Rozdział 1
Nowe mieszkanie
Marzec, Salt Lake
City, Utah
Stałam
prawie całkiem nieruchomo, kręcąc tylko głową i rozglądając się dookoła z
pustą, zamkniętą twarzą, po środku mojego nowego mieszkania, do którego
weszliśmy dosłownie kilka minut wcześniej.
Wynajęłam
je sama, nie konsultując się z nikim, przez Internet, nie widząc go wcześniej
na oczy (skoro nigdy nie byłam w Stanach), w kompleksie mieszkaniowym (czy też kondominium,
jak nazywał to wynajmujący) we wschodniej części Salt Lake City.
Na
reklamach widoki były wspaniałe, zwłaszcza gór Uinta-Wasatch, a i samo miasto
wydawało mi się godne poznania.
Nie
zwróciłam uwagi na to, że nie było tam ani jednego porządnego zdjęcia
mieszkania, które miałam wynająć.
Błąd
nowicjusza.
Zarządca
tego kompleksu lub może tylko „klucznik” przywitał nas krótko, zostawił mi
klucz do mieszkania, pokazał do niego drzwi wejściowe i natychmiast wybył, nie
tłumacząc nic, nie czekając na pytania, których miałabym z milion.
Miał
podobno inne zajęcia.
A
ja, po tym pierwszym szoku, jaki wywołało wejście do mojego nowego mieszkania, miałam
ochotę krzyczeć i płakać ze złości, frustracji, rozczarowania i rozpaczy.
Nie
mogłam tego zrobić.
Jeszcze
nie.
Podniosłam
więc głowę, wyprostowałam plecy, sztucznie wesoło uśmiechnęłam się i odwróciłam
przodem do mojego syna, który stał w pobliżu, bo wszystko tu było blisko, i
rozglądał się z niesmakiem i niedowierzaniem.
-
To mieszkanie jest świetne. Doprawdy idealne
dla mnie samej. Kiedy tylko dotrą do Stanów nasze rzeczy, pomożesz mi się
urządzić - powiedziałam do niego zdecydowanym i zapewniającym tonem.
Nie
przyjął tego.
Nie
uwierzył mi.
Na
widok jego niepewnej, zdegustowanej miny stwierdziłam, że muszę się postarać,
by go przekonać.
-
Michał - dodałam cicho - wiesz
przecież, że tego chciałam.
Zobaczyłam,
że zacisnął zęby, bo mięśnie policzków zadrgały mu tak, jak to się zdarzało
jego ojcu, kiedy się denerwował.
A
potem wziął wdech, by je rozluźnić.
- Mamo, to nawet nie jest prawdziwe mieszkanie
- Michał również brzmiał na złego i sfrustrowanego - To dno,
jak… nie wiem, szafa. Obiecaj mi, że
to tylko na tymczasem, że szybko znajdziesz coś innego, albo lepiej wracaj ze
mną do Carson. Przecież chyba nie podpisałaś jeszcze umowy na to coś? - prychnął pogardliwie, machając
przy tym szeroko ręką - Tylko najpierw ustalę co i jak w pracy, a potem…
Wtedy
przerwałam synowi, szybko wyciągając dłoń w jego stronę i łapiąc go za przedramię.
-
Jest naprawdę w porządku -
podkreśliłam, mówiąc z naciskiem, patrząc mu prosto w oczy i potrząsając lekko jego
ręką.
Potem
ponownie potoczyłam zdesperowanym wzrokiem po pomieszczeniu, w którym się
znajdowaliśmy.
-
Ja sobie tutaj poradzę - mówiłam dalej, jak miałam nadzieję, przekonująco - A
ty jesteś zmęczony po podróży, przecież całą drogę sam prowadziłeś, a to kilka godzin jazdy. Czeka cię jeszcze droga
do motelu. Jutro załatwimy pozostałe sprawy, a potem pojedziesz do Dorotki. Mamy
co robić.
Milczał
przez chwilę.
Spojrzałam
na niego i zobaczyłam, że się wahał.
Był
takim dobrym synem, starał się mi zawsze ustępować, ale miał swoje życie i
wiedziałam, ze miał dużo na głowie.
-
Dobrze? - zapytałam, kiedy nie odpowiadał.
-
To prawda, że jestem zmęczony - powiedział wreszcie, ale nadal brzmiał na sfrustrowanego
- Porozmawiamy o tym jeszcze. Jutro, jak się spotkamy, a ty to przemyślisz.
Michał
stał cały czas blisko progu, bo mieszkanie było tak małe, że trudno było sobie
nawet wyobrazić, że mogłyby w nim przebywać na stałe dwie osoby i teraz
faktycznie zaczął odwracać się do wyjścia.
-
Zadzwonię później wieczorem - rzucił do mnie przez ramię.
-
Dobrze, kochanie - odparłam, podeszłam bliżej, położyłam rękę na jego plecach, wypychając
go za drzwi i wyciągając szyję, aby cmoknąć go w policzek, bo był wyższy ode
mnie o dobre dziesięć centymetrów.
Wiedziałam,
że wrodził się we mnie.
Widziałam
to.
Był
szczupły, a nawet bardzo szczupły,
wyciągnięty w górę, z długimi nogami i szerokimi barami pływaka.
Wysportowany.
Miał,
również po mnie, ciemno brązowe włosy.
I
tylko oczy miał po tacie: szaro niebieskie.
-
Kocham cię. Wszystko będzie dobrze - dodałam, a syn objął mnie na pożegnanie,
odwrócił się i wyszedł.
Zostałam
sama.
Tak
miało być, więc musiałam się przyzwyczaić.
Wciągnęłam
do sypialni swoją najważniejszą walizkę, zawierającą bieliznę i podstawowe
ubrania, stanęłam nad wąskim łóżkiem i opuściłam ramiona.
Mam
na imię Eva.
Eva
Borowski.
Jestem
Polką i do tej pory od urodzenia mieszkałam w Polsce.
Pracowałam
tam jako wychowawczyni dzieci klas młodszych, edukacji wczesnoszkolnej, i nauczycielka
przyrody w szkole podstawowej.
Teraz
moją jedyną pracą, a wcześniej tylko moim hobby, moją pasją, było tłumaczenie
książek pewnej amerykańskiej autorki.
Romansów.
Z
języka amerykańskiego angielskiego na język polski.
A
teraz zamieszkałam na stałe tutaj, w Stanach.
Prawie
półtora roku temu wszystko się dla nas zmieniło, cały nasz wcześniejszy świat
się rozpadł, nasze tamto życie się skończyło.
A
zwłaszcza dla mnie.
Z
całej naszej rodziny zostaliśmy z moim synem tylko we dwójkę, a przy tym straciliśmy
dom, nasze miejsce do życia.
A
ja straciłam pracę, którą tak kochałam.
Pół
roku temu mój syn ożenił się ze swoją długoletnią narzeczoną, by móc
zrealizować jego, czy też ich plan na
życie, ale również dlatego, że się kochali i zamierzali być razem na zawsze, na
dobre i na złe.
A
ja?
Cóż,
od mojego całkowitego zapadnięcia się w siebie z poczucia beznadziei i z rozpaczy
uratowały mnie dawno temu, w tym okresie przejściowym, kiedy trwałam w
zawieszeniu i myślałam, że nie dam rady dłużej walczyć, słowa Michała pełne
rozpaczy i skierowane do mnie: Mamo, mam
tylko ciebie, proszę, nie poddawaj się.
Zapadły
mi w głęboko duszę.
Więc
postarałam się być silna.
Na
ile mogłam… dla niego.
Skoro
dostał możliwość zbudowania nowego życia, nowej rodziny pół świata drogi od
naszego dawnego domu.
Skoro
chciał, żebym zrobiła to z nim i jego nową żoną.
To…
zrobiłam to.
Zlikwidowałam
te marne resztki, które były pozostałościami naszego starego życia,
nieruchomości, a nawet ruchomości, których nie chciałam zachować jako pamiątek
i przyjechałam tutaj z nimi.
Byliśmy
we trójkę w Stanach już od miesiąca.
Pierwsze
tygodnie po przylocie na ten kontynent spędziliśmy na wschodzie kraju, po
amerykańskiej stronie granicy nad Niagarą, gdzie spotykaliśmy się z moją
rodziną, mieszkającą od kilkudziesięciu lat w Kanadzie.
Mieliśmy
z nimi wcześniej prawie stały kontakt i rozmawialiśmy naprawdę często przez
media: Facebook, Messenger, Skype.
Kilka
lat temu byliśmy całą rodziną w Ottawie, gdzie oni mieszkali na stałe.
Spędziliśmy
wtedy u nich cały miesiąc wakacji, mieszkając wszyscy w ich dużym domu, który
był duży, ale zawsze goście to goście.
Miałam
wyrzuty sumienia, że ich obciążaliśmy również finansowo, ale chodziliśmy na
kolacje, za które my płaciliśmy, zabraliśmy ich dzieci z naszymi na całodniową
wyprawę na basen, a na następne wakacje zaprosiliśmy ich do nas.
Znali
moich rodziców, którzy wtedy jeszcze żyli, więc przyjechali z wizytą na trzy
tygodnie, bawiliśmy się świetnie i potem utrzymaliśmy kontakt.
Więc
skoro teraz zechcieli nam pomóc przenieść się na stałe, umówiliśmy się na
spotkanie, spotkaliśmy się z nimi w Stanach po naszym przylocie, a oni chętnie
nam pomagali w przenosinach i w zaaklimatyzowaniu się w nowym życiu i spędzili
z nami kilka dni.
Przez
te pierwsze tygodnie nawiązaliśmy również kontakt z naszą ambasadą, zwiedzaliśmy,
poznawaliśmy zwyczaje i prawa, których musieliśmy od teraz przestrzegać,
również te dotyczące prowadzenia samochodu.
Kupiliśmy
adaptery do gniazdek, żebyśmy mogli ładować laptopy i telefony, dowiadywałam
się różnych rzeczy, na przykład, by poznać możliwości zakupu moich ulubionych
kosmetyków i przypraw lub czym je zamieniać.
Moi
kuzyni pokazali nam, jak wyglądają posiłki, kanapki, przekąski i przyzwyczajaliśmy
się do pór posiłków i ich rozmiarów.
Najbardziej
podobało mi się jedno spostrzeżenie, które miałam już wcześniej, po poprzednich
pobytach: ludzie żyli tu według zasady nie
przejmuj się opinią i żyj po swojemu, ale nie krzywdź innych.
Jednym
słowem: wolność, swoboda.
Również
przez ten czas szlifowałam język, który znałam naprawdę dobrze, ale przecież
ciągle jeszcze mówiłam z akcentem.
Bardzo
starałam się jak najlepiej zaaklimatyzować, bo tu odtąd miało być moje nowe
życie i nie zamierzałam wracać do Polski.
Z
pomocą kuzynki kupiłam również trochę ubrań, które by tu pasowały, a
jednocześnie były mną.
Nie
musiałam już przejmować się konwenansami i opinią innych, ale też nie zależało
mi specjalnie na wyglądzie, po prostu miało być wygodnie.
Potem,
kilka dni temu, pożegnaliśmy się z kuzynami, którzy wrócili do siebie, do
Kanady i we trójkę polecieliśmy do Carson City, gdzie mój syn i jego młoda żona,
Dorota, mieli dom wynajęty przez ich obecnego pracodawcę.
Ich
dom był naprawdę bardzo duży, za duży na ich dwoje, z sześcioma sypialniami na
piętrze, wolnostojący, w dużym, zadbanym ogrodzie, z basenem.
Wszystko
było ładne, zaprojektowane i utrzymane przez specjalistyczne firmy, ale bezosobowe.
Zarówno
Michał, jak i Dorota dostali tam również służbowe samochody, a jednym z nich mój
syn przywiózł mnie właśnie do mojego nowego mieszkania.
Mogłabym
zamieszkać z nimi, mieli dla mnie miejsce i prosili o to, a ja lubiłam Dorotę,
bo szczerze kochała mojego syna, była troskliwa, cierpliwa i miła, a tym
bardziej kochałam Michała, ale wymyśliłam dla siebie alternatywny plan na nowe życie.
Dorota
z moim synem kochali się tak bardzo, że wierzyłam, że mogą przetrwać wszystko,
ale dużo lepiej byłoby im bez mojej ciągłej, bliskiej obecności.
Chciałam
dać im więcej swobody, bez konieczności opiekowania się mną, a sobie zapewnić
krok do przodu.
A
poza tym nie lubiłam gorąca, a Carson City leży w Kalifornii, niedaleko
Krzemowej Doliny i zawsze tam jest bardzo
gorąco.
Musiałabym
więc tam przez kilka miesięcy w roku siedzieć ciągle w pomieszczeniach lub
samochodzie, żeby przetrwać tamtejszy klimat.
Znalazłam
sobie przez Internet mieszkanie do wynajęcia w kompleksie mieszkaniowym na
wschodnim krańcu Salt Lake City (jak się później dowiedziałam w Canyon Rim), u
podnóża gór Wasatch.
Miejsce
znane mi było między innymi po Igrzyskach Olimpijskich, które się tu odbywały
zimą 2002 roku.
Uznałam
wtedy, po krótkich wyszukiwaniach w Internecie, że mogłam tu mieć pory roku
trochę przypominające te, do których się przyzwyczaiłam.
Więc,
nic nie mówiąc synowi, nawiązałam kontakt, dostałam umowę do przeczytania, a
potem podpisałam online wstępne dokumenty i przelałam kaucję i zaliczkę za
pierwszy miesiąc.
Miałam
tu wymyślonych kilka rzeczy do życia, w tym pracę i przyjaciółkę.
Nie
chciałam więc teraz, żeby Michał pomyślał, że nie mogłabym tu mieszkać sama, z
daleka od niego, kiedy sądziłby, że potrzebowałam opieki.
Pieniądze
nie stanowiły dla nas wielkiego problemu.
Zawodowo
zarabiałam co prawda niewiele, ale miałam oszczędności.
Spore.
Po
śmierci moich ukochanych rodziców parę lat temu, odziedziczyłam rodzinną firmę,
ich rozbudowany rachunek bankowy, duży dom i samochód.
Podzieliliśmy
się tym z bratem bez kłótni, ale on wykupił moje udziały w firmie, więc mój
rachunek bankowy tylko utył.
Prawdę
mówiąc, z moim bratem nigdy nie byłam zbyt blisko.
Był
starszy ode mnie o kilka lat i odszedł z domu naszych rodziców nieco wcześniej
niż ja.
Gorsze
było to, że zrobił to w taki sposób, który zranił naszych rodziców, co
widziałam, mieszkając z nimi i będąc bardzo związana z mamą, więc od początku swojego
dorosłego życia nosiłam w sobie pewną niechęć do jego stylu życia.
Później
on miał żal do mnie (a może po prostu pogardę) za to, że robiłam to, co lubiłam,
zamiast robić pieniądze.
Więc
nie rozmawialiśmy, ale również nie kłóciliśmy się.
To
była typowa obojętność.
A
po kolejnych wydarzeniach finansowo było coraz lepiej.
Finansowo.
I
jeszcze lepiej.
Dlatego
właśnie, kiedy wiedziałam, że tutaj będziemy mieć nasz start w nowe życie, rozejrzałam
się sama za nowym miejscem dla mnie.
Musiałam to na początku zrobić
bez ich wiedzy, bo moje dzieci koniecznie chciały mieć mnie bardzo blisko
siebie.
Nie
chciałam ich odpychać, ale chciałam dać im samodzielność i mieć taką dla
siebie, nie tracąc jednak kontaktu z moimi kochanymi dziećmi.
A
w Stanach przecież tak naprawdę wszędzie jest blisko, można się łatwo dostać
dokądkolwiek się chce, więc nie bylibyśmy całkiem rozdzieleni.
Dlatego
właśnie chodziło mi o to, żeby Michał i Dorota nie pokrzyżowali moich małych planów
na nowe życie.
Ale
pomyliłam się.
Mieszkanko
niespodziewanie okazało się bardzo malutkie.
Tycie-tyciutkie.
Jak
pokoje, które wynajmowaliśmy w dawnych, chudych czasach w Polsce podczas
naszych wyjazdów nad morze.
Okazało
się, że nie umiałam ocenić wielkości pomieszczenia po wymiarach i domyśleć się,
że te 20m2 to mniej, niż wystarczająco.
Chociaż
pamiętałam z czasów studenckich, kiedy myśleliśmy, że damy sobie radę bez
pomocy rodziców, nasze pierwsze mieszkanie, które miało 35m2, a
mieszkaliśmy tam ostatecznie we trójkę.
Nadal…
Nie
spodziewałam się tego, co tu widziałam po tym, jak obejrzałam (myślałam, że
dokładnie) mieszkanie na tych kilku zdjęciach w Internecie.
Nie
wiedziałam, czy to zdjęcia były tak specjalnie zrobione, czy też ja byłam
nieuważna, bo nie poznawałam tego, co było przede mną z tym, co oglądałam na
stronie wynajmującego.
Nie
zwróciłam wtedy uwagi na to, że w tym mieszkaniu nie było okien, a właściwie były,
ale tylko dwa, maleńkie i nie w pokojach tylko w kuchni i łazience, bo to one
wychodziły na zewnętrzny mur mieszkania.
Jedyna
istniejąca tam sypialnia była tak mała, że wątpiłam, aby zmieściło się tu takie
łóżko, w jakim lubiłam spać.
Na
pewno nie zmieściłabym tu szafy, komody, toaletki.
Pewno,
że mogłabym z nich zrezygnować, ale…
Nie
miałabym nawet gdzie trzymać swoich rzeczy.
Nawet,
jeśli większość z nich już wyrzuciłam lub sprzedałam.
W
mieszkaniu, które wynajęłam nie było też miejsca na biurko lub jakieś przytulne
miejsce do pracy nad moimi tłumaczeniami.
Czegokolwiek,
żeby usiąść wygodnie z laptopem.
Oprócz
sypialni było jeszcze tylko jedno wielofunkcyjne pomieszczenie, które łączyło
kuchnię, oddzieloną blatem od jadalni/salonu (ciemne - bez okna).
Zmieściłaby
się tam kanapa, ale nie za duża, i stolik dla czterech osób z krzesłami (może).
Nie
byłoby mowy o fotelach, kredensie, czy innych meblach.
Czy
będę mogła mieć gości?
A
ja lubiłam mieć ludzi wokół siebie.
Szczęśliwie
nie lubiłam oglądać telewizji, więc nie potrzebowałam tego sprzętu ani miejsca,
by się przed nim ułożyć.
Kuchnia
była właściwie aneksem kuchennym, chociaż była w niej zarówno kuchenka,
piekarnik, jak i lodówka.
Bez
wyciągu, chociaż był okap nad kuchenką.
Bez
ekspresu do kawy, czy mikrofalówki, a nawet nie było miejsca, by mogły się
zmieścić na blatach lub w otwartych szafkach.
I
było bardzo mało miejsca roboczego na
blatach.
Więc
nawet nie mogłam sobie wyobrazić, że mogłabym tam cokolwiek piec lub gotować
tak, jak lubiłam to robić dla zapraszanych gości.
Łazienka
mieściła w sobie tylko maleńki prysznic, umywalkę i sedes.
Jedna
wisząca szafka.
Nie
było jak w niej choćby się swobodnie obrócić.
No,
powiedzmy, to by mi nie przeszkadzało.
A
na dodatek, albo co gorsza, mieszkanko
było ciemne, pomalowane na bezosobowe, użytkowe kolory beżu, kremu i szarości,
przez co duszne.
Taki
schowek na szczotki.
Szafa,
jak to nazwał Michał.
Dokładnie.
A
ja lubiłam słońce i kwiaty.
Potrzebowałam ich.
Rozłożyłam
w szufladach moja skąpą garderobę, położyłam na łóżku swoją tymczasową pościel,
której nie powlekałam tylko owinęłam prześcieradłami, bo nie wzięłam z sobą
powłoczek, a potem okazało się, że w Stanach nie było tego zwyczaju, więc
postanowiłam się dostosować i położyłam się na niej w ubraniu.
Pogrążyłam
się we wspomnieniach.
Wędrowałam
po słonecznych plażach, wspominałam dawne zajęcia i ludzi, którzy odeszli.
Kiedyś
w takich złych chwilach pomagała mi muzyka.
Więc
wstałam, przeszłam do pokoju dziennego, wyjęłam z torby i włączyłam mój laptop,
nie podłączając go do Internetu.
Miałam
kilka albumów z piosenkami na twardym dysku.
Więc
spróbowałam teraz tego remedium, ale nie znalazłam wystarczająco pogodnych piosenek,
które mogłyby wyprowadzić mnie ze złego nastroju.
Wreszcie,
po kilku próbach, na końcu tego wszystkiego, musiałam przyznać, że była za
słaba, poddałam się i pozwoliłam sobie na łzy.
Muszę
nauczyć się, jak nie myśleć.
*****
Kilka godzin
później
-
Jest mi tu dobrze, kochanie - mówiłam łagodnie podczas rozmowy przez mój nowy telefon
z moim dorosłym synem, który się o mnie martwił - Już się całkiem rozpakowałam,
pościeliłam sobie łóżko, zrobiłam sobie herbatę, zaczęłam trochę pracować.
Zamilkłam
i musiałam wziąć głęboki, oddech, bo nie chciałam, żeby usłyszał niepewność i
smutek w moim głosie.
-
Przyjedź jutro o dziewiątej to załatwimy sprawy w urzędach, pomożesz mi kupić
samochód, kupimy kilka drobiazgów do domu i rzeczy spożywczych. Zrobiłam już całkiem
długą listę - dodałam, bardzo starając się brzmieć ciepło, pogodnie i z
uśmiechem.
Był
późny wieczór i oboje byliśmy bardzo zmęczeni po podróży, która obejmowała kilka
godzin w samochodzie, ale również lot przez całe Stany kilka dni wcześniej i po
urządzaniu się w nowych domach.
Michał
miał zamieszkać te dwa, trzy dni w hoteliku, który napotkaliśmy w drodze do
mojego kompleksu mieszkalnego, by mi pomóc w pierwszych, najważniejszych
rzeczach do zrobienia przy urządzaniu się.
Dorota,
została w Carson i urządzała ich nowy dom.
Miała
też nawiązać pierwsze kontakty w pracy.
Była
energiczna i pełna pozytywnego nastawienia, nawet, jeśli z powodu tego co się
stało, zostawiła swoją dużą, kochającą się rodzinę pół globu za nami.
-
No, dobrze, mamo. W takim razie idziemy spać, a jutro zastanowimy się co dalej.
- mówił Michał.
Troszczył
się o mnie i słyszałam wyraźnie w jego głosie to, że nie był uspokojony moimi
wyjaśnieniami, ale też nie chciał, żebym to słyszała.
Więc
nie dałam mu po sobie poznać tego, że usłyszałam, że zrozumiałam to i nadal
udawałam zadowolenie.
Po
pewnym czasie pożegnaliśmy się, rozłączyliśmy się, a ja przeszłam do kuchni i
wstawiłam wodę do gotowania w czajniku.
Naszykowałam
do zaparzenia kubek i herbatę owocową.
Jedyną
rzecz, jaką mogłam przełknąć przed zaśnięciem.
Wyjęłam
pieczywo i krakersy, ale nie wiedziałam, czy dam radę coś zjeść.
Cokolwiek.
Chociaż
wiedziałam, że powinnam się o to postarać dla Michała.
W
ciągu ostatniego roku naszych perypetii schudłam bowiem ponad dziesięć
kilogramów i Michał ciągle martwił się o mnie.
Niestety,
zły nastrój zawsze pogarszał mój apetyt.
Zostaliśmy
sami, więc musiałam być dla niego silniejsza, ale nie mogłam się zmobilizować
do walki o przetrwanie.
Przeprowadziliśmy
się do USA, bo Michał i Dorota dostali tu propozycję pracy jako programiści w
dużej firmie, która rekrutowała wyróżniających się studentów.
Byłam
z nich dumna, a zwłaszcza z mojego syna.
Dorota
była grafikiem komputerowym, więc też dostała propozycję zatrudnienia, ale
podejrzewałam, że propozycja pracy dla niej w tej firmie, zajmującej się oprogramowaniem
do samochodów, była związana z małżeństwem z moim synem, który dostał tę pracę
po wygraniu europejskiego konkursu na pracę inżynierską z zakresu programowania
robotów.
Oboje
nie braliby tej pracy pod uwagę, gdyby nie okropne wydarzenia, które dotknęły
naszą rodzinę, sprzed czternastu miesięcy.
Ja
nie brałabym pod uwagę wyjazdu na drugi koniec Znanego nam Świata, gdyby nie
to, że mój dotychczasowy świat się zawalił.
Musiałam
przestać o tym myśleć.
Uruchomiłam
więc komputer, znalazłam rozpoczętą pracę i pogrążyłam się w zaczarowanym
świecie literatury.
Podłączyłam
się do Internetu z telefonu.
Jako
tło do pracy uruchomiłam sobie auto odtwarzanie losowych piosenek na YouTube,
co zawsze lubiłam.
Moja
przyjaciółka, Janet, jakiś czas temu nauczyła mnie uważnego słuchania słów
piosenek, by wydobyć z nich treść, którą przekazywały.
Początkowe
piosenki pop, które podrzucały się automatycznie ze starej play listy, a
których nie słuchałam tak naprawdę,
zmieniły się i w końcu moją uwagę przykuła jedna, której dotąd nie znałam.
Gavin
DeGraw - Fire.
Zostawiłam
swoją pracę, przełączyłam z Vevo na Lyric Video i wsłuchiwałam się w słowa raz
za razem, wczytując się jednocześnie w tekst wyświetlany na ekranie.
Jeśli
jest jedna rzecz, którą trzeba wiedzieć
To
to, że marzenia są po to, żeby je chwytać
I że
nie można kupić przyjaciół…
…Jesteśmy
mistrzami
Znowu
tego dowiedziemy
Jesteśmy
w ogniu
Płoniemy
Prowadzimy
własną kampanię
Robimy
cały interes
Jesteśmy
w ogniu
Płoniemy…
Taka
byłam dawniej.
Kiedyś
i ja miałam w sobie ogień, pasję, lubiłam ludzi, którzy ją mieli, marzyłam i
walczyłam o te marzenia.
Potem
zapomniałam o tym, dostosowałam się i żyłam cichym życiem w cieniu.
Jeśli
znajdę coś…
Ale
nic mi się nie udaje.
Nic.
*****
Późno tej samej
nocy…
Leżałam
bezsennie wpatrując się w ciemny sufit, którego i tak nie widziałam, bo nie
docierało tu żadne światło.
Myślałam
o tym, jaka byłam dawniej naiwna, sądząc, że dobro powraca.
Karma?
Bzdury.
Nie
było ważne, ilu ludziom pomogłam, bo nadal znaleźli się tacy, którzy zechcieli
mnie skrzywdzić.
Dobro
nie powraca.
Płakałam
po ułożeniu się do snu.
Płakałam
po godzinie, kiedy obudziłam się w tym obcym łóżku, w ciemnym, ponurym pokoju i
teraz znowu miałam ochotę płakać.
Jaka
ja byłam głupia.
Co
ja sobie myślałam?
Wszystko,
czego dotknęłam, kończyło się źle, było błędem.
Porażką.
To
fatalne mieszkanie, narzucona przeze mnie samą odległość do mojego kochanego
syna i synowej, a wszystko dookoła było nowe, nieznane, straszne.
I
wtedy zabrzmiał mi w głowie głos i Gavin DeGraw zaśpiewał:
No
dawaj, wstawaj, unieś ręce
Witamy
w innym świecie
Marzycieli,
braci, sióstr, innych
Tak, płoniemy
właśnie tym
Słowa
tej piosenki dosłownie paliły mnie w mózgu.
Tym
mazaniem się zaprzeczałam swoim dawnym ideałom.
Użalaniem
się sprzeniewierzyłam się im.
To
ja taka kiedyś byłam, jak w tej
piosence, bo miałam krąg swoich sióstr, przyjaciółek, z którymi zawsze i o
wszystkim mogłam porozmawiać.
Były
teraz daleko, ale nadal mogłam z nimi rozmawiać, chociaż przez komunikatory, a
nie twarzą w twarz.
I
wtedy przyszła do mnie refleksja.
Nie
wszystko, co osiągnęłam sama, bez pomocy innych, było złe.
Przecież
miałam wspaniałego syna, którego wychowałam
prawie sama, a który dawał mi wolną
rękę, nie zmuszał mnie do jego
pomysłów na moje życie.
Odniósł
sukces zawodowy i byłam z niego
dumna.
Doceniali
go.
Miał
nową rodzinę i wiedział, jak o nią dbać.
Miał
swoje pasje, hobby, marzenia.
To
ja pokazałam mu, jak je rozwijać.
Pielęgnować.
Przez
całe moje dotychczasowe życie miałam wsparcie jakiegoś mężczyzny, który w
pewnym stopniu kierował moimi poczynaniami.
Najpierw
był to mój ojciec, a potem mąż.
Ale
nie robili wszystkiego za mnie.
Nie
miałam życia pozbawionego pracy i troski, o nie.
Przez
wiele, wiele lat mieszkałam w dość
dużym domu sama z dziećmi, zajmowałam się sama
rachunkami, remontami, samochodem, nie mówiąc już o pracy zarobkowej, którą
kochałam i o domu, który wymagał sprzątania, opieki, napraw, pielęgnacji ogrodu.
Przecież
radziłam sobie sama!
Czemu
o tym zapomniałam?
I
nadal z tym wszystkim miałam pasję, nadal realizowałam swoje marzenia, chociaż
może w cieniu tego, co robili mężczyźni z mojego życia.
Zamiast
użalać się nad sobą jak słaba ofiara okoliczności, szukać tego, co zrobiłam
źle, powinnam wziąć się w garść, znaleźć nowe miejsce do życia, krąg nowych znajomych,
coś nowego do robienia.
Należymy
do plemienia
Dobrze wiedzieć,
że ja należę do tego
Muszę
tutaj znaleźć swoje „plemię”, nowy krąg znajomych z pasją podobną do mojej,
wystarczy, że się rozejrzę.
Nie
mogłam pracować w moim zawodzie, bo potrzebowałabym przyuczenia do zawodu
nauczycielki tutaj.
Bo
w Stanach był inny system edukacji, inna szkoła.
Ale
może znalazłabym jakiś wolontariat, może jakieś koło lub klub zainteresowań?
Zawsze
kochałam jeździć na długie wycieczki rowerowe, krajoznawcze, a nie wyczynowe.
Może
znajdę jakiś klub cyklistów?
Uwielbiałam
robić samodzielnie przetwory ze świeżych owoców i warzyw.
Może
znajdę targowisko, ludzi zajmujących się uprawą?
I
jeszcze muszę poznać jakiegoś przewodnika, kogoś stąd, kto opowie mi o tych
górach, legendy, może historię…
No
dawaj, wstawaj, unieś ręce
Witamy
w innym świecie
Marzycieli,
braci, sióstr, innych
Tak, płoniemy
właśnie tym
Tak!
Wstawaj!
Mogłam
to zrobić.
Wiedziałam, że mogłam.
Czułam
to.
To
mógłby być mój plan na następne dni, może kolejne tygodnie.
Znaleźć
coś.
Ale
równie ważne dla mnie, dla mojego samopoczucia i mojej energii, było
rozejrzenie się nad innym, bardziej optymistycznym lokum.
Może
nawet najważniejsze.
Nie
mogłam mieszkać w tej ciasnej, ponurej klitce bez okien i światła.
Bez
słońca, kolorów i kwiatów.
Przygnębiało
mnie to.
Musiałam
również poznać ludzi mieszkających w tym sąsiedztwie, wyjść do nich, ruszyć z
inicjatywa.
Zawsze
lubiłam rozmawiać z różnymi ludźmi, na rozmaite sposoby poznawać ich, dzielić
się doświadczeniem, radościami i troskami.
Ta
więź głęboko pod skórą
To
towarzystwo, w którym jesteśmy
Ta
miłość, którą dajemy
Od
samego świtu ludzkości
Należymy
do plemienia
Dobrze wiedzieć,
że ja należę do tego
To
zawsze pomaga każdemu na zły nastrój, a przynajmniej zawsze pomagało mnie, ale
przecież nie byłam jakimś wyjątkiem.
Prosta
rzecz, a pomaga.
Przynależność
do kogoś, do jakiejś grupy, rodziny.
Grono
przyjaciół, którzy cię wysłuchają, będą cię wspierać.
Po
tych przemyśleniach, po ułożeniu sobie w myślach planów na najbliższe dni, wreszcie
zasnęłam.
Może
nie z uśmiechem na ustach, ale spokojniejsza.
Nie
będę myślała o złych rzeczach, jeśli znajdę coś dobrego.
*****
Dwa dni później
Po
kolejnej prawie nieprzespanej nocy wyszłam wczesnym świtem na parking kompleksu
mieszkalnego/kondominium, w którym mieszkałam.
Nie
wiedziałam, czego tak naprawdę szukałam.
Zwiedzałam.
Ten
kompleks nie był prawdziwym kondominium, co już wiedziałam i nie wiedziałam
dlaczego właściciel tak go określał, skoro były to właściwie tylko cztery
dwupoziomowe budynki zestawione ze sobą tak, że tworzyły prostokąt.
Pomieszczenia,
które były na parterze miały wejścia od strony zewnętrznej i wewnętrznej, a
mieszkania, które były na górze tylko od strony wewnętrznej.
Tam
też była łącząca je galeria, na którą prowadziły schody po bokach.
Były
tu dwie klatki schodowe, jedna od strony parkingu, a druga wychodząca na tereny
zielone - chyba plac zabaw, boisko…
Nie
mogłam tego stwierdzić przy tej pogodzie, jaka wtedy była.
Okolica
była ładna, ale zaniedbana, co było widać nawet pod koniec lutego.
Topniejący
śnieg nie przykrywał do końca trawników i gazonów, więc było widać braki w ich
pielęgnacji.
Za
budynkiem natomiast były widoczne piękne, majestatyczne góry.
Wasatch,
jak dowiedziałam się wcześniej z Internetu.
Poprzedniego
dnia Michał zawiózł mnie do Walmartu, bym kupiła trochę artykułów spożywczych, zrobiłam
pierwsze zakupy najpotrzebniejszych przyborów kuchennych i, na koniec, pojechaliśmy
do dealera Toyoty.
Starałam
się przy nim jak najwięcej mówić i uśmiechać, by zapewnić go, że wszystko było
w porządku, że dam sobie radę.
Kupiłam
typowo miejski samochód osobowy, który podobno był najpopularniejszy w Stanach,
Toyotę Priusa - hybrydę, po której spodziewałam się oszczędności na paliwie i
dobrego prowadzenia w warunkach miejskich - w pięknym odcieniu błękitu.
Wybrałam
go już wcześniej, po długich poszukiwaniach opinii w Internecie, a tu tylko się
upewniłam, że to jest to, czego szukałam, kiedy wzięłam go na krótką jazdę
próbną.
Samochód
to była jedna z tych rzeczy, których nie mogłam sobie odmówić.
Zawsze
lubiłam to uczucie wolności, jakie daje własny pojazd, którym mogłabym dostać
się nawet gdzieś daleko.
W
południe usiadłam przed laptopem, połączyłam się przez Internet z przyjaciółką
z Polski (musiałam pamiętać, że u niej jest osiem godzin później) i opowiadałam
jej jakie jest moje życie tutaj i co planuję robić, a ona opowiadała mi o
wspólnych znajomych, unikając drażliwych tematów.
Potem,
na koniec dnia, wybraliśmy się z Michałem do, znalezionej przez nas po drodze,
pizzerii na kolację, podczas której starałam się trochę zjeść i starałam się
uspokoić syna, że będzie nam tak dobrze, będziemy się odwiedzać, a potem
rozstaliśmy się na noc, by następnego dnia rano pożegnać się na dłużej.
Potem
znowu pogrążyłam się w świecie literatury z mojej pracy, starałam się trochę
pospać, w środku nocy znowu trochę czytałam, a potem wstałam przed świtem.
To
znaczy teraz.
Salt
Lake City leżało w klimacie, którego jeszcze nie znałam, niezależnie od tego,
ile o nim czytałam w Intrenecie, więc nie wiedziałam czego się spodziewać o tej
bardzo wczesnej porannej godzinie.
Moje
mieszkanie było na parterze, od strony patio, przez co było zasłonięte galerią,
co było dla mnie bardzo dużym minusem,
bo panował w nim jeszcze większy mrok, a ja nie wiedziałam, czy to przez
pogodę, porę dnia czy dach.
Widziałam,
kilkoro drzwi po bokach mojego mieszkania, ale były ciemne i ciche, więc nie
mogłam ocenić, czy są zamieszkałe.
Zarzuciłam
na ramiona kurtkę, nasunęłam na głowę kaptur i poszłam na zwiedzanie okolicy.
Najpierw
wyszłam przed kompleks przejściem obok klatki schodowej.
Było
pusto i cicho.
Wyglądało
na to, że większość mieszkań była niezamieszkała, bo nawet samochodów na
parkingu było mało, nawet jak wiedziałam, że tuż obok był drugi, dla gości.
Na
tym dla mieszkańców stały tylko dwa oprócz mojej Toyoty, mała, czerwona Honda i
stary, biały Pontiac.
Kiedy
tam się rozglądałam, podjechał jeden czarny SUV.
Zaparkował
na miejscu dla mieszkańców apartamentów na piętrze, wyłączył silnik i wysiadł z
niego jakiś mężczyzna, ale ja nie byłam gotowa na poznawanie kogokolwiek o
szóstej trzydzieści rano, więc szybko odwróciłam się w stronę biura zarządcy,
które było blisko wejścia na klatkę schodową i nawet mu się nie przyjrzałam.
W
biurze nie było nikogo, a drzwi były zamknięte na klucz.
Potem
weszłam na patio, stanęłam po środku i rozejrzałam się, by stwierdzić, że tak
niczego nie zobaczę.
Poszłam
więc schodami, które prowadziły do środka kompleksu na pierwsze (i jedyne)
piętro.
Wokół
całego patio ciągnęła się ogrodzona metalową barierką galeria, z której liczne
drzwi prowadziły do mieszkań.
Dziwne.
Nie
było tam żadnych informacji o
mieszkańcach.
Nigdzie
nie było żadnych stojących lub wiszących kwiatów, wycieraczek, ozdób, numerów
mieszkań, rowerów, czy innych śladów zamieszkania.
Nawet
nie było śladów butów.
Tylko
jedne z drzwi, prowadzące najwyraźniej do narożnego apartamentu, były lekko uchylone.
Ciche.
Zakurzone.
Zaciekawiona
zbliżyłam się, rozejrzałam i lekko je pchnęłam.
Szłam
po gruzie i śmieciach.
A
potem faktycznie znalazłam się w mieszkaniu narożnym, które było puste i
zdewastowane, ale chyba przygotowywane do remontu, a które najwyraźniej zostało
opuszczone wiele, wiele miesięcy
wcześniej.
I
oglądałam je z zachwytem, jakiego dla przeciętnego człowieka byłoby
niezrozumiałe, ale nie dla mnie.
Po
pierwsze było ono trzy razy większe od mojego.
Duża
kuchnia była tam oddzielona blatem (wyspą) od jadalni, która łączyła się
szerokim, łukowatym przejściem z salonem.
Zarówno
kuchnia, jadalnia jak i salon miały
okna.
Z
korytarzyka było wejście do dwóch sypialni, z których druga, większa, miała
duże okno z szerokim parapetem i była tak duża, że spokojnie zmieściłabym tam nawet
swoje stare meble (których nie zabrałam z Polski, więc nie było o tym mowy).
Obok
niej była duża łazienka, zdecydowanie wymagająca generalnego remontu, ale
oczami wyobraźni zobaczyłam możliwości jej urządzenia.
Podobała
mi się, chociaż nie miała okna, bo przylegała do innego pokoju.
Puściłam
tam wodę z kranów, zarówno ciepłą, jak i zimną, przekonałam się, że działały i żadna
rura nie przeciekała.
Potem
przeszłam do kuchni.
Lubiłam
to, że miała dużo miejsca na blatach.
Sprawdziłam
kuchenkę.
Stara,
do wymiany.
Gaz.
Stawało
się oczywiste, że właściciel kompleksu nie radził sobie finansowo lub
logistycznie z remontem mieszkań, skoro wynajmował jakiekolwiek przed
zakończeniem remontu pozostałych.
Może
byłby zainteresowany jakąś transakcją wiązaną, w wyniku której ja dostałabym
możliwość zajęcia większego mieszkania,
a on pozbyłby się problemu z remontem tego apartamentu.
Rozejrzałam
się ponownie po przestrzeni, w której byłam i wreszcie szczerze uśmiechnęłam do
siebie.
Skierowałam
się do wyjścia, wciąż się rozglądając i obok drzwi zauważyłam jeszcze toaletę z
małym prysznicem.
Taką,
jak w zajmowanym przeze mnie obecnie mieszkaniu.
Miałabym
dla moich spodziewanych gości sypialnię nawet z oddzielną dla nich łazienką.
Westchnęłam
z zadowoleniem.
Poczułam
przypływ energii, adrenalinę wynikającą z światełka celu, który zaczął
nieśmiało mi przyświecać.
Podjęłam
decyzję.
Musiałam
znaleźć tego zarządcę, który dawał nam klucze i dowiedzieć się czy to
mieszkanie jest dostępne.
Więc
wyszłam z powrotem na galerię, a potem zeszłam schodami na dół.
Szłam
do biura zarządcy.
Może
będę miała lepsze nowe miejsce do prawdziwego rozpoczęcia mojego nowego życia.
Będę
miała o czym myśleć i czym się zająć.
Żyć.
*****
Kilka godzin
później
-
Kochanie, proszę, rozejrzyj się - mówiłam do syna, oprowadzając go po ruinie,
którą chciałam zrobić moim nowym domem - Ten facet godzi się na moje warunki. Będę płaciła tyle, co za
tamto małe mieszkanie przez trzy miesiące, a on pokryje całkowity koszt
wszystkich remontów, które tu przeprowadzę. Jego jedynym warunkiem jest to, że
dopilnuję remontu, bo nawet ma ekipę, która wszystko może tu zrobić - nie
skłamałam, ale to było drobne niedopowiedzenie z mojej strony, które Michał
mógł łatwo rozszyfrować, bo mnie znał i wiedział, że lubiłam sama gruntować i
malować ściany, myć lub montować szafki i tym podobne rzeczy - Będę tu miała o wiele więcej miejsca i dużo więcej słońca - dodałam swój
ostateczny argument.
-
Mamo, wyprujesz sobie żyły, a on cię może oszukać i eksmitować, kiedy już
skończysz remont swoimi siłami. - Michał nie był przekonany do mojego pomysłu.
Rozglądał
się po apartamencie z wyraźnym niezadowoleniem.
-
Boję się, że się zapracujesz na śmierć, a nic z tego nie będziesz miała - dodał
swój ostateczny argument przeciwko mojemu pomysłowi.
Poczułam,
że twarz mi złagodniała, kiedy wokół serca miałam tylko ciepło, bo wiedziałam,
że się po prostu o mnie martwił.
Nie
o to, że nie dałabym rady, ale o to, że zostałabym zraniona.
-
Wiesz, że nie mogę siedzieć
bezczynnie - powiedziałam cicho - Wy będziecie zajęci, a ja już mam wprawę w
zarządzaniu ekipami robotników, którzy mają czas na piwo, ale nie mają czasu na
podłączenie rury - zażartowałam, ale to była prawda.
To
ja zajmowałam się kolejnymi ekipami i „majstrami”, kiedy zmienialiśmy coś, remontowaliśmy
lub przebudowywaliśmy dom.
Rozmawialiśmy
we trójkę z właściwym zarządcą kompleksu, który w tej chwili stał
zdezorientowany, bo te zdania wymieniliśmy z Michałem po polsku.
W
czasie tej rozmowy myślałam intensywnie, kto mógłby mi pomóc w analizie lub
sformułowaniu umowy, która zabezpieczyłaby mnie przed zagrożeniami, jakie
słusznie zauważył mój syn.
Michał
nie mógł dłużej zostawać w Salt Lake City, czekać na rozwiązanie mojego
problemu i w ogóle zajmować się mną.
Musiał
wrócić do swojego nowego domu, do żony i pójść do pracy.
Pół
godziny później, po rozstaniu z (wciąż nie przekonanym) synem, nadeszła pora na
telefonowanie.
Na
szczęście, to poszło sprawnie.
Pomogła
mi moja kochana synowa, Dorotka, która nawiązała już pewne znajomości w pracy i
w sąsiedztwie, więc, zanim minęła kolejna godzina, byłam umówiona przez telefon
z, mieszkającą w Salt Lake City, kobietą, która zapewniła mi na miejscu pomoc
prawną.
Michał
pojechał do domu, a ja miałam cel.
I
zajęcie na kolejne tygodnie.
Spotkałam
się ze znajomą Doroty (rdzenną Amerykanką z przepięknymi czarnymi włosami) i
wyjaśniłam jej o co mi chodziło, czego oczekiwałam po tej specyficznej umowie
na wynajem z remontem apartamentu.
Powiedziała
mi, jakie są warunki prawne w Stanach jeśli chodziło o wynajem mieszkań w takim
kompleksie i co mogłam zyskać, na co zwrócić uwagę, czego się wystrzegać.
Po
godzinnej rozmowie miałam spisaną przez nią taką umowę, jakiej oczekiwałam.
Tak,
mogłam działać!
Następnego
dnia na umówione spotkanie miałam więc dla zarządcy/właściciela przygotowaną
umowę do podpisania.
Był
to ruchliwy, krępy, dosyć niski mężczyzna o ciemnych, kręconych i wiecznie
potarganych włosach, który wbrew wszystkiemu wzbudził moją sympatię.
Miał
piwne oczy i był bardzo energiczny, wręcz nerwowy.
Od
razu na wstępie rozmowy dowiedziałam się, że był współwłaścicielem kompleksu,
co dawało mu możliwość samodzielnego podejmowania decyzji o wynajmie mieszkań.
Wydawało
mi się jednak, że rzeczywiście nie do końca wiedział w co się wpakował, kiedy zainwestował
w kupno kompleksu mieszkań na wynajem.
Człowiek
był taki zadowolony, że zdjęłam mu z barków kłopot z remontem tego jednego mieszkania,
że podpisał umowę po jednorazowym przeczytaniu, godząc się na takie warunki
finansowe, jak zwrot wszystkich nakładów
z mojej strony bez targowania się, czy utrzymanie czynszu na starym poziomie
(za tamto małe mieszkanie) przez kolejne trzy miesiące.
Załatwił
mi też (spóźniony) dostęp do Wi-Fi.
Dominik,
bo tak miał na imię współwłaściciel kompleksu, potrząsał moją ręką i w ciągu
następnej godziny pomógł mi zdobyć potrzebne narzędzia oraz umówił ekipę, która
miała wyremontować mi łazienkę.
Mieli
również zainstalować w moim apartamencie nową kuchenkę, piekarnik do zabudowy,
lodówkę i pralkę z suszarką, kiedy tylko bym je kupiła.
Zgodnie
z warunkiem umowy, na który się zgodził, miałam zajmować stare mieszkanie
jeszcze tylko przez tydzień, więc musiałam się pospieszyć z remontem sypialni, łazienki
i kuchni (przynajmniej).
Ale
nie bałam się tego.
Dziękowałam
w myślach mojemu tacie, że nauczył mnie podstaw remontu domu lub mieszkania.
Nauka
tego nie była dla mnie łatwa, jak nie byłaby łatwa dla nikogo, bo odbywała się
przez uczestnictwo w kolejnych remontach, zwłaszcza, jeśli to dotyczyło mojego
pokoju.
Dała
mi teraz pewność siebie.
W
myślach pobłogosławiłam mojego tatę za nauczenie mnie, jak się maluje ściany
(chociaż, musiałam przyznać, że lubiłam to), za zachęcanie mnie do udziału w zakupach
w sklepach budowlanych.
Dzięki
temu znałam już od dawna podstawowe nazewnictwo i wiedziałam, że nie wystarczy
pędzel i farba, a także jak dobrać odcień farby, sugerując się tylko małą
próbką.
Zaplanowałam
mycie ścian i sprawdzenie ich ewentualnych uszkodzeń w całym apartamencie w
kolejnych pomieszczeniach.
Kiedy
kilka godzin później przypadkiem poznałam chłopaków z ekipy remontowej, która
pracowała w kompleksie, mój nastrój poprawił się jeszcze bardziej.
Byli
super sympatyczni.
Spisałam
z ich pomocą niezbędne przybory i chemikalia.
Dowiedziałam
się, gdzie jest sklep budowlany, gdzie mogłam kupić różne AGD i gdzie był
najbliższy sklepik z przyborami dla majsterkowiczów.
Podobało
mi się to wszystko.
Zaczęłam
wyobrażać sobie kolory i umeblowanie, chociaż powiedzieli mi, że to najlepiej
zrobić w sklepie, z dostępną tam paletą próbek.
Musiałam
jak najszybciej zacząć nowe życie w nowym mieszkaniu.
Wreszcie
miałam powód, by dobrze spać.
Zmęczenie
pracą fizyczną i pasję do rozwinięcia.
A
myśli miałam zajęte nowym życiem, by nie myśleć o przeszłości.
zaciekawiłaś mnie... <3
OdpowiedzUsuńZapowiada się ciekawie, a co to za książka? Pozdrawim
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńZapowiada się bardzo ciekawie🙂 Czy to Twoja książka??? Tzn.czy Ty jesteś autorka????
OdpowiedzUsuńTak, to moje.
UsuńWiem, że to być może naśladownictwo Kristen Ashley, ale może da się czytać.
Uwielbiam styl Kristen. A książka zapowiada się świetnie i czyta się bardzo fajnie 😁 Czekam na więcej i gratuluję 🙂🙂🙂
UsuńDziękuję,podoba mi sie
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń