Rozdział
14
Wyjdź za mnie
Eva
Kilka godzin później
Ocknęłam
się wyspana, albo prawie wyspana.
Było
rano.
Po
zapachu, odgłosach i świetle wiedziałam, że jestem w szpitalu.
O
Boże kochany!
Tylko
nie to.
Nienawidzę
szpitali!
Od
czasu, kiedy moje małe dzieci spały ze mną, budziłam się czujnie i w bezruchu
robiłam inwentaryzację okolicy.
Teraz
też sprawdzałam, co czuję.
O
dziwo, czułam się w miarę dobrze.
Głowa
mnie nie bolała, chyba nie miałam gorączki, nie mdliło mnie.
Jakieś
urządzenie szumiało obok łóżka, na który leżałam na wznak.
Górną
część ciała miałam podniesioną, więc prawie siedziałam.
Nie
dało się ukryć, że dzięki temu lżej mi się oddychało.
Ręce
miałam na cienkiej kołdrze.
Otworzyłam
oczy i zauważyłam, że jestem w pojedynczym pokoju, na specjalnym łóżku, z
wenflonem wbitym w zgięcie lewej ręki.
Do
tego była podłączona rurka, a na stojaku obok wisiał woreczek z płynem.
Pewnie
dostałam środki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe.
Może
glukozę i sól fizjologiczną.
Tyle
tego!
W
moich żyłach zaczęła płynąć adrenalina.
Nie
miałam ubezpieczenia.
Turystyczne
wygasło dwa lub trzy miesiące temu i wiedziałam o tym.
Rachunki
za szpital będą gigantyczne.
Zauważyłam
na brzegu mojego łóżka ciemną głowę, opartą na ramionach, z których jedno leżało
tuż przy mojej dłoni.
Jimmy!
Wzruszenie
zatkało mi gardło.
Przypomniałam
sobie jego przybycie w środku nocy.
Jego
przestraszoną twarz, kiedy zobaczył w jakim stanie były moje ręce i termometr w
jego dłoni.
Jak
wziął mnie na ręce, owinął kocem.
A
potem już nic.
Musiałam
znowu zasnąć.
Teraz
siedział na krześle, ustawionym obok mojego łóżka i opierał się o nie całym przodem,
leżał na nim.
Na
pewno się martwił.
Opiekował
się mną.
Był
po dyżurze, po pracy, nie wyspał się, pewno nic nie jadł.
Ruszyłam
palcami i musnęłam jego gorącą skórę.
Poderwał
głowę, spojrzał na mnie przytomnie, chociaż wiedziałam, że spał i przyjrzałam
mu się.
Na
szczęce miał ślad ciemnego zarostu.
Włosy
miał potargane.
Pod
oczami widniały mu sine kręgi.
Był
zmęczony.
-
Eva - wyszeptał z ulgą i podniósł się, by dotknąć mojego czoła ustami.
-
Jimmy - powiedziałam i przekonałam się, że jestem zachrypnięta.
Odchrząknęłam,
ale nie dał mi nic powiedzieć.
-
Czemu nic mi nie powiedziałaś? - spytał.
-
Miałeś zmartwienia - szepnęłam.
Przez
jego przystojną twarz przebiegł dziwny wyraz, skurcz, jakby… ból?
Nachylił
się nade mną i ponownie pocałował mnie w czoło.
-
Zawołam pielęgniarkę - powiedział i odszedł w stronę drzwi.
-
Jimmy… - zaczęłam ponownie - chcę do domu.
Wrócił
do mnie, przysiadł na łóżku obok mnie, objął moją szczękę wnętrzem dłoni i
potarł policzek kciukiem.
Wtuliłam
się i zamknęłam na sekundę oczy.
To
było takie miłe.
-
Miałaś bardzo wysoką gorączkę. Masz zmiany na rękach i nogach, spuchnięte
kostki. Nie sądzę… - powiedział.
-
Jimmy, niech mi dadzą leki i zabierz mnie do domu - upierałam się - Proszę.
Popatrzył
na mnie przez chwilę i powiedział łagodnie - Może niech cię zbadają, a
porozmawiamy później.
Poczułam,
że w oczach zbierają mi się łzy - Jimmy
- wyszeptałam ponownie, ale mnie nie słuchał.
Pogłaskał
bok mojej głowy, przesuwając palce przez włosy, dotknął ustami moich ust i
wstał.
Musiał
się mną zająć.
Taki
troskliwy facet.
Taki
dobry.
Kochałam
go.
Poszedł
po pielęgniarkę, która przyszła bardzo szybko, a ja nie miałam innego wyjścia,
jak poddać się badaniu.
*****
Jimmy
Nie
wiedział, czemu tak jej zależało na wyjściu z tego szpitala.
Chciał,
żeby ją dokładnie przebadali, żeby dobrali jej leki i nie mógł pozwolić jej na
zajmowanie się innymi, podczas gdy sama potrzebowała pomocy.
Chciał
tylko, żeby wyzdrowiała.
Kiedy
rozmawiał przez telefon z jej synem w środku nocy, po przyjeździe do szpitala, ten
powiedział, że przyjedzie następnego dnia, jak tylko się zwolni w pracy.
Nic
nie ustalili, Jimmy po prostu przekazał mu, co się stało.
Kiedy
pielęgniarka szła do pokoju Evy, poszedł za nią.
Powiedział
w szpitalu, że żyją ze sobą.
Przedstawił
się jako jej chłopak, więc mówili mu co się dzieje.
Chciał
się dopytać o jej zdrowie i zrobić to, o co prosiła.
Żeby
miała wszystko, czego pragnie i czego
potrzebuje.
Po
drodze, na korytarzu spotkał lekarza, który właśnie do szedł do Evy i zagadnął
go o diagnozę.
-
Te objawy wskazują na kilka chorób, więc musimy wykonać dalsze testy - usłyszał
od niego - RTG, USG, może tomografia. Zależy to od wyników badań krwi, które
powinniśmy mieć jutro rano.
-
Doktorze, czy można by to zrobić, kiedy bym ją przywoził z domu? - Jimmy
spróbował zrobić to, o co go prosiła.
-
Byłoby lepiej, gdyby dzisiaj została w szpitalu - odparł lekarz.
Jimmy
obejrzał się na drzwi do jej pokoju i zagryzł bok wargi.
Doktor
popatrzył na niego, jakby zastanawiał się nad czymś.
-
Proszę mi powiedzieć… - zaczął z
wahaniem - Wie pan może coś, co mogłoby mi pomóc, czy coś się działo, zauważył
pan coś niepokojącego.
-
Chyba… - stwierdził Jimmy, po czym zastanowił się - nie wiem czy to ważne, ale…
od paru miesięcy zauważyłem, że kaszle. Na początku było gorzej, miała takie
ataki, a teraz to jakby pokasływanie, ale jest cały czas.
-
Nie wie pan, czy coś odkrztusza? - dopytywał się doktor.
-
Nie, nie wiem. To raczej suchy kaszel. Tłumaczyła, że suche powietrze, że coś
ją podrażniło i takie tam - odpowiedział Jimmy i ponownie się zastanowił.
-
I jeszcze przez ostatnie tygodnie była coraz bardziej zmęczona bez powodu. Potrafiła
zasnąć w czasie rozmowy - dodał.
-
Rozumiem - powiedział lekarz zapisując coś w karcie - Dziękuję, to może nam
pomóc w diagnozie.
-
Czy mogę z nią zostać? - zapytał Jimmy z nadzieją.
-
Rozumiem, że nie jesteście małżeństwem? - zapytał, a kiedy Jimmy pokręcił
głową, dodał - Więc nie może pan zostać tu na noc.
Jimmy
zacisnął zęby i skinął głową.
Lekarz
wszedł, by ją zbadać, a potem pożegnał się i poszedł do innych pacjentów, a
Jimmy wrócił do Evy.
Usiadł
obok jej łóżka.
Wziął
ją za rękę.
Miała
łzy w oczach.
-
Musisz tu dzisiaj zostać - powiedział jej, starając się brzmieć delikatnie, a jej
zaczęły drgać wargi.
Przysunął
się i usiadł na boku jej łóżka, pochylił się do niej, głaskał grzbietem palców
jej szczękę i starał się ją uspokoić.
-
Eva, Aniele… - dodał - zrobią ci badania, prześwietlenia i dowiedzą się co to
jest.
-
Jimmy - szeptała błagalnie, chociaż jej oczy zrobiły się ciepłe - nie chcę tu
zostać sama.
O,
tak, jego mądra Eva.
Domyśliła
się, że nie pozwolą mu zostać.
-
Mała, proszę zrób to dla mnie - próbował wykorzystać jej uczucie, o którym
wiedział, a o którym tak naprawdę nie mówili.
Znowu
zobaczył, jak drgają jej usta, a oczy błyszczą od łez i poczuł się jak palant.
Gówno.
Ponownie
przyszła pielęgniarka i Eva znowu wyprostowała się, zebrała siły, by się
uśmiechać i wyglądać pogodnie.
Wstał
i podszedł do okna, by oprzeć się o parapet i patrzeć na nią z daleka.
Kurwa,
był dupkiem.
Jak
mógł to przegapić, tak głupio ryzykować, że to straci.
To
była cała Eva.
Jego
dzielna Eva.
Jego
Eva.
*****
Eva
Następnego dnia rano
Spałam
jak zabita.
Było
to o tyle dziwne, że byłam naprawdę dobrze wyspana i tęskniłam za Jimmy’m.
Dziwnie,
pusto było znowu spać samej.
O
siódmej rano obudził mnie zwykły, szpitalny ruch, chociaż musiałam przyznać, że
było tu ciszej niż w szpitalu w Polsce.
Może
chodziło o to, że nie wiedzieli, co mi jest, więc wciąż leżałam sama w pokoju.
Nie
bolała mnie głowa i byłam głodna.
Kolejne
dziwne uczucie.
Dawno
nie byłam głodna.
Pielęgniarka
przyszła, zmierzyła mi temperaturę (nie wiedziałam, czy te 98 stopni to dobrze
czy źle, ale uśmiechała się zadowolona, więc byłam dobrej myśli).
Obejrzała
moje nogi i ręce i już się nie
uśmiechała, kiedy notowała w karcie.
O
ósmej dostałam śniadanie, zjadłam, leżałam bezczynnie i myślałam.
Martwiłam
się o Jimmy’ego i o Matta.
Marzyłam
o tym, by mieć telefon.
Potem
pielęgniarka zawiozła mnie wózkiem na prześwietlenie.
Kiedy
pomagała mi zejść z łóżka, spojrzałam na swoje stopy.
O
Boże kochany.
Nic
dziwnego, że Jimmy był taki zdenerwowany.
Przejmował
się nawet, kiedy słabłam podczas wędrówek po górach.
To musiało go
przerazić.
Był
taki opiekuńczy.
Trochę
się wynudziłam, kiedy czekałam na prześwietlenie, bo pielęgniarka zostawiła
mnie samą i nawet nie miałam z kim pogadać, ale po prześwietleniu już na mnie
czekała.
W
drodze powrotnej dowiedziałam się, że miała na imię Ann i miała trzyletnią
córeczkę, która zostawała w domu z babcią.
Lubiła
malować akwarelami, więc Ann przynosiła do pracy jej dzieła i rozwieszała je w
pokoju socjalnym.
Koniecznie
chciałam je obejrzeć.
Powiedziałam
jej to.
Kiedy
dojechałyśmy do mojego pokoju, czekał tam już Jimmy.
Ann
pożegnała nas machaniem ręki i porozumiewawczym uśmiechem.
Dowiedziałam
się dlaczego, kiedy Jimmy ułożył mnie w łóżku i zobaczyłam naprzeciwko siebie moje
róże w wazonie na stoliku.
To
było takie słodkie z jego strony, że pamiętał.
Zauważyłam,
że wyrzucił zwiędłą i dołożył dwie nowe (policzyłam je).
Dziękowałam
mu, opowiadałam o Ann, a on krzątał się wokół mnie.
Opatulał
mnie kołdrą, poprawiał mi poduszki.
Jimmy
wyglądał na szczęśliwego z tego powodu, że jestem rozgadana i się uśmiecham.
Pewnie
czuł się winny, bo zachorowałam, a on tego nie zauważył.
Przyniósł
mi telefon (i ładowarkę!) i laptop, ale ten drugi na razie położył na szafce
obok kwiatów, co było tak daleko, że nie miałam szansy sama go wziąć.
Bardzo,
bardzo kochane z jego strony było to,
że przyniósł mi moje ulubione pancakesy z jagodami i herbatę.
Popatrzyłam
na niego z wdzięcznością i podziękowałam mu.
Uśmiechał
się i przystawił stolik zawieszany nad łóżkiem.
Chciałam
zabrać się za jedzenie, ale zawahałam się, bo nie chciałam, żeby on był głodny.
-
A ty jadłeś? - zapytałam - Może zjesz ze mną?
-
Dobrze, będę jadł z tobą, jak zobaczę, że ty jesz - powiedział z uśmiechem.
Więc
rzuciłam się na nie.
Siedział
na krawędzi mojego łóżka i jadł z mojego widelca.
Patrzył,
co chwilę przerywając jedzenie i śmiejąc się cicho.
-
No, co… - powiedziałam z pełną buzią, kiedy po raz kolejny zaczął się śmiać z
tego, jak się opycham - na śniadanie dali mi jajko sadzone, ale to było już ponad
dwie godziny temu.
-
Mała - odparł, całując mnie w ucho (lub blisko) - …jestem szczęśliwy, że w
ogóle jesz - ale już się nie śmiał.
Zamarłam
z widelcem uniesionym do ust i zaparło mi dech w piersiach.
Martwił się.
Zamrugałam,
opuściłam oczy i żułam.
Kiedy
zjedliśmy (ja zjadłam), Jimmy sprzątnął, wypytałam go co z jego pracą, z
kolegami i dowiedziałam się, że dostał kilka dni wolnego, przyszła pielęgniarka
i powiedziała Jimmy’emu, że ktoś chce z nim porozmawiać.
Teraz!
Pocałował
mnie w policzek, mruknął - Zaraz wracam - i poszedł.
Kiedy
wyszedł, poprosiłam ją, by w tym czasie pomogła mi się umyć, a ona stwierdziła,
że również prześcieli łóżko.
Więc
zostałam zawieziona wózkiem do łazienki pod prysznic, pod którym stał stołek i
mogłam się umyć na siedząco.
Jaka
ulga.
*****
Jimmy
Jimmy
poszedł do wskazanego przez pielęgniarkę pokoju, by porozmawiać z dyrektorem
administracyjnym szpitala.
Nie
miał pojęcia o co chodzi, ale też nie miał dobrych przeczuć.
Zapukał,
usłyszał zaproszenie i wszedł.
Zza
biurka wstała krągła i niewysoka Afroamerykanka w pstrokatej, bawełnianej sukience.
Podała
mu rękę i przedstawiła się.
-
Dzień dobry, jestem Tess Holz.
-
Witam, James Spark - Jimmy podał jej swoją rękę i uścisnął.
-
Proszę spocząć panie Spark - wskazała mu ręką fotel stojący przed biurkiem.
Kiedy
zarówno ona jak i Jimmy zajęli miejsca, zaczęła:
-
Przykro mi, ale musimy porozmawiać o rachunkach za leczenie pani Borowski.
Jimmy
nie pokazał po sobie żadnej reakcji, chociaż poczuł lekki niepokój, więc
zesztywniał.
Wydawało
mu się, że Eva miała przemyślane wszystko, co dotyczyło jej życia w Stanach.
Może
się mylił.
Zresztą
on był w stanie zadbać o nią.
Była
jego kobietą, a on miał pieniądze.
Pracował
ciężko przez całe życie, a nie wydawał.
Nie
miał na co, bo nie miał specjalnych potrzeb.
A
na dodatek po śmierci rodziców nie tknął majątku, który po nich odziedziczył.
W
tym pieniędzy za dom, który sprzedał.
Nawet
jeśli nie rozmawiali jeszcze o tym, ona była
jego, a on był mężczyzną, który dbał o swoją kobietę.
-
Ubezpieczenie turystyczne pani Borowski wygasło ponad dwa miesiące temu, więc
teraz nie jest ubezpieczona. Oznacza to, że musimy wystawić rachunki za
hospitalizację i wszystkie podejmowane przez nas kroki… - tłumaczyła mu
kobieta.
Jimmy
to rozumiał.
Nie
wiedział jednak w czym jest cały pieprzony problem.
-
To wystawcie, zapłacę - przerwał jej - W czym problem?
-
Widzi pan, od tego momentu nie chodzi już o bezpośrednie ratowanie życia pani
Borowski, ale o głębszą diagnozę i dłuższą terapię. Rozumiem, że pan czy pani
Borowski byliście przygotowani na drobne, krótkotrwałe leczenie, nawet
hospitalizację, ale możecie nie zdawać sobie sprawy z tego, jak drogie jest długotrwałe
prywatne lecznictwo specjalistyczne w Stanach, zwłaszcza takich chorób… - Jimmy
wciągnął powietrze, bo zrozumiał.
Ponownie
przerwał jej.
-
A nie można jej dopisać do mojego ubezpieczenia? - zapytał z cholerną nadzieją,
chociaż właściwie znał odpowiedź.
-
Można będzie, jak tylko się pobierzecie - powiedziała pani Holz.
A
potem dodała gorszą opcję.
-
W innym przypadku wystawimy rachunek na nazwisko pani Borowski. Będziecie
musieli zdecydować, wybrać, które badania czy testy będą wykonywane i jakie
podejmiemy leczenie - nachyliła się w jego stronę nad biurkiem i oparła o nie
przedramionami i kontynuowała poważnym tonem - Widzi pan, lekarze twierdzą, że
tego typu objawy sugerują nowotwór, więc terapia mogłaby być długotrwała i
kosztowna. Bardzo długotrwała i
kosztowna.
Klatka
piersiowa Jimmy’ego się zacisnęła.
Rak?
Będzie
musiał z nią porozmawiać.
Było
wiele programów leczenia nowotworów, ale Eva musiałaby mieć obywatelstwo, żeby
się na nie wpisać.
Wiedział
to.
Więc
Jimmy podjął decyzję i właściwie skończył tę pieprzoną rozmowę.
-
Proszę wykonać wszystkie potrzebne badania
i testy i dać jej wszystkie potrzebne
leki - powiedział do kobiety zdecydowanie, jednocześnie podnosząc się do
wyjścia, a ona uniosła głowę i oczy jej błysnęły.
-
Proszę załatwić tę sprawę w ciągu najbliższych dni - powiedziała właściwie
jednoznacznie.
Jimmy
wiedział już wszystko.
Zacisnął
zęby i poczuł że ma całkiem sztywny kark.
Wyciągnął
do niej rękę, pożegnał się, odwrócił i poszedł do Evy.
Musiał
jej powiedzieć, co zrobią.
*****
Eva
Kiedy
Jimmy wrócił, miał dziwną minę.
Poczekał,
aż pielęgniarka wyjdzie, a ona, jakby rozumiała co się dzieje, pospieszyła się
i zostawiła nas.
Jimmy
usiadł na krześle obok łóżka, pochylił się, oparł czoło na zaciśniętych
dłoniach, w których trzymał moją rękę i milczał.
Przestraszyłam
się.
Coś
było nie tak.
-
Eva… - podniósł głowę i spojrzał na mnie - …musisz wyjść za mnie za mąż.
Przycisnął
usta do moich palców, opuścił głowę.
Wciągnęłam
gwałtownie powietrze, a przed oczami zaczęły mi tańczyć ciemne plamy.
Muszę?
-
Nie masz ubezpieczenia - Jimmy ciągnął dalej, nie patrząc mi w oczy -
dotychczasowe rachunki już będą wysokie, a dalsze leczenie…
Nie!
Nie
mogłam pozwolić, by jego dobroć, jego troska o mnie spowodowała, żebyśmy się
związali w ten sposób.
Nie
chciałam go zmuszać do takiego kroku.
-
Nie! - krzyknęłam i odrzuciłam głowę
na poduszce.
-
Eva, Aniele - podniósł głowę i wyprostował się - wiem, że mnie kochasz. Ja
ciebie też kocham.
Z
gardło wyrwał mi się jęk-szloch, który brzmiał boleśnie i taki był.
Uniosłam
drugą rękę do oczu.
Kocha mnie!
-
Posłuchaj, proszę - mówił dalej Jimmy - Jesteśmy już właściwie razem od
miesięcy…
Tak,
byliśmy.
Ale
nie sądziłam, że to dla niego jest czymś więcej, niż troską o mnie, potrzebą
opieki i przyjacielskim układem.
Może
potrzebą seksu, ale akurat to mógł mieć lepiej.
Kocha mnie?
-
Eva, chcę, żebyś za mnie wyszła -
Jimmy znowu próbował przemówić do mnie, więc starałam się skupić - …ale musisz
coś o mnie wiedzieć.
-
Nie jestem taki, jak myślisz - dodał.
-
Co? - westchnęłam, bo nie rozumiałam, co do mnie mówi, za bardzo skupiłam się
na tej jednej myśli - Jimmy mnie kocha.
-
Nie jestem taki, jak sądzisz - powtórzył, a ja słuchałam jego słów z
niedowierzaniem i niepokojem.
-
Co? - zapytałam ponownie zduszonym
głosem.
-
Chcę, żebyś za mnie wyszła, bardzo
chcę, ale musisz podjąć świadomą decyzję, musisz wiedzieć z kim się wiążesz - przerwał,
wciągnął powietrze, a ja słuchałam skostniała.
-
Niedługo skończę pięćdziesiąt lat i nie mam nic oprócz pieniędzy na koncie
bankowym. Nic - to ostatnie wypchnął
jakby z bólem.
-
Miałem bardzo dobrych rodziców, byłem jedynakiem, ale wiedziałem, że są najlepsi
na świecie i kochałem ich. Dali mi wszystko, o czym dzieciak może zamarzyć -
kontynuował głuchym tonem.
-
Skończyłem liceum, w którym byłem kapitanem drużyny piłkarskiej, miałem mnóstwo
przyjaciół, byłem popularny, dostałem stypendium sportowe, poszedłem na studia,
do college’u. Tam też miałem duże grono znajomych, dziewczyny, kumpli - mówił
dalej - Skończyłem studia licencjackie. Miałem być ratownikiem medycznym i
marzyłem o tym. Uzyskałem dyplom. Miałem dwadzieścia jeden lat, dziewczynę i
całe życie przed sobą - wciągnął słyszalny, drżący wdech.
-
Na zakończenie college’u urządziliśmy wielką popijawę. Świętowaliśmy. Wypiłem
dużo. Za dużo. To był pierwszy raz, kiedy w ogóle piłem. Byłem takim głupim gówniarzem. Wsiadłem potem za
kierownicę i jechałem przez miasto.
Przerwał,
a ja wstrzymałam oddech, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami.
-
Eva… - jęknął i zerwał się z krzesła,
by podejść do okna, stanąć przodem do szyby i tam mówić dalej głuchym tonem -
Jechałem przez miasto po pijanemu, za szybko, nieostrożnie, głupio i uderzyłem w jadący prawidłowo samochód,
którym jechała cała rodzina, młodzi rodzice i dziecko.
Wciągnęłam
gwałtownie powietrze do płuc, niestety, słyszalnie i Jimmy spojrzał na mnie przez
ramię udręczonymi oczyma.
-
Tak - wyszeptał - Oni zginęli na miejscu, dziecko przeżyło, ja byłem miesiąc w
szpitalu. Potem stanąłem przed sądem, zostałem oskarżony o spowodowanie śmierci
i skazany. Byłem w więzieniu przez pięć lat. Co nie zmienia faktu, że zabiłem
dwie osoby i zniszczyłem życie trzeciej. Może jeszcze kilku, bo to dziecko,
dziewczynkę, wychowywali potem dziadkowie, rodzice tej kobiety.
O
Boże kochany!
Jimmy
odwrócił się przodem do mnie, ale nadal nie podszedł bliżej, opierał się
biodrami i nadgarstkami o parapet.
Dziewczynka?
Czyżby…
Zamknęłam
powoli oczy i czułam, że cała krew odpłynęła mi z głowy.
-
Właśnie… - wyszeptał Jimmy - Ale to nie wszystko.
O Boże kochany!
Nie
wszystko?
Co
jeszcze mogło być?
Ponownie
otworzyłam oczy i patrzyłam na niego.
-
Moi rodzice zmarli, zanim wyszedłem z więzienia. Ich też zniszczyłem. Mama
miała raka, zmarła w krótkim czasie od diagnozy, a tata nie przetrwał samotny bez
niej, beze mnie i zmarł wkrótce potem - Jimmy ciągnął dziwnym, beznamiętnym
głosem.
-
Kiedy wyszedłem, dowiedziałem się, że dziewczyna, z którą chodziłem w college’u,
Betsy, wyszła za mąż. Potem okazało się, że była w ciąży - dodał - Nie
przyznała się do tego ani mnie, ani moim rodzicom. To były pierwsze tygodnie i
nie powiedziała o tym nikomu.
Dowiedziałem się o tym dopiero niedawno. Urodziła moją córkę, kiedy byłem w więzieniu. Wyszła za mąż i nie
powiedziała córce, że jej mąż nie był jej tatą. Wychowywał ją przez lata w przeświadczeniu,
że jest.
O
Boże kochany!
Teraz
wszystko zaczęło mi się układać.
Wyprostowałam
się na łóżku, podniosłam głowę i wciągnęłam powietrze przez otwarte usta.
Martha i Matt.
-
Domyśliłaś się? - Jimmy mówił jakby z goryczą - Betsy nie miała więcej dzieci,
rozpieszczała swoją jedynaczkę i zmarła nieco ponad dwa lata temu. Zostawiła
Marth’cie list, w którym powiedziała jej, że to ja jestem jej ojcem. Mąż zostawił Betsy jakieś dziesięć lat wcześniej
i nigdy nie dowiedziałem się dlaczego. Nie pytałem. Ponieważ Martha była pozbawiona
ojca i matki, zwróciła się do mnie, kiedy potrzebowała opieki nad Mattem, bo jego
siostra ma dziadków, którzy się nią zajmują. Już wiesz jaka jest Martha. Przez
swoją nieobecność ją też zniszczyłem. To moja
wina, że ona taka jest. Że Matt ma takie życie.
-
Jimmy, ale… - zaczęłam.
-
Eva, ja nie jestem dobrym facetem, a
na pewno nie jestem bohaterem. Zabiłem i
zniszczyłem życie - powiedział Jimmy gwałtownie, jakby ze złością, odwrócił
się frontem do mnie i zacisnął pięści, a ja zastanawiałam się, czemu tak to nadal
odczuwa.
Znałam
go, widziałam jaki był.
-
Jimmy, proszę wy… - zaczęłam, ale nie dokończyłam, bo do pokoju wpadł Michał z
Dorotą, a za nimi wszedł Jacob.
-
Mamo - Michał zaczął w biegu - Jak się czujesz?
Nie
miałam szansy na odpowiedź, bo już mnie ściskał.
Bardzo
dużo mówił o tym, że rozmawiał przez telefon z Jimmy’m (o czym nie wiedziałam)
i o tym, jak się zdenerwował.
Potem
podeszła do mnie z uściskami Dorota i ona również mówiła o tym, że się
denerwowała, wypytywała jak się czuję, ale nie dawała mi szansy na odpowiedź.
A
potem podszedł z powitaniem Jacob.
W
tym zamieszaniu zauważyłam, że Jimmy się wycofuje.
-
Jimmy - zawołałam, wyciągnęłam rękę i pomacałam do niego palcami, żeby go
zawołać do siebie.
-
Poznaj szefa Michała i Doroty, Jacoba - powiedziałam, opuszczając rękę na
kołdrę z nadzieją, że podejdzie.
Kiedy
się zbliżył, ponownie wyciągnęłam rękę, złapałam go za wystający koniec paska
(bo tylko to dosięgałam) i przyciągnęłam go bliżej do siebie.
-
Jacob… - powiedziałam, sięgając po dłoń Jimmy’ego - poznaj… to James Spark, mój
narzeczony.
-
Co? - usłyszałam zaskoczony okrzyk
Michała.
Nie
spojrzałam na niego, na nikogo, za to bardzo chciałam spojrzeć w oczy
Jimmy’ego.
Ścisnęłam
jego dłoń.
-
Synku, Jimmy właśnie mi się oświadczył, a ja przyjęłam jego oświadczyny -
brnęłam dalej, chociaż wyczułam drgnienie ręki Jimmy’ego i zauważyłam, że
zesztywniał.
-
Mamo… - zaczął Michał.
-
Czy moglibyśmy porozmawiać? - wtrącił się Jimmy, zwracając się do Michała.
-
Jimmy… - zaczęłam, ale spojrzał na mnie, nachylił się tak, że zasłonił mnie
przed wszystkimi, a jego twarz, jego piękne niebieskie oczy, były wszystkim, co
widziałam, objął dłonią moją szczękę, pogłaskał kciukiem policzek i pocałował
mnie w czoło.
-
Wszystko będzie dobrze - szepnął patrząc mi prosto w oczy.
-
Kocham cię - odszepnęłam z uczuciem i
zobaczyłam, jak jego twarz się zmieniła.
Najpierw
zobaczyłam na niej ból, a potem ciepło i czułość.
-
Kocham cię - szepnął do mnie.
Przepłynęła
przeze mnie ulga, ale potem, kiedy się odsunął, wrócił niepokój.
Wyszli
we dwóch na korytarz, a ze mną została Dorota z Jacobem.
-
Mamo - zaczęła Dorota, podchodząc do łóżka - Jacob był taki uprzejmy, że
przywiózł nas tutaj swoim helikopterem.
Spojrzałam
z drzwi na Jacoba i zobaczyłam złość w jego oczach, wciąż skierowanych na zamknięte
drzwi.
Zagryzłam
wargę.
No tak,
pomyślałam sobie, liczył na moją
wdzięczność, a może i coś więcej.
-
Dziękuję ci bardzo, Jacob - powiedziałam cicho, co zwróciło jego uwagę na mnie.
-
Dbam po prostu o swoich najlepszych pracowników, więc nie ma za co dziękować -
powiedział, uśmiechając się lekko, ale ten uśmiech nie sięgnął jego oczu.
Podszedł
do okna i oparł się biodrami o parapet, przyglądając mi się uważnie.
Ramiona
splótł na piersi i skrzyżował nogi w kostkach.
-
Powiedz teraz, co się stało - zapytała mnie Dorota, łapiąc mnie za rękę.
Moja
synowa była przede wszystkim była bardzo, bardzo
miła, ciepła i troskliwa.
Dzięki
Bogu, że nie zwróciła uwagi na moje przedramiona, nie do końca ukryte w niezbyt
długich rękawach luźnej, szpitalnej koszuli.
Zmartwiłaby
się.
Zagryzłam
wargę i starałam się wsunąć przedramiona pod kołdrę.
-
Nic takiego - powiedziałam jej, jak miałam nadzieję lekkim tonem.
-
Po prostu dostałam wysokiej gorączki… - kontynuowałam - …telefon mi się
rozładował, a w tym samym czasie Jimmy miał problemy rodzinne, więc Michał się
zdenerwował, bo nie mógł się dodzwonić. Wiesz jaki on jest przewrażliwiony,
jeśli chodzi o mnie.
Dorota
wiedziała lepiej.
Była
z już Michałem, kiedy zginęli Marek i Marysia, więc widziała moje załamanie.
Ale
też była przy tym, jak rozmawialiśmy po zachowaniu Jacoba w czasie garden party
i na brunchu, więc nie skomentowała tego przy nim, tylko usiadła na brzegu
łóżka i przytuliła mnie.
-
Cieszę się z twojego powodu - szepnęła - Widziałam, jaki Jimmy był dla ciebie w
czasie Dnia Niepodległości. I te róże - uśmiechnęła się.
Widziałam,
że Jacob popatrzył na kwiaty stojące na stoliku.
Zauważyłam
też, że myślał intensywnie.
W
jego szczęce zadrgał mięsień.
A
potem jego twarz stała się pusta.
Ostrożnie
pusta.
Miałam
nadzieję, że wreszcie dotarło do niego, że jestem zajęta.
Miałam
też nadzieję, że Jimmy nie powie Michałowi wszystkiego tego, co mi powiedział.
Michał
go nie znał, nie wiedział, że był on naprawdę dobrym człowiekiem, tylko myślał
o sobie źle i wciąż karał się za dawne przewinienie, odsuwając się od innych,
odmawiając sobie prawa do szczęścia.
Z
trudem hamowałam się, przed zerwaniem się z łóżka i pobiegnięciem za nimi.
Panowałam
nad tym tylko dlatego, że wiedziałam jak wyglądały moje nogi i jak bolało mnie
chodzenie.
Wreszcie
wrócili.
Michał
patrzył na mnie teraz z mniejszym niepokojem, z rozjaśnioną twarzą.
Podszedł
do Doroty i powiedział, obejmując ją i całując w policzek:
-
Pojedziemy do hotelu, zameldujemy się, a tu przyjdziemy z powrotem po lunchu i
wtedy pogadamy.
-
Ale… - zaczęła Dorota, oglądając się na mnie niepewnie.
-
Kochanie, musimy pojechać do hotelu - powiedział powoli i dobitnie Michał - Wszystko
w porządku, przyjedziemy później.
Ponownie
pocałował ją w policzek, puścił i wyprostował się.
-
Jedziesz z nami, Jacob? - zwrócił się do swojego szefa.
Jacob
odepchnął się od parapetu i przytaknął.
Dziwnie
było patrzeć na to, jaki był milczący.
Dorota
spojrzała na mnie, a potem na Jimmy’ego.
Uśmiechnęła
się i podeszła do mnie z pocałunkiem i kolejnym uściskiem na pożegnanie.
Uśmiechnęłam
się do Michała z ulgą, spojrzałam na Jimmy’ego, który stał znowu przy oknie i
patrzył w moją stronę z ukosa.
Będziemy
mogli porozmawiać.
Wyszli,
żegnając się po kolei.
Ja
żegnałam się z nimi z roztargnieniem.
Jacob
wyszedł na końcu, pożegnał się uściskiem dłoni i powiedział do Jimmy’ego -
Gratulacje.
Przyjęłam
to za dobrą monetę.
Zostaliśmy
sami.
-
Jimmy… - zaczęłam, ale mi przerwał.
-
Eva, musisz o tym pomyśleć - powiedział
mi poważnie - Nie podejmuj decyzji pod wpływem chwili, w emocjach…
-
Jimmy - wtrąciłam się łagodnie - Pozwól mi powiedzieć.
Westchnął
ciężko, ale zamilkł.
-
Proszę, podejdź do mnie - błagałam i wyciągnęłam rękę w jego stronę.
Podszedł,
usiadł ponownie na krzesełku przy łóżku, oparł się przedramionami o jego brzeg
i podniósł na mnie wzrok.
Sięgnęłam
do jego ręki i owinęłam ją palcami w nadgarstku.
-
Kocham cię… - wyszeptałam - jesteś dobrym człowiekiem... Nie! - krzyknęłam cicho, kiedy chciał mi przerwać.
Potrząsnęłam
jego ręką, wciągnęłam powietrze do płuc i ciągnęłam dalej - Jesteś dobry. Moja reakcja na słowa
Alexa o wypadku nie była związana z tym, że był tamten wypadek, ale z tym, że bałam się, że stracę ciebie. Nie rozumiesz? Nie mogę cię stracić. Kocham cię.
Podniósł
nasze ręce do twarzy, chwycił palcami drugiej ręki moją dłoń, zdjął ją ze
swojego nadgarstka i przycisnął ją do ust, wpatrując się we mnie wzrokiem, w
którym widziałam udrękę.
Przerwałam,
wzięłam oddech, by się uspokoić i ciągnęłam dalej:
-
Widziałam to nie raz. Jesteś dobry. Troszczysz się o ludzi. I nie
wmówisz mi nic innego - powiedziałam
z naciskiem.
Powoli
zamknął oczy.
-
Karałeś się za tamto prawie przez trzydzieści lat, nie rozumiałam tego, ale teraz
to widzę, to dlatego jesteś sam - ciągnęłam.
-
Nie widzisz tego, że już dawno odpokutowałeś? - pytałam go - Ratujesz ludzkie
życie, dobytek. Ludzie są ci wdzięczni. Masz przyjaciół i to nie tylko wśród
kumpli z pracy, w kompleksie też cię lubią. Ale żyjesz sam. Nie pozwoliłeś sobie
na życie, na rodzinę, a jednocześnie nie dałeś siebie innym.
-
Chcę ciebie całego, bo jesteś troskliwy,
a ja potrzebuję kogoś tak dobrego - lekko potrząsnęłam jego dłonią, a on
spojrzał na mnie - Proszę, daj mi
siebie.
-
Eva, chcę ci dać wszystko - powiedział,
a mnie zaparło dech ze wzruszenia.
-
Mylisz się co do mnie - dodał - Ale teraz najważniejsze jest to, żebyś miała
dostęp do leczenia. Aniele, moim najgorszy koszmarem teraz jest to, że mógłbym
stracić ciebie. Ty jesteś moim
światem, całym dobrem, jakie mam.
Poczułam
łzy w oczach.
A
kiedy nazwał mnie Aniołem, prawie
zapomniałam jak się oddycha.
Nazwał
mnie tak wcześniej i stwierdziłam, że to uwielbiałam.
Lubiłam
to, że mówił, że nie chce mnie stracić, ale nie sądziłam, żeby tak naprawdę
myślał.
Niemożliwe.
A
potem poddałam się.
To
dlatego, że znowu poczułam zmęczenie.
-
Dobrze - powiedziałam ciszej, opierając głowę na poduszce - Niech tak będzie. Ale obiecaj mi, że jak to się
skończy, będziesz ze mną naprawdę.
-
Eva… - wymamrotał i opuścił głowę na rękę, w której nadal trzymał moją dłoń.
Tak
szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie, co on teraz myślał, ani co pomyślą inni.
Jimmy
mówił, że mnie kochał, a ja kochałam jego, mieliśmy zostać małżeństwem i tylko
to się liczyło.
Reszta
mogła przyjść później.
Jakoś
to rozwiążę.
Jimmy
przycisnął moją dłoń do ust i siedział tak przez długą chwilę, rozmyślając.
Nie
mogłam dać mu nic więcej, a na dodatek byłam coraz bardziej i bardziej zmęczona.
Oczy
mi się zamykały.
-
Kochanie, ja zaraz… - wybełkotałam niewyraźnie po chwili i głowa mi opadła.
Zasypiałam.
-
Eva… - poderwał się zaniepokojony, ale potem zauważył co się dzieje i dokończył
- Dobrze, Aniele, śpij. Pójdę załatwić nasz ślub.
Nasz ślub.
Uśmiechnęłam
się przez nadchodzący sen, zamknęłam oczy i odpłynęłam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń😍😍😍 dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń