ty jesteś zmęczony po podróży, przecież całą drogę sam prowadziłeś, a to kilka godzin jazdy. Czeka cię jeszcze droga do motelu. Jutro załatwimy pozostałe sprawy, a potem pojedziesz do Dorotki. Mamy co robić.

Milczał przez chwilę.

Spojrzałam na niego i zobaczyłam, że się wahał.

Był takim dobrym synem, starał się mi zawsze ustępować, ale miał swoje życie i wiedziałam, ze miał dużo na głowie.

- Dobrze? - zapytałam, kiedy nie odpowiadał.

- To prawda, że jestem zmęczony - powiedział wreszcie, ale nadal brzmiał na sfrustrowanego - Porozmawiamy o tym jeszcze. Jutro, jak się spotkamy, a ty to przemyślisz.

Michał stał cały czas blisko progu, bo mieszkanie było tak małe, że trudno było sobie nawet wyobrazić, że mogłyby w nim przebywać na stałe dwie osoby i teraz faktycznie zaczął odwracać się do wyjścia.

- Zadzwonię później wieczorem - rzucił do mnie przez ramię.

- Dobrze, kochanie - odparłam, podeszłam bliżej, położyłam rękę na jego plecach, wypychając go za drzwi i wyciągając szyję, aby cmoknąć go w policzek, bo był wyższy ode mnie o dobre dziesięć centymetrów.

Wiedziałam, że wrodził się we mnie.

Widziałam to.

Był szczupły, a nawet bardzo szczupły, wyciągnięty w górę, z długimi nogami i szerokimi barami pływaka.

Wysportowany.

Miał, również po mnie, ciemno brązowe włosy.

I tylko oczy miał po tacie: szaro niebieskie.

- Kocham cię. Wszystko będzie dobrze - dodałam, a syn objął mnie na pożegnanie, odwrócił się i wyszedł.

Zostałam sama.

Tak miało być, więc musiałam się przyzwyczaić.

Wciągnęłam do sypialni swoją najważniejszą walizkę, zawierającą bieliznę i podstawowe ubrania, stanęłam nad wąskim łóżkiem i opuściłam ramiona.

Mam na imię Eva.

Eva Borowski.

Jestem Polką i do tej pory od urodzenia mieszkałam w Polsce.

Pracowałam tam jako wychowawczyni dzieci klas młodszych, edukacji wczesnoszkolnej, i nauczycielka przyrody w szkole podstawowej.

Teraz moją jedyną pracą, a wcześniej tylko moim hobby, moją pasją, było tłumaczenie książek pewnej amerykańskiej autorki.

Romansów.

Z języka amerykańskiego angielskiego na język polski.

A teraz zamieszkałam na stałe tutaj, w Stanach.

Prawie półtora roku temu wszystko się dla nas zmieniło, cały nasz wcześniejszy świat się rozpadł, nasze tamto życie się skończyło.

A zwłaszcza dla mnie.

Z całej naszej rodziny zostaliśmy z moim synem tylko we dwójkę, a przy tym straciliśmy dom, nasze miejsce do życia.

A ja straciłam pracę, którą tak kochałam.

Pół roku temu mój syn ożenił się ze swoją długoletnią narzeczoną, by móc zrealizować jego, czy też ich plan na życie, ale również dlatego, że się kochali i zamierzali być razem na zawsze, na dobre i na złe.

A ja?

Cóż, od mojego całkowitego zapadnięcia się w siebie z poczucia beznadziei i z rozpaczy uratowały mnie dawno temu, w tym okresie przejściowym, kiedy trwałam w zawieszeniu i myślałam, że nie dam rady dłużej walczyć, słowa Michała pełne rozpaczy i skierowane do mnie: Mamo, mam tylko ciebie, proszę, nie poddawaj się.

Zapadły mi w głęboko duszę.

Więc postarałam się być silna.

Na ile mogłam… dla niego.

Skoro dostał możliwość zbudowania nowego życia, nowej rodziny pół świata drogi od naszego dawnego domu.

Skoro chciał, żebym zrobiła to z nim i jego nową żoną.

To… zrobiłam to.

Zlikwidowałam te marne resztki, które były pozostałościami naszego starego życia, nieruchomości, a nawet ruchomości, których nie chciałam zachować jako pamiątek i przyjechałam tutaj z nimi.

Byliśmy we trójkę w Stanach już od miesiąca.

Pierwsze tygodnie po przylocie na ten kontynent spędziliśmy na wschodzie kraju, po amerykańskiej stronie granicy nad Niagarą, gdzie spotykaliśmy się z moją rodziną, mieszkającą od kilkudziesięciu lat w Kanadzie.

Mieliśmy z nimi wcześniej prawie stały kontakt i rozmawialiśmy naprawdę często przez media: Facebook, Messenger, Skype.

Kilka lat temu byliśmy całą rodziną w Ottawie, gdzie oni mieszkali na stałe.

Spędziliśmy wtedy u nich cały miesiąc wakacji, mieszkając wszyscy w ich dużym domu, który był duży, ale zawsze goście to goście.

Miałam wyrzuty sumienia, że ich obciążaliśmy również finansowo, ale chodziliśmy na kolacje, za które my płaciliśmy, zabraliśmy ich dzieci z naszymi na całodniową wyprawę na basen, a na następne wakacje zaprosiliśmy ich do nas.

Znali moich rodziców, którzy wtedy jeszcze żyli, więc przyjechali z wizytą na trzy tygodnie, bawiliśmy się świetnie i potem utrzymaliśmy kontakt.

Więc skoro teraz zechcieli nam pomóc przenieść się na stałe, umówiliśmy się na spotkanie, spotkaliśmy się z nimi w Stanach po naszym przylocie, a oni chętnie nam pomagali w przenosinach i w zaaklimatyzowaniu się w nowym życiu i spędzili z nami kilka dni.

Przez te pierwsze tygodnie nawiązaliśmy również kontakt z naszą ambasadą, zwiedzaliśmy, poznawaliśmy zwyczaje i prawa, których musieliśmy od teraz przestrzegać, również te dotyczące prowadzenia samochodu.

Kupiliśmy adaptery do gniazdek, żebyśmy mogli ładować laptopy i telefony, dowiadywałam się różnych rzeczy, na przykład, by poznać możliwości zakupu moich ulubionych kosmetyków i przypraw lub czym je zamieniać.

Moi kuzyni pokazali nam, jak wyglądają posiłki, kanapki, przekąski i przyzwyczajaliśmy się do pór posiłków i ich rozmiarów.

Najbardziej podobało mi się jedno spostrzeżenie, które miałam już wcześniej, po poprzednich pobytach: ludzie żyli tu według zasady nie przejmuj się opinią i żyj po swojemu, ale nie krzywdź innych.

Jednym słowem: wolność, swoboda.

Również przez ten czas szlifowałam język, który znałam naprawdę dobrze, ale przecież ciągle jeszcze mówiłam z akcentem.

Bardzo starałam się jak najlepiej zaaklimatyzować, bo tu odtąd miało być moje nowe życie i nie zamierzałam wracać do Polski.

Z pomocą kuzynki kupiłam również trochę ubrań, które by tu pasowały, a jednocześnie były mną.

Nie musiałam już przejmować się konwenansami i opinią innych, ale też nie zależało mi specjalnie na wyglądzie, po prostu miało być wygodnie.

Potem, kilka dni temu, pożegnaliśmy się z kuzynami, którzy wrócili do siebie, do Kanady i we trójkę polecieliśmy do Carson City, gdzie mój syn i jego młoda żona, Dorota, mieli dom wynajęty przez ich obecnego pracodawcę.

Ich dom był naprawdę bardzo duży, za duży na ich dwoje, z sześcioma sypialniami na piętrze, wolnostojący, w dużym, zadbanym ogrodzie, z basenem.

Wszystko było ładne, zaprojektowane i utrzymane przez specjalistyczne firmy, ale bezosobowe.

Zarówno Michał, jak i Dorota dostali tam również służbowe samochody, a jednym z nich mój syn przywiózł mnie właśnie do mojego nowego mieszkania.

Mogłabym zamieszkać z nimi, mieli dla mnie miejsce i prosili o to, a ja lubiłam Dorotę, bo szczerze kochała mojego syna, była troskliwa, cierpliwa i miła, a tym bardziej kochałam Michała, ale wymyśliłam dla siebie alternatywny plan na nowe życie.

Dorota z moim synem kochali się tak bardzo, że wierzyłam, że mogą przetrwać wszystko, ale dużo lepiej byłoby im bez mojej ciągłej, bliskiej obecności.

Chciałam dać im więcej swobody, bez konieczności opiekowania się mną, a sobie zapewnić krok do przodu.

A poza tym nie lubiłam gorąca, a Carson City leży w Kalifornii, niedaleko Krzemowej Doliny i zawsze tam jest bardzo gorąco.

Musiałabym więc tam przez kilka miesięcy w roku siedzieć ciągle w pomieszczeniach lub samochodzie, żeby przetrwać tamtejszy klimat.

Znalazłam sobie przez Internet mieszkanie do wynajęcia w kompleksie mieszkaniowym na wschodnim krańcu Salt Lake City (jak się później dowiedziałam w Canyon Rim), u podnóża gór Wasatch.

Miejsce znane mi było między innymi po Igrzyskach Olimpijskich, które się tu odbywały zimą  2002 roku.

Uznałam wtedy, po krótkich wyszukiwaniach w Internecie, że mogłam tu mieć pory roku trochę przypominające te, do których się przyzwyczaiłam.

Więc, nic nie mówiąc synowi, nawiązałam kontakt, dostałam umowę do przeczytania, a potem podpisałam online wstępne dokumenty i przelałam kaucję i zaliczkę za pierwszy miesiąc.

Miałam tu wymyślonych kilka rzeczy do życia, w tym pracę i przyjaciółkę.

Nie chciałam więc teraz, żeby Michał pomyślał, że nie mogłabym tu mieszkać sama, z daleka od niego, kiedy sądziłby, że potrzebowałam opieki.

Pieniądze nie stanowiły dla nas wielkiego problemu.

Zawodowo zarabiałam co prawda niewiele, ale miałam oszczędności.

Spore.

Po śmierci moich ukochanych rodziców parę lat temu, odziedziczyłam rodzinną firmę, ich rozbudowany rachunek bankowy, duży dom i samochód.

Podzieliliśmy się tym z bratem bez kłótni, ale on wykupił moje udziały w firmie, więc mój rachunek bankowy tylko utył.

Prawdę mówiąc, z moim bratem nigdy nie byłam zbyt blisko.

Był starszy ode mnie o kilka lat i odszedł z domu naszych rodziców nieco wcześniej niż ja.

Gorsze było to, że zrobił to w taki sposób, który zranił naszych rodziców, co widziałam, mieszkając z nimi i będąc bardzo związana z mamą, więc od początku swojego dorosłego życia nosiłam w sobie pewną niechęć do jego stylu życia.

Później on miał żal do mnie (a może po prostu pogardę) za to, że robiłam to, co lubiłam, zamiast robić pieniądze.

Więc nie rozmawialiśmy, ale również nie kłóciliśmy się.

To była typowa obojętność.

A po kolejnych wydarzeniach finansowo było coraz lepiej.

Finansowo.

I jeszcze lepiej.

Dlatego właśnie, kiedy wiedziałam, że tutaj będziemy mieć nasz start w nowe życie, rozejrzałam się sama za nowym miejscem dla mnie.

Musiałam to na początku zrobić bez ich wiedzy, bo moje dzieci koniecznie chciały mieć mnie bardzo blisko siebie.

Nie chciałam ich odpychać, ale chciałam dać im samodzielność i mieć taką dla siebie, nie tracąc jednak kontaktu z moimi kochanymi dziećmi.

A w Stanach przecież tak naprawdę wszędzie jest blisko, można się łatwo dostać dokądkolwiek się chce, więc nie bylibyśmy całkiem rozdzieleni.

Dlatego właśnie chodziło mi o to, żeby Michał i Dorota nie pokrzyżowali moich małych planów na nowe życie.

Ale pomyliłam się.

Mieszkanko niespodziewanie okazało się bardzo malutkie.

Tycie-tyciutkie.

Jak pokoje, które wynajmowaliśmy w dawnych, chudych czasach w Polsce podczas naszych wyjazdów nad morze.

Okazało się, że nie umiałam ocenić wielkości pomieszczenia po wymiarach i domyśleć się, że te 20m2 to mniej, niż wystarczająco.

Chociaż pamiętałam z czasów studenckich, kiedy myśleliśmy, że damy sobie radę bez pomocy rodziców, nasze pierwsze mieszkanie, które miało 35m2, a mieszkaliśmy tam ostatecznie we trójkę.

Nadal…

Nie spodziewałam się tego, co tu widziałam po tym, jak obejrzałam (myślałam, że dokładnie) mieszkanie na tych kilku zdjęciach w Internecie.

Nie wiedziałam, czy to zdjęcia były tak specjalnie zrobione, czy też ja byłam nieuważna, bo nie poznawałam tego, co było przede mną z tym, co oglądałam na stronie wynajmującego.

Nie zwróciłam wtedy uwagi na to, że w tym mieszkaniu nie było okien, a właściwie były, ale tylko dwa, maleńkie i nie w pokojach tylko w kuchni i łazience, bo to one wychodziły na zewnętrzny mur mieszkania.

Jedyna istniejąca tam sypialnia była tak mała, że wątpiłam, aby zmieściło się tu takie łóżko, w jakim lubiłam spać.

Na pewno nie zmieściłabym tu szafy, komody, toaletki.

Pewno, że mogłabym z nich zrezygnować, ale…

Nie miałabym nawet gdzie trzymać swoich rzeczy.

Nawet, jeśli większość z nich już wyrzuciłam lub sprzedałam.

W mieszkaniu, które wynajęłam nie było też miejsca na biurko lub jakieś przytulne miejsce do pracy nad moimi tłumaczeniami.

Czegokolwiek, żeby usiąść wygodnie z laptopem.

Oprócz sypialni było jeszcze tylko jedno wielofunkcyjne pomieszczenie, które łączyło kuchnię, oddzieloną blatem od jadalni/salonu (ciemne - bez okna).

Zmieściłaby się tam kanapa, ale nie za duża, i stolik dla czterech osób z krzesłami (może).

Nie byłoby mowy o fotelach, kredensie, czy innych meblach.

Czy będę mogła mieć gości?

A ja lubiłam mieć ludzi wokół siebie.

Szczęśliwie nie lubiłam oglądać telewizji, więc nie potrzebowałam tego sprzętu ani miejsca, by się przed nim ułożyć.

Kuchnia była właściwie aneksem kuchennym, chociaż była w niej zarówno kuchenka, piekarnik, jak i lodówka.

Bez wyciągu, chociaż był okap nad kuchenką.

Bez ekspresu do kawy, czy mikrofalówki, a nawet nie było miejsca, by mogły się zmieścić na blatach lub w otwartych szafkach.

I było bardzo mało miejsca roboczego na blatach.

Więc nawet nie mogłam sobie wyobrazić, że mogłabym tam cokolwiek piec lub gotować tak, jak lubiłam to robić dla zapraszanych gości.

Łazienka mieściła w sobie tylko maleńki prysznic, umywalkę i sedes.

Jedna wisząca szafka.

Nie było jak w niej choćby się swobodnie obrócić.

No, powiedzmy, to by mi nie przeszkadzało.

A na dodatek, albo co gorsza, mieszkanko było ciemne, pomalowane na bezosobowe, użytkowe kolory beżu, kremu i szarości, przez co duszne.

Taki schowek na szczotki.

Szafa, jak to nazwał Michał.

Dokładnie.

A ja lubiłam słońce i kwiaty.

Potrzebowałam ich.

Rozłożyłam w szufladach moja skąpą garderobę, położyłam na łóżku swoją tymczasową pościel, której nie powlekałam tylko owinęłam prześcieradłami, bo nie wzięłam z sobą powłoczek, a potem okazało się, że w Stanach nie było tego zwyczaju, więc postanowiłam się dostosować i położyłam się na niej w ubraniu.

Pogrążyłam się we wspomnieniach.

Wędrowałam po słonecznych plażach, wspominałam dawne zajęcia i ludzi, którzy odeszli.

Kiedyś w takich złych chwilach pomagała mi muzyka.

Więc wstałam, przeszłam do pokoju dziennego, wyjęłam z torby i włączyłam mój laptop, nie podłączając go do Internetu.

Miałam kilka albumów z piosenkami na twardym dysku.

Więc spróbowałam teraz tego remedium, ale nie znalazłam wystarczająco pogodnych piosenek, które mogłyby wyprowadzić mnie ze złego nastroju.

Wreszcie, po kilku próbach, na końcu tego wszystkiego, musiałam przyznać, że była za słaba, poddałam się i pozwoliłam sobie na łzy.

Muszę nauczyć się, jak nie myśleć.

*****

Kilka godzin później

- Jest mi tu dobrze, kochanie - mówiłam łagodnie podczas rozmowy przez mój nowy telefon z moim dorosłym synem, który się o mnie martwił - Już się całkiem rozpakowałam, pościeliłam sobie łóżko, zrobiłam sobie herbatę, zaczęłam trochę pracować.

Zamilkłam i musiałam wziąć głęboki, oddech, bo nie chciałam, żeby usłyszał niepewność i smutek w moim głosie.

- Przyjedź jutro o dziewiątej to załatwimy sprawy w urzędach, pomożesz mi kupić samochód, kupimy kilka drobiazgów do domu i rzeczy spożywczych. Zrobiłam już całkiem długą listę - dodałam, bardzo starając się brzmieć ciepło, pogodnie i z uśmiechem.

Był późny wieczór i oboje byliśmy bardzo zmęczeni po podróży, która obejmowała kilka godzin w samochodzie, ale również lot przez całe Stany kilka dni wcześniej i po urządzaniu się w nowych domach.

Michał miał zamieszkać te dwa, trzy dni w hoteliku, który napotkaliśmy w drodze do mojego kompleksu mieszkalnego, by mi pomóc w pierwszych, najważniejszych rzeczach do zrobienia przy urządzaniu się.

Dorota, została w Carson i urządzała ich nowy dom.

Miała też nawiązać pierwsze kontakty w pracy.

Była energiczna i pełna pozytywnego nastawienia, nawet, jeśli z powodu tego co się stało, zostawiła swoją dużą, kochającą się rodzinę pół globu za nami.

- No, dobrze, mamo. W takim razie idziemy spać, a jutro zastanowimy się co dalej. - mówił Michał.

Troszczył się o mnie i słyszałam wyraźnie w jego głosie to, że nie był uspokojony moimi wyjaśnieniami, ale też nie chciał, żebym to słyszała.

Więc nie dałam mu po sobie poznać tego, że usłyszałam, że zrozumiałam to i nadal udawałam zadowolenie.

Po pewnym czasie pożegnaliśmy się, rozłączyliśmy się, a ja przeszłam do kuchni i wstawiłam wodę do gotowania w czajniku.

Naszykowałam do zaparzenia kubek i herbatę owocową.

Jedyną rzecz, jaką mogłam przełknąć przed zaśnięciem.

Wyjęłam pieczywo i krakersy, ale nie wiedziałam, czy dam radę coś zjeść.

Cokolwiek.

Chociaż wiedziałam, że powinnam się o to postarać dla Michała.

W ciągu ostatniego roku naszych perypetii schudłam bowiem ponad dziesięć kilogramów i Michał ciągle martwił się o mnie.

Niestety, zły nastrój zawsze pogarszał mój apetyt.

Zostaliśmy sami, więc musiałam być dla niego silniejsza, ale nie mogłam się zmobilizować do walki o przetrwanie.

Przeprowadziliśmy się do USA, bo Michał i Dorota dostali tu propozycję pracy jako programiści w dużej firmie, która rekrutowała wyróżniających się studentów.

Byłam z nich dumna, a zwłaszcza z mojego syna.

Dorota była grafikiem komputerowym, więc też dostała propozycję zatrudnienia, ale podejrzewałam, że propozycja pracy dla niej w tej firmie, zajmującej się oprogramowaniem do samochodów, była związana z małżeństwem z moim synem, który dostał tę pracę po wygraniu europejskiego konkursu na pracę inżynierską z zakresu programowania robotów.

Oboje nie braliby tej pracy pod uwagę, gdyby nie okropne wydarzenia, które dotknęły naszą rodzinę, sprzed czternastu miesięcy.

Ja nie brałabym pod uwagę wyjazdu na drugi koniec Znanego nam Świata, gdyby nie to, że mój dotychczasowy świat się zawalił.

Musiałam przestać o tym myśleć.

Uruchomiłam więc komputer, znalazłam rozpoczętą pracę i pogrążyłam się w zaczarowanym świecie literatury.

Podłączyłam się do Internetu z telefonu.

Jako tło do pracy uruchomiłam sobie auto odtwarzanie losowych piosenek na YouTube, co zawsze lubiłam.

Moja przyjaciółka, Janet, jakiś czas temu nauczyła mnie uważnego słuchania słów piosenek, by wydobyć z nich treść, którą przekazywały.

Początkowe piosenki pop, które podrzucały się automatycznie ze starej play listy, a których nie słuchałam tak naprawdę, zmieniły się i w końcu moją uwagę przykuła jedna, której dotąd nie znałam.

Gavin DeGraw - Fire.

Zostawiłam swoją pracę, przełączyłam z Vevo na Lyric Video i wsłuchiwałam się w słowa raz za razem, wczytując się jednocześnie w tekst wyświetlany na ekranie.

Jeśli jest jedna rzecz, którą trzeba wiedzieć

To to, że marzenia są po to, żeby je chwytać

I że nie można kupić przyjaciół…

…Jesteśmy mistrzami

Znowu tego dowiedziemy

Jesteśmy w ogniu

Płoniemy

Prowadzimy własną kampanię

Robimy cały interes

Jesteśmy w ogniu

Płoniemy…

Taka byłam dawniej.

Kiedyś i ja miałam w sobie ogień, pasję, lubiłam ludzi, którzy ją mieli, marzyłam i walczyłam o te marzenia.

Potem zapomniałam o tym, dostosowałam się i żyłam cichym życiem w cieniu.

Jeśli znajdę coś…

Ale nic mi się nie udaje.

Nic.

*****

Późno tej samej nocy…

Leżałam bezsennie wpatrując się w ciemny sufit, którego i tak nie widziałam, bo nie docierało tu żadne światło.

Myślałam o tym, jaka byłam dawniej naiwna, sądząc, że dobro powraca.

Karma?

Bzdury.

Nie było ważne, ilu ludziom pomogłam, bo nadal znaleźli się tacy, którzy zechcieli mnie skrzywdzić.

Dobro nie powraca.

Płakałam po ułożeniu się do snu.

Płakałam po godzinie, kiedy obudziłam się w tym obcym łóżku, w ciemnym, ponurym pokoju i teraz znowu miałam ochotę płakać.

Jaka ja byłam głupia.

Co ja sobie myślałam?

Wszystko, czego dotknęłam, kończyło się źle, było błędem.

Porażką.

To fatalne mieszkanie, narzucona przeze mnie samą odległość do mojego kochanego syna i synowej, a wszystko dookoła było nowe, nieznane, straszne.

I wtedy zabrzmiał mi w głowie głos i Gavin DeGraw zaśpiewał:

No dawaj, wstawaj, unieś ręce

Witamy w innym świecie

Marzycieli, braci, sióstr, innych

Tak, płoniemy właśnie tym

Słowa tej piosenki dosłownie paliły mnie w mózgu.

Tym mazaniem się zaprzeczałam swoim dawnym ideałom.

Użalaniem się sprzeniewierzyłam się im.

To ja taka kiedyś byłam, jak w tej piosence, bo miałam krąg swoich sióstr, przyjaciółek, z którymi zawsze i o wszystkim mogłam porozmawiać.

Były teraz daleko, ale nadal mogłam z nimi rozmawiać, chociaż przez komunikatory, a nie twarzą w twarz.

I wtedy przyszła do mnie refleksja.

Nie wszystko, co osiągnęłam sama, bez pomocy innych, było złe.

Przecież miałam wspaniałego syna, którego wychowałam prawie sama, a który dawał mi wolną rękę, nie zmuszał mnie do jego pomysłów na moje życie.

Odniósł sukces zawodowy i byłam z niego dumna.

Doceniali go.

Miał nową rodzinę i wiedział, jak o nią dbać.

Miał swoje pasje, hobby, marzenia.

To ja pokazałam mu, jak je rozwijać.

Pielęgnować.

Przez całe moje dotychczasowe życie miałam wsparcie jakiegoś mężczyzny, który w pewnym stopniu kierował moimi poczynaniami.

Najpierw był to mój ojciec, a potem mąż.

Ale nie robili wszystkiego za mnie.

Nie miałam życia pozbawionego pracy i troski, o nie.

Przez wiele, wiele lat mieszkałam w dość dużym domu sama z dziećmi, zajmowałam się sama rachunkami, remontami, samochodem, nie mówiąc już o pracy zarobkowej, którą kochałam i o domu, który wymagał sprzątania, opieki, napraw, pielęgnacji ogrodu.

Przecież radziłam sobie sama!

Czemu o tym zapomniałam?

I nadal z tym wszystkim miałam pasję, nadal realizowałam swoje marzenia, chociaż może w cieniu tego, co robili mężczyźni z mojego życia.

Zamiast użalać się nad sobą jak słaba ofiara okoliczności, szukać tego, co zrobiłam źle, powinnam wziąć się w garść, znaleźć nowe miejsce do życia, krąg nowych znajomych, coś nowego do robienia.

Należymy do plemienia

Dobrze wiedzieć, że ja należę do tego

Muszę tutaj znaleźć swoje „plemię”, nowy krąg znajomych z pasją podobną do mojej, wystarczy, że się rozejrzę.

Nie mogłam pracować w moim zawodzie, bo potrzebowałabym przyuczenia do zawodu nauczycielki tutaj.

Bo w Stanach był inny system edukacji, inna szkoła.

Ale może znalazłabym jakiś wolontariat, może jakieś koło lub klub zainteresowań?

Zawsze kochałam jeździć na długie wycieczki rowerowe, krajoznawcze, a nie wyczynowe.

Może znajdę jakiś klub cyklistów?

Uwielbiałam robić samodzielnie przetwory ze świeżych owoców i warzyw.

Może znajdę targowisko, ludzi zajmujących się uprawą?

I jeszcze muszę poznać jakiegoś przewodnika, kogoś stąd, kto opowie mi o tych górach, legendy, może historię…

No dawaj, wstawaj, unieś ręce

Witamy w innym świecie

Marzycieli, braci, sióstr, innych

Tak, płoniemy właśnie tym

Tak!

Wstawaj!

Mogłam to zrobić.

Wiedziałam, że mogłam.

Czułam to.

To mógłby być mój plan na następne dni, może kolejne tygodnie.

Znaleźć coś.

Ale równie ważne dla mnie, dla mojego samopoczucia i mojej energii, było rozejrzenie się nad innym, bardziej optymistycznym lokum.

Może nawet najważniejsze.

Nie mogłam mieszkać w tej ciasnej, ponurej klitce bez okien i światła.

Bez słońca, kolorów i kwiatów.

Przygnębiało mnie to.

Musiałam również poznać ludzi mieszkających w tym sąsiedztwie, wyjść do nich, ruszyć z inicjatywa.

Zawsze lubiłam rozmawiać z różnymi ludźmi, na rozmaite sposoby poznawać ich, dzielić się doświadczeniem, radościami i troskami.

Ta więź głęboko pod skórą

To towarzystwo, w którym jesteśmy

Ta miłość, którą dajemy

Od samego świtu ludzkości

Należymy do plemienia

Dobrze wiedzieć, że ja należę do tego

To zawsze pomaga każdemu na zły nastrój, a przynajmniej zawsze pomagało mnie, ale przecież nie byłam jakimś wyjątkiem.

Prosta rzecz, a pomaga.

Przynależność do kogoś, do jakiejś grupy, rodziny.

Grono przyjaciół, którzy cię wysłuchają, będą cię wspierać.

Po tych przemyśleniach, po ułożeniu sobie w myślach planów na najbliższe dni, wreszcie zasnęłam.

Może nie z uśmiechem na ustach, ale spokojniejsza.

Nie będę myślała o złych rzeczach, jeśli znajdę coś dobrego.

*****

Dwa dni później

Po kolejnej prawie nieprzespanej nocy wyszłam wczesnym świtem na parking kompleksu mieszkalnego/kondominium, w którym mieszkałam.

Nie wiedziałam, czego tak naprawdę szukałam.

Zwiedzałam.

Ten kompleks nie był prawdziwym kondominium, co już wiedziałam i nie wiedziałam dlaczego właściciel tak go określał, skoro były to właściwie tylko cztery dwupoziomowe budynki zestawione ze sobą tak, że tworzyły prostokąt.

Pomieszczenia, które były na parterze miały wejścia od strony zewnętrznej i wewnętrznej, a mieszkania, które były na górze tylko od strony wewnętrznej.

Tam też była łącząca je galeria, na którą prowadziły schody po bokach.

Były tu dwie klatki schodowe, jedna od strony parkingu, a druga wychodząca na tereny zielone - chyba plac zabaw, boisko…

Nie mogłam tego stwierdzić przy tej pogodzie, jaka wtedy była.

Okolica była ładna, ale zaniedbana, co było widać nawet pod koniec lutego.

Topniejący śnieg nie przykrywał do końca trawników i gazonów, więc było widać braki w ich pielęgnacji.

Za budynkiem natomiast były widoczne piękne, majestatyczne góry.

Wasatch, jak dowiedziałam się wcześniej z Internetu.

Poprzedniego dnia Michał zawiózł mnie do Walmartu, bym kupiła trochę artykułów spożywczych, zrobiłam pierwsze zakupy najpotrzebniejszych przyborów kuchennych i, na koniec, pojechaliśmy do dealera Toyoty.

Starałam się przy nim jak najwięcej mówić i uśmiechać, by zapewnić go, że wszystko było w porządku, że dam sobie radę.

Kupiłam typowo miejski samochód osobowy, który podobno był najpopularniejszy w Stanach, Toyotę Priusa - hybrydę, po której spodziewałam się oszczędności na paliwie i dobrego prowadzenia w warunkach miejskich - w pięknym odcieniu błękitu.

Wybrałam go już wcześniej, po długich poszukiwaniach opinii w Internecie, a tu tylko się upewniłam, że to jest to, czego szukałam, kiedy wzięłam go na krótką jazdę próbną.

Samochód to była jedna z tych rzeczy, których nie mogłam sobie odmówić.

Zawsze lubiłam to uczucie wolności, jakie daje własny pojazd, którym mogłabym dostać się nawet gdzieś daleko.

W południe usiadłam przed laptopem, połączyłam się przez Internet z przyjaciółką z Polski (musiałam pamiętać, że u niej jest osiem godzin później) i opowiadałam jej jakie jest moje życie tutaj i co planuję robić, a ona opowiadała mi o wspólnych znajomych, unikając drażliwych tematów.

Potem, na koniec dnia, wybraliśmy się z Michałem do, znalezionej przez nas po drodze, pizzerii na kolację, podczas której starałam się trochę zjeść i starałam się uspokoić syna, że będzie nam tak dobrze, będziemy się odwiedzać, a potem rozstaliśmy się na noc, by następnego dnia rano pożegnać się na dłużej.

Potem znowu pogrążyłam się w świecie literatury z mojej pracy, starałam się trochę pospać, w środku nocy znowu trochę czytałam, a potem wstałam przed świtem.

To znaczy teraz.

Salt Lake City leżało w klimacie, którego jeszcze nie znałam, niezależnie od tego, ile o nim czytałam w Intrenecie, więc nie wiedziałam czego się spodziewać o tej bardzo wczesnej porannej godzinie.

Moje mieszkanie było na parterze, od strony patio, przez co było zasłonięte galerią, co było dla mnie bardzo dużym minusem, bo panował w nim jeszcze większy mrok, a ja nie wiedziałam, czy to przez pogodę, porę dnia czy dach.

Widziałam, kilkoro drzwi po bokach mojego mieszkania, ale były ciemne i ciche, więc nie mogłam ocenić, czy są zamieszkałe.

Zarzuciłam na ramiona kurtkę, nasunęłam na głowę kaptur i poszłam na zwiedzanie okolicy.

Najpierw wyszłam przed kompleks przejściem obok klatki schodowej.

Było pusto i cicho.

Wyglądało na to, że większość mieszkań była niezamieszkała, bo nawet samochodów na parkingu było mało, nawet jak wiedziałam, że tuż obok był drugi, dla gości.

Na tym dla mieszkańców stały tylko dwa oprócz mojej Toyoty, mała, czerwona Honda i stary, biały Pontiac.

Kiedy tam się rozglądałam, podjechał jeden czarny SUV.

Zaparkował na miejscu dla mieszkańców apartamentów na piętrze, wyłączył silnik i wysiadł z niego jakiś mężczyzna, ale ja nie byłam gotowa na poznawanie kogokolwiek o szóstej trzydzieści rano, więc szybko odwróciłam się w stronę biura zarządcy, które było blisko wejścia na klatkę schodową i nawet mu się nie przyjrzałam.

W biurze nie było nikogo, a drzwi były zamknięte na klucz.

Potem weszłam na patio, stanęłam po środku i rozejrzałam się, by stwierdzić, że tak niczego nie zobaczę.

Poszłam więc schodami, które prowadziły do środka kompleksu na pierwsze (i jedyne) piętro.

Wokół całego patio ciągnęła się ogrodzona metalową barierką galeria, z której liczne drzwi prowadziły do mieszkań.

Dziwne.

Nie było tam żadnych informacji o mieszkańcach.

Nigdzie nie było żadnych stojących lub wiszących kwiatów, wycieraczek, ozdób, numerów mieszkań, rowerów, czy innych śladów zamieszkania.

Nawet nie było śladów butów.

Tylko jedne z drzwi, prowadzące najwyraźniej do narożnego apartamentu, były lekko uchylone.

Ciche.

Zakurzone.

Zaciekawiona zbliżyłam się, rozejrzałam i lekko je pchnęłam.

Szłam po gruzie i śmieciach.

A potem faktycznie znalazłam się w mieszkaniu narożnym, które było puste i zdewastowane, ale chyba przygotowywane do remontu, a które najwyraźniej zostało opuszczone wiele, wiele miesięcy wcześniej.

I oglądałam je z zachwytem, jakiego dla przeciętnego człowieka byłoby niezrozumiałe, ale nie dla mnie.

Po pierwsze było ono trzy razy większe od mojego.

Duża kuchnia była tam oddzielona blatem (wyspą) od jadalni, która łączyła się szerokim, łukowatym przejściem z salonem.

Zarówno kuchnia, jadalnia jak i salon miały okna.

Z korytarzyka było wejście do dwóch sypialni, z których druga, większa, miała duże okno z szerokim parapetem i była tak duża, że spokojnie zmieściłabym tam nawet swoje stare meble (których nie zabrałam z Polski, więc nie było o tym mowy).

Obok niej była duża łazienka, zdecydowanie wymagająca generalnego remontu, ale oczami wyobraźni zobaczyłam możliwości jej urządzenia.

Podobała mi się, chociaż nie miała okna, bo przylegała do innego pokoju.

Puściłam tam wodę z kranów, zarówno ciepłą, jak i zimną, przekonałam się, że działały i żadna rura nie przeciekała.

Potem przeszłam do kuchni.

Lubiłam to, że miała dużo miejsca na blatach.

Sprawdziłam kuchenkę.

Stara, do wymiany.

Gaz.

Stawało się oczywiste, że właściciel kompleksu nie radził sobie finansowo lub logistycznie z remontem mieszkań, skoro wynajmował jakiekolwiek przed zakończeniem remontu pozostałych.

Może byłby zainteresowany jakąś transakcją wiązaną, w wyniku której ja dostałabym możliwość zajęcia większego  mieszkania, a on pozbyłby się problemu z remontem tego apartamentu.

Rozejrzałam się ponownie po przestrzeni, w której byłam i wreszcie szczerze uśmiechnęłam do siebie.

Skierowałam się do wyjścia, wciąż się rozglądając i obok drzwi zauważyłam jeszcze toaletę z małym prysznicem.

Taką, jak w zajmowanym przeze mnie obecnie mieszkaniu.

Miałabym dla moich spodziewanych gości sypialnię nawet z oddzielną dla nich łazienką.

Westchnęłam z zadowoleniem.

Poczułam przypływ energii, adrenalinę wynikającą z światełka celu, który zaczął nieśmiało mi przyświecać.

Podjęłam decyzję.

Musiałam znaleźć tego zarządcę, który dawał nam klucze i dowiedzieć się czy to mieszkanie jest dostępne.

Więc wyszłam z powrotem na galerię, a potem zeszłam schodami na dół.

Szłam do biura zarządcy.

Może będę miała lepsze nowe miejsce do prawdziwego rozpoczęcia mojego nowego życia.

Będę miała o czym myśleć i czym się zająć.

Żyć.

*****

Kilka godzin później

- Kochanie, proszę, rozejrzyj się - mówiłam do syna, oprowadzając go po ruinie, którą chciałam zrobić moim nowym domem - Ten facet godzi się na moje warunki. Będę płaciła tyle, co za tamto małe mieszkanie przez trzy miesiące, a on pokryje całkowity koszt wszystkich remontów, które tu przeprowadzę. Jego jedynym warunkiem jest to, że dopilnuję remontu, bo nawet ma ekipę, która wszystko może tu zrobić - nie skłamałam, ale to było drobne niedopowiedzenie z mojej strony, które Michał mógł łatwo rozszyfrować, bo mnie znał i wiedział, że lubiłam sama gruntować i malować ściany, myć lub montować szafki i tym podobne rzeczy - Będę tu miała o wiele więcej miejsca i dużo więcej słońca - dodałam swój ostateczny argument.

- Mamo, wyprujesz sobie żyły, a on cię może oszukać i eksmitować, kiedy już skończysz remont swoimi siłami. - Michał nie był przekonany do mojego pomysłu.

Rozglądał się po apartamencie z wyraźnym niezadowoleniem.

- Boję się, że się zapracujesz na śmierć, a nic z tego nie będziesz miała - dodał swój ostateczny argument przeciwko mojemu pomysłowi.

Poczułam, że twarz mi złagodniała, kiedy wokół serca miałam tylko ciepło, bo wiedziałam, że się po prostu o mnie martwił.

Nie o to, że nie dałabym rady, ale o to, że zostałabym zraniona.

- Wiesz, że nie mogę siedzieć bezczynnie - powiedziałam cicho - Wy będziecie zajęci, a ja już mam wprawę w zarządzaniu ekipami robotników, którzy mają czas na piwo, ale nie mają czasu na podłączenie rury - zażartowałam, ale to była prawda.

To ja zajmowałam się kolejnymi ekipami i „majstrami”, kiedy zmienialiśmy coś, remontowaliśmy lub przebudowywaliśmy dom.

Rozmawialiśmy we trójkę z właściwym zarządcą kompleksu, który w tej chwili stał zdezorientowany, bo te zdania wymieniliśmy z Michałem po polsku.

W czasie tej rozmowy myślałam intensywnie, kto mógłby mi pomóc w analizie lub sformułowaniu umowy, która zabezpieczyłaby mnie przed zagrożeniami, jakie słusznie zauważył mój syn.

Michał nie mógł dłużej zostawać w Salt Lake City, czekać na rozwiązanie mojego problemu i w ogóle zajmować się mną.

Musiał wrócić do swojego nowego domu, do żony i pójść do pracy.

Pół godziny później, po rozstaniu z (wciąż nie przekonanym) synem, nadeszła pora na telefonowanie.

Na szczęście, to poszło sprawnie.

Pomogła mi moja kochana synowa, Dorotka, która nawiązała już pewne znajomości w pracy i w sąsiedztwie, więc, zanim minęła kolejna godzina, byłam umówiona przez telefon z, mieszkającą w Salt Lake City, kobietą, która zapewniła mi na miejscu pomoc prawną.

Michał pojechał do domu, a ja miałam cel.

I zajęcie na kolejne tygodnie.

Spotkałam się ze znajomą Doroty (rdzenną Amerykanką z przepięknymi czarnymi włosami) i wyjaśniłam jej o co mi chodziło, czego oczekiwałam po tej specyficznej umowie na wynajem z remontem apartamentu.

Powiedziała mi, jakie są warunki prawne w Stanach jeśli chodziło o wynajem mieszkań w takim kompleksie i co mogłam zyskać, na co zwrócić uwagę, czego się wystrzegać.

Po godzinnej rozmowie miałam spisaną przez nią taką umowę, jakiej oczekiwałam.

Tak, mogłam działać!

Następnego dnia na umówione spotkanie miałam więc dla zarządcy/właściciela przygotowaną umowę do podpisania.

Był to ruchliwy, krępy, dosyć niski mężczyzna o ciemnych, kręconych i wiecznie potarganych włosach, który wbrew wszystkiemu wzbudził moją sympatię.

Miał piwne oczy i był bardzo energiczny, wręcz nerwowy.

Od razu na wstępie rozmowy dowiedziałam się, że był współwłaścicielem kompleksu, co dawało mu możliwość samodzielnego podejmowania decyzji o wynajmie mieszkań.

Wydawało mi się jednak, że rzeczywiście nie do końca wiedział w co się wpakował, kiedy zainwestował w kupno kompleksu mieszkań na wynajem.

Człowiek był taki zadowolony, że zdjęłam mu z barków kłopot z remontem tego jednego mieszkania, że podpisał umowę po jednorazowym przeczytaniu, godząc się na takie warunki finansowe, jak zwrot wszystkich nakładów z mojej strony bez targowania się, czy utrzymanie czynszu na starym poziomie (za tamto małe mieszkanie) przez kolejne trzy miesiące.

Załatwił mi też (spóźniony) dostęp do Wi-Fi.

Dominik, bo tak miał na imię współwłaściciel kompleksu, potrząsał moją ręką i w ciągu następnej godziny pomógł mi zdobyć potrzebne narzędzia oraz umówił ekipę, która miała wyremontować mi łazienkę.

Mieli również zainstalować w moim apartamencie nową kuchenkę, piekarnik do zabudowy, lodówkę i pralkę z suszarką, kiedy tylko bym je kupiła.

Zgodnie z warunkiem umowy, na który się zgodził, miałam zajmować stare mieszkanie jeszcze tylko przez tydzień, więc musiałam się pospieszyć z remontem sypialni, łazienki i kuchni (przynajmniej).

Ale nie bałam się tego.

Dziękowałam w myślach mojemu tacie, że nauczył mnie podstaw remontu domu lub mieszkania.

Nauka tego nie była dla mnie łatwa, jak nie byłaby łatwa dla nikogo, bo odbywała się przez uczestnictwo w kolejnych remontach, zwłaszcza, jeśli to dotyczyło mojego pokoju.

Dała mi teraz pewność siebie.

W myślach pobłogosławiłam mojego tatę za nauczenie mnie, jak się maluje ściany (chociaż, musiałam przyznać, że lubiłam to), za zachęcanie mnie do udziału w zakupach w sklepach budowlanych.

Dzięki temu znałam już od dawna podstawowe nazewnictwo i wiedziałam, że nie wystarczy pędzel i farba, a także jak dobrać odcień farby, sugerując się tylko małą próbką.

Zaplanowałam mycie ścian i sprawdzenie ich ewentualnych uszkodzeń w całym apartamencie w kolejnych pomieszczeniach.

Kiedy kilka godzin później przypadkiem poznałam chłopaków z ekipy remontowej, która pracowała w kompleksie, mój nastrój poprawił się jeszcze bardziej.

Byli super sympatyczni.

Spisałam z ich pomocą niezbędne przybory i chemikalia.

Dowiedziałam się, gdzie jest sklep budowlany, gdzie mogłam kupić różne AGD i gdzie był najbliższy sklepik z przyborami dla majsterkowiczów.

Podobało mi się to wszystko.

Zaczęłam wyobrażać sobie kolory i umeblowanie, chociaż powiedzieli mi, że to najlepiej zrobić w sklepie, z dostępną tam paletą próbek.

Musiałam jak najszybciej zacząć nowe życie w nowym mieszkaniu.

Wreszcie miałam powód, by dobrze spać.

Zmęczenie pracą fizyczną i pasję do rozwinięcia.

A myśli miałam zajęte nowym życiem, by nie myśleć o przeszłości.


8 komentarzy:

  1. Zapowiada się ciekawie, a co to za książka? Pozdrawim

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapowiada się bardzo ciekawie🙂 Czy to Twoja książka??? Tzn.czy Ty jesteś autorka????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to moje.
      Wiem, że to być może naśladownictwo Kristen Ashley, ale może da się czytać.

      Usuń
    2. Uwielbiam styl Kristen. A książka zapowiada się świetnie i czyta się bardzo fajnie 😁 Czekam na więcej i gratuluję 🙂🙂🙂

      Usuń