sobota, 15 stycznia 2022

14 - Wyjdź za mnie

 

Rozdział 14

Wyjdź za mnie

Eva

 

 

Kilka godzin później

Ocknęłam się wyspana, albo prawie wyspana.

Było rano.

Po zapachu, odgłosach i świetle wiedziałam, że jestem w szpitalu.

O Boże kochany!

Tylko nie to.

Nienawidzę szpitali!

Od czasu, kiedy moje małe dzieci spały ze mną, budziłam się czujnie i w bezruchu robiłam inwentaryzację okolicy.

Teraz też sprawdzałam, co czuję.

O dziwo, czułam się w miarę dobrze.

Głowa mnie nie bolała, chyba nie miałam gorączki, nie mdliło mnie.

Jakieś urządzenie szumiało obok łóżka, na który leżałam na wznak.

Górną część ciała miałam podniesioną, więc prawie siedziałam.

Nie dało się ukryć, że dzięki temu lżej mi się oddychało.

Ręce miałam na cienkiej kołdrze.

Otworzyłam oczy i zauważyłam, że jestem w pojedynczym pokoju, na specjalnym łóżku, z wenflonem wbitym w zgięcie lewej ręki.

Do tego była podłączona rurka, a na stojaku obok wisiał woreczek z płynem.

Pewnie dostałam środki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe.

Może glukozę i sól fizjologiczną.

Tyle tego!

W moich żyłach zaczęła płynąć adrenalina.

Nie miałam ubezpieczenia.

Turystyczne wygasło dwa lub trzy miesiące temu i wiedziałam o tym.

Rachunki za szpital będą gigantyczne.

Zauważyłam na brzegu mojego łóżka ciemną głowę, opartą na ramionach, z których jedno leżało tuż przy mojej dłoni.

Jimmy!

Wzruszenie zatkało mi gardło.

Przypomniałam sobie jego przybycie w środku nocy.

Jego przestraszoną twarz, kiedy zobaczył w jakim stanie były moje ręce i termometr w jego dłoni.

Jak wziął mnie na ręce, owinął kocem.

A potem już nic.

Musiałam znowu zasnąć.

Teraz siedział na krześle, ustawionym obok mojego łóżka i opierał się o nie całym przodem, leżał na nim.

Na pewno się martwił.

Opiekował się mną.

Był po dyżurze, po pracy, nie wyspał się, pewno nic nie jadł.

Ruszyłam palcami i musnęłam jego gorącą skórę.

Poderwał głowę, spojrzał na mnie przytomnie, chociaż wiedziałam, że spał i przyjrzałam mu się.

Na szczęce miał ślad ciemnego zarostu.

Włosy miał potargane.

Pod oczami widniały mu sine kręgi.

Był zmęczony.

- Eva - wyszeptał z ulgą i podniósł się, by dotknąć mojego czoła ustami.

- Jimmy - powiedziałam i przekonałam się, że jestem zachrypnięta.

Odchrząknęłam, ale nie dał mi nic powiedzieć.

- Czemu nic mi nie powiedziałaś? - spytał.

- Miałeś zmartwienia - szepnęłam.

Przez jego przystojną twarz przebiegł dziwny wyraz, skurcz, jakby… ból?

Nachylił się nade mną i ponownie pocałował mnie w czoło.

- Zawołam pielęgniarkę - powiedział i odszedł w stronę drzwi.

- Jimmy… - zaczęłam ponownie - chcę do domu.

Wrócił do mnie, przysiadł na łóżku obok mnie, objął moją szczękę wnętrzem dłoni i potarł policzek kciukiem.

Wtuliłam się i zamknęłam na sekundę oczy.

To było takie miłe.

- Miałaś bardzo wysoką gorączkę. Masz zmiany na rękach i nogach, spuchnięte kostki. Nie sądzę… - powiedział.

- Jimmy, niech mi dadzą leki i zabierz mnie do domu - upierałam się - Proszę.

Popatrzył na mnie przez chwilę i powiedział łagodnie - Może niech cię zbadają, a porozmawiamy później.

Poczułam, że w oczach zbierają mi się łzy - Jimmy - wyszeptałam ponownie, ale mnie nie słuchał.

Pogłaskał bok mojej głowy, przesuwając palce przez włosy, dotknął ustami moich ust i wstał.

Musiał się mną zająć.

Taki troskliwy facet.

Taki dobry.

Kochałam go.

Poszedł po pielęgniarkę, która przyszła bardzo szybko, a ja nie miałam innego wyjścia, jak poddać się badaniu.

*****

Jimmy

Nie wiedział, czemu tak jej zależało na wyjściu z tego szpitala.

Chciał, żeby ją dokładnie przebadali, żeby dobrali jej leki i nie mógł pozwolić jej na zajmowanie się innymi, podczas gdy sama potrzebowała pomocy.

Chciał tylko, żeby wyzdrowiała.

Kiedy rozmawiał przez telefon z jej synem w środku nocy, po przyjeździe do szpitala, ten powiedział, że przyjedzie następnego dnia, jak tylko się zwolni w pracy.

Nic nie ustalili, Jimmy po prostu przekazał mu, co się stało.

Kiedy pielęgniarka szła do pokoju Evy, poszedł za nią.

Powiedział w szpitalu, że żyją ze sobą.

Przedstawił się jako jej chłopak, więc mówili mu co się dzieje.

Chciał się dopytać o jej zdrowie i zrobić to, o co prosiła.

Żeby miała wszystko, czego pragnie i czego potrzebuje.

Po drodze, na korytarzu spotkał lekarza, który właśnie do szedł do Evy i zagadnął go o diagnozę.

- Te objawy wskazują na kilka chorób, więc musimy wykonać dalsze testy - usłyszał od niego - RTG, USG, może tomografia. Zależy to od wyników badań krwi, które powinniśmy mieć jutro rano.

- Doktorze, czy można by to zrobić, kiedy bym ją przywoził z domu? - Jimmy spróbował zrobić to, o co go prosiła.

- Byłoby lepiej, gdyby dzisiaj została w szpitalu - odparł lekarz.

Jimmy obejrzał się na drzwi do jej pokoju i zagryzł bok wargi.

Doktor popatrzył na niego, jakby zastanawiał się nad czymś.

- Proszę mi powiedzieć… -  zaczął z wahaniem - Wie pan może coś, co mogłoby mi pomóc, czy coś się działo, zauważył pan coś niepokojącego.

- Chyba… - stwierdził Jimmy, po czym zastanowił się - nie wiem czy to ważne, ale… od paru miesięcy zauważyłem, że kaszle. Na początku było gorzej, miała takie ataki, a teraz to jakby pokasływanie, ale jest cały czas.

- Nie wie pan, czy coś odkrztusza? - dopytywał się doktor.

- Nie, nie wiem. To raczej suchy kaszel. Tłumaczyła, że suche powietrze, że coś ją podrażniło i takie tam - odpowiedział Jimmy i ponownie się zastanowił.

- I jeszcze przez ostatnie tygodnie była coraz bardziej zmęczona bez powodu. Potrafiła zasnąć w czasie rozmowy - dodał.

- Rozumiem - powiedział lekarz zapisując coś w karcie - Dziękuję, to może nam pomóc w diagnozie.

- Czy mogę z nią zostać? - zapytał Jimmy z nadzieją.

- Rozumiem, że nie jesteście małżeństwem? - zapytał, a kiedy Jimmy pokręcił głową, dodał - Więc nie może pan zostać tu na noc.

Jimmy zacisnął zęby i skinął głową.

Lekarz wszedł, by ją zbadać, a potem pożegnał się i poszedł do innych pacjentów, a Jimmy wrócił do Evy.

Usiadł obok jej łóżka.

Wziął ją za rękę.

Miała łzy w oczach.

- Musisz tu dzisiaj zostać - powiedział jej, starając się brzmieć delikatnie, a jej zaczęły drgać wargi.

Przysunął się i usiadł na boku jej łóżka, pochylił się do niej, głaskał grzbietem palców jej szczękę i starał się ją uspokoić.

- Eva, Aniele… - dodał - zrobią ci badania, prześwietlenia i dowiedzą się co to jest.

- Jimmy - szeptała błagalnie, chociaż jej oczy zrobiły się ciepłe - nie chcę tu zostać sama.

O, tak, jego mądra Eva.

Domyśliła się, że nie pozwolą mu zostać.

- Mała, proszę zrób to dla mnie - próbował wykorzystać jej uczucie, o którym wiedział, a o którym tak naprawdę nie mówili.

Znowu zobaczył, jak drgają jej usta, a oczy błyszczą od łez i poczuł się jak palant.

Gówno.

Ponownie przyszła pielęgniarka i Eva znowu wyprostowała się, zebrała siły, by się uśmiechać i wyglądać pogodnie.

Wstał i podszedł do okna, by oprzeć się o parapet i patrzeć na nią z daleka.

Kurwa, był dupkiem.

Jak mógł to przegapić, tak głupio ryzykować, że to straci.

To była cała Eva.

Jego dzielna Eva.

Jego Eva.

*****

Eva

Następnego dnia rano

Spałam jak zabita.

Było to o tyle dziwne, że byłam naprawdę dobrze wyspana i tęskniłam za Jimmy’m.

Dziwnie, pusto było znowu spać samej.

O siódmej rano obudził mnie zwykły, szpitalny ruch, chociaż musiałam przyznać, że było tu ciszej niż w szpitalu w Polsce.

Może chodziło o to, że nie wiedzieli, co mi jest, więc wciąż leżałam sama w pokoju.

Nie bolała mnie głowa i byłam głodna.

Kolejne dziwne uczucie.

Dawno nie byłam głodna.

Pielęgniarka przyszła, zmierzyła mi temperaturę (nie wiedziałam, czy te 98 stopni to dobrze czy źle, ale uśmiechała się zadowolona, więc byłam dobrej myśli).

Obejrzała moje nogi i ręce i już się nie uśmiechała, kiedy notowała w karcie.

O ósmej dostałam śniadanie, zjadłam, leżałam bezczynnie i myślałam.

Martwiłam się o Jimmy’ego i o Matta.

Marzyłam o tym, by mieć telefon.

Potem pielęgniarka zawiozła mnie wózkiem na prześwietlenie.

Kiedy pomagała mi zejść z łóżka, spojrzałam na swoje stopy.

O Boże kochany.

Nic dziwnego, że Jimmy był taki zdenerwowany.

Przejmował się nawet, kiedy słabłam podczas wędrówek po górach.

To musiało go przerazić.

Był taki opiekuńczy.

Trochę się wynudziłam, kiedy czekałam na prześwietlenie, bo pielęgniarka zostawiła mnie samą i nawet nie miałam z kim pogadać, ale po prześwietleniu już na mnie czekała.

W drodze powrotnej dowiedziałam się, że miała na imię Ann i miała trzyletnią córeczkę, która zostawała w domu z babcią.

Lubiła malować akwarelami, więc Ann przynosiła do pracy jej dzieła i rozwieszała je w pokoju socjalnym.

Koniecznie chciałam je obejrzeć.

Powiedziałam jej to.

Kiedy dojechałyśmy do mojego pokoju, czekał tam już Jimmy.

Ann pożegnała nas machaniem ręki i porozumiewawczym uśmiechem.

Dowiedziałam się dlaczego, kiedy Jimmy ułożył mnie w łóżku i zobaczyłam naprzeciwko siebie moje róże w wazonie na stoliku.

To było takie słodkie z jego strony, że pamiętał.

Zauważyłam, że wyrzucił zwiędłą i dołożył dwie nowe (policzyłam je).

Dziękowałam mu, opowiadałam o Ann, a on krzątał się wokół mnie.

Opatulał mnie kołdrą, poprawiał mi poduszki.

Jimmy wyglądał na szczęśliwego z tego powodu, że jestem rozgadana i się uśmiecham.

Pewnie czuł się winny, bo zachorowałam, a on tego nie zauważył.

Przyniósł mi telefon (i ładowarkę!) i laptop, ale ten drugi na razie położył na szafce obok kwiatów, co było tak daleko, że nie miałam szansy sama go wziąć.

Bardzo, bardzo kochane z jego strony było to, że przyniósł mi moje ulubione pancakesy z jagodami i herbatę.

Popatrzyłam na niego z wdzięcznością i podziękowałam mu.

Uśmiechał się i przystawił stolik zawieszany nad łóżkiem.

Chciałam zabrać się za jedzenie, ale zawahałam się, bo nie chciałam, żeby on był głodny.

- A ty jadłeś? - zapytałam - Może zjesz ze mną?

- Dobrze, będę jadł z tobą, jak zobaczę, że ty jesz - powiedział z uśmiechem.

Więc rzuciłam się na nie.

Siedział na krawędzi mojego łóżka i jadł z mojego widelca.

Patrzył, co chwilę przerywając jedzenie i śmiejąc się cicho.

- No, co… - powiedziałam z pełną buzią, kiedy po raz kolejny zaczął się śmiać z tego, jak się opycham - na śniadanie dali mi jajko sadzone, ale to było już ponad dwie godziny temu.

- Mała - odparł, całując mnie w ucho (lub blisko) - …jestem szczęśliwy, że w ogóle jesz - ale już się nie śmiał.

Zamarłam z widelcem uniesionym do ust i zaparło mi dech w piersiach.

Martwił się.

Zamrugałam, opuściłam oczy i żułam.

Kiedy zjedliśmy (ja zjadłam), Jimmy sprzątnął, wypytałam go co z jego pracą, z kolegami i dowiedziałam się, że dostał kilka dni wolnego, przyszła pielęgniarka i powiedziała Jimmy’emu, że ktoś chce z nim porozmawiać.

Teraz!

Pocałował mnie w policzek, mruknął - Zaraz wracam - i poszedł.

Kiedy wyszedł, poprosiłam ją, by w tym czasie pomogła mi się umyć, a ona stwierdziła, że również prześcieli łóżko.

Więc zostałam zawieziona wózkiem do łazienki pod prysznic, pod którym stał stołek i mogłam się umyć na siedząco.

Jaka ulga.

*****

Jimmy

Jimmy poszedł do wskazanego przez pielęgniarkę pokoju, by porozmawiać z dyrektorem administracyjnym szpitala.

Nie miał pojęcia o co chodzi, ale też nie miał dobrych przeczuć.

Zapukał, usłyszał zaproszenie i wszedł.

Zza biurka wstała krągła i niewysoka Afroamerykanka w pstrokatej, bawełnianej sukience.

Podała mu rękę i przedstawiła się.

- Dzień dobry, jestem Tess Holz.

- Witam, James Spark - Jimmy podał jej swoją rękę i uścisnął.

- Proszę spocząć panie Spark - wskazała mu ręką fotel stojący przed biurkiem.

Kiedy zarówno ona jak i Jimmy zajęli miejsca, zaczęła:

- Przykro mi, ale musimy porozmawiać o rachunkach za leczenie pani Borowski.

Jimmy nie pokazał po sobie żadnej reakcji, chociaż poczuł lekki niepokój, więc zesztywniał.

Wydawało mu się, że Eva miała przemyślane wszystko, co dotyczyło jej życia w Stanach.

Może się mylił.

Zresztą on był w stanie zadbać o nią.

Była jego kobietą, a on miał pieniądze.

Pracował ciężko przez całe życie, a nie wydawał.

Nie miał na co, bo nie miał specjalnych potrzeb.

A na dodatek po śmierci rodziców nie tknął majątku, który po nich odziedziczył.

W tym pieniędzy za dom, który sprzedał.

Nawet jeśli nie rozmawiali jeszcze o tym, ona była jego, a on był mężczyzną, który dbał o swoją kobietę.

- Ubezpieczenie turystyczne pani Borowski wygasło ponad dwa miesiące temu, więc teraz nie jest ubezpieczona. Oznacza to, że musimy wystawić rachunki za hospitalizację i wszystkie podejmowane przez nas kroki… - tłumaczyła mu kobieta.

Jimmy to rozumiał.

Nie wiedział jednak w czym jest cały pieprzony problem.

- To wystawcie, zapłacę - przerwał jej - W czym problem?

- Widzi pan, od tego momentu nie chodzi już o bezpośrednie ratowanie życia pani Borowski, ale o głębszą diagnozę i dłuższą terapię. Rozumiem, że pan czy pani Borowski byliście przygotowani na drobne, krótkotrwałe leczenie, nawet hospitalizację, ale możecie nie zdawać sobie sprawy z tego, jak drogie jest długotrwałe prywatne lecznictwo specjalistyczne w Stanach, zwłaszcza takich chorób… - Jimmy wciągnął powietrze, bo zrozumiał.

Ponownie przerwał jej.

- A nie można jej dopisać do mojego ubezpieczenia? - zapytał z cholerną nadzieją, chociaż właściwie znał odpowiedź.

- Można będzie, jak tylko się pobierzecie - powiedziała pani Holz.

A potem dodała gorszą opcję.

- W innym przypadku wystawimy rachunek na nazwisko pani Borowski. Będziecie musieli zdecydować, wybrać, które badania czy testy będą wykonywane i jakie podejmiemy leczenie - nachyliła się w jego stronę nad biurkiem i oparła o nie przedramionami i kontynuowała poważnym tonem - Widzi pan, lekarze twierdzą, że tego typu objawy sugerują nowotwór, więc terapia mogłaby być długotrwała i kosztowna. Bardzo długotrwała i kosztowna.

Klatka piersiowa Jimmy’ego się zacisnęła.

Rak?

Będzie musiał z nią porozmawiać.

Było wiele programów leczenia nowotworów, ale Eva musiałaby mieć obywatelstwo, żeby się na nie wpisać.

Wiedział to.

Więc Jimmy podjął decyzję i właściwie skończył tę pieprzoną rozmowę.

- Proszę wykonać wszystkie potrzebne badania i testy i dać jej wszystkie potrzebne leki - powiedział do kobiety zdecydowanie, jednocześnie podnosząc się do wyjścia, a ona uniosła głowę i oczy jej błysnęły.

- Proszę załatwić tę sprawę w ciągu najbliższych dni - powiedziała właściwie jednoznacznie.

Jimmy wiedział już wszystko.

Zacisnął zęby i poczuł że ma całkiem sztywny kark.

Wyciągnął do niej rękę, pożegnał się, odwrócił i poszedł do Evy.

Musiał jej powiedzieć, co zrobią.

*****

Eva

Kiedy Jimmy wrócił, miał dziwną minę.

Poczekał, aż pielęgniarka wyjdzie, a ona, jakby rozumiała co się dzieje, pospieszyła się i zostawiła nas.

Jimmy usiadł na krześle obok łóżka, pochylił się, oparł czoło na zaciśniętych dłoniach, w których trzymał moją rękę i milczał.

Przestraszyłam się.

Coś było nie tak.

- Eva… - podniósł głowę i spojrzał na mnie - …musisz wyjść za mnie za mąż.

Przycisnął usta do moich palców, opuścił głowę.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze, a przed oczami zaczęły mi tańczyć ciemne plamy.

Muszę?

- Nie masz ubezpieczenia - Jimmy ciągnął dalej, nie patrząc mi w oczy - dotychczasowe rachunki już będą wysokie, a dalsze leczenie…

Nie!

Nie mogłam pozwolić, by jego dobroć, jego troska o mnie spowodowała, żebyśmy się związali w ten sposób.

Nie chciałam go zmuszać do takiego kroku.

- Nie! - krzyknęłam i odrzuciłam głowę na poduszce.

- Eva, Aniele - podniósł głowę i wyprostował się - wiem, że mnie kochasz. Ja ciebie też kocham.

Z gardło wyrwał mi się jęk-szloch, który brzmiał boleśnie i taki był.

Uniosłam drugą rękę do oczu.

Kocha mnie!

- Posłuchaj, proszę - mówił dalej Jimmy - Jesteśmy już właściwie razem od miesięcy…

Tak, byliśmy.

Ale nie sądziłam, że to dla niego jest czymś więcej, niż troską o mnie, potrzebą opieki i przyjacielskim układem.

Może potrzebą seksu, ale akurat to mógł mieć lepiej.

Kocha mnie?

- Eva, chcę, żebyś za mnie wyszła - Jimmy znowu próbował przemówić do mnie, więc starałam się skupić - …ale musisz coś o mnie wiedzieć.

- Nie jestem taki, jak myślisz - dodał.

- Co? - westchnęłam, bo nie rozumiałam, co do mnie mówi, za bardzo skupiłam się na tej jednej myśli - Jimmy mnie kocha.

- Nie jestem taki, jak sądzisz - powtórzył, a ja słuchałam jego słów z niedowierzaniem i niepokojem.

- Co? - zapytałam ponownie zduszonym głosem.

- Chcę, żebyś za mnie wyszła, bardzo chcę, ale musisz podjąć świadomą decyzję, musisz wiedzieć z kim się wiążesz - przerwał, wciągnął powietrze, a ja słuchałam skostniała.

- Niedługo skończę pięćdziesiąt lat i nie mam nic oprócz pieniędzy na koncie bankowym. Nic - to ostatnie wypchnął jakby z bólem.

- Miałem bardzo dobrych rodziców, byłem jedynakiem, ale wiedziałem, że są najlepsi na świecie i kochałem ich. Dali mi wszystko, o czym dzieciak może zamarzyć - kontynuował głuchym tonem.

- Skończyłem liceum, w którym byłem kapitanem drużyny piłkarskiej, miałem mnóstwo przyjaciół, byłem popularny, dostałem stypendium sportowe, poszedłem na studia, do college’u. Tam też miałem duże grono znajomych, dziewczyny, kumpli - mówił dalej - Skończyłem studia licencjackie. Miałem być ratownikiem medycznym i marzyłem o tym. Uzyskałem dyplom. Miałem dwadzieścia jeden lat, dziewczynę i całe życie przed sobą - wciągnął słyszalny, drżący wdech.

- Na zakończenie college’u urządziliśmy wielką popijawę. Świętowaliśmy. Wypiłem dużo. Za dużo. To był pierwszy raz, kiedy w ogóle piłem. Byłem takim głupim gówniarzem. Wsiadłem potem za kierownicę i jechałem przez miasto.

Przerwał, a ja wstrzymałam oddech, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami.

- Eva… - jęknął i zerwał się z krzesła, by podejść do okna, stanąć przodem do szyby i tam mówić dalej głuchym tonem - Jechałem przez miasto po pijanemu, za szybko, nieostrożnie, głupio i uderzyłem w jadący prawidłowo samochód, którym jechała cała rodzina, młodzi rodzice i dziecko.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc, niestety, słyszalnie i Jimmy spojrzał na mnie przez ramię udręczonymi oczyma.

- Tak - wyszeptał - Oni zginęli na miejscu, dziecko przeżyło, ja byłem miesiąc w szpitalu. Potem stanąłem przed sądem, zostałem oskarżony o spowodowanie śmierci i skazany. Byłem w więzieniu przez pięć lat. Co nie zmienia faktu, że zabiłem dwie osoby i zniszczyłem życie trzeciej. Może jeszcze kilku, bo to dziecko, dziewczynkę, wychowywali potem dziadkowie, rodzice tej kobiety.

O Boże kochany!

Jimmy odwrócił się przodem do mnie, ale nadal nie podszedł bliżej, opierał się biodrami i nadgarstkami o parapet.

Dziewczynka?

Czyżby…

Zamknęłam powoli oczy i czułam, że cała krew odpłynęła mi z głowy.

- Właśnie… - wyszeptał Jimmy - Ale to nie wszystko.

O Boże kochany!

Nie wszystko?

Co jeszcze mogło być?

Ponownie otworzyłam oczy i patrzyłam na niego.

- Moi rodzice zmarli, zanim wyszedłem z więzienia. Ich też zniszczyłem. Mama miała raka, zmarła w krótkim czasie od diagnozy, a tata nie przetrwał samotny bez niej, beze mnie i zmarł wkrótce potem - Jimmy ciągnął dziwnym, beznamiętnym głosem.

- Kiedy wyszedłem, dowiedziałem się, że dziewczyna, z którą chodziłem w college’u, Betsy, wyszła za mąż. Potem okazało się, że była w ciąży - dodał - Nie przyznała się do tego ani mnie, ani moim rodzicom. To były pierwsze tygodnie i nie powiedziała o tym nikomu. Dowiedziałem się o tym dopiero niedawno. Urodziła moją córkę, kiedy byłem w więzieniu. Wyszła za mąż i nie powiedziała córce, że jej mąż nie był jej tatą. Wychowywał ją przez lata w przeświadczeniu, że jest.

O Boże kochany!

Teraz wszystko zaczęło mi się układać.

Wyprostowałam się na łóżku, podniosłam głowę i wciągnęłam powietrze przez otwarte usta.

Martha i Matt.

- Domyśliłaś się? - Jimmy mówił jakby z goryczą - Betsy nie miała więcej dzieci, rozpieszczała swoją jedynaczkę i zmarła nieco ponad dwa lata temu. Zostawiła Marth’cie list, w którym powiedziała jej, że to ja jestem jej ojcem. Mąż zostawił Betsy jakieś dziesięć lat wcześniej i nigdy nie dowiedziałem się dlaczego. Nie pytałem. Ponieważ Martha była pozbawiona ojca i matki, zwróciła się do mnie, kiedy potrzebowała opieki nad Mattem, bo jego siostra ma dziadków, którzy się nią zajmują. Już wiesz jaka jest Martha. Przez swoją nieobecność ją też zniszczyłem. To moja wina, że ona taka jest. Że Matt ma takie życie.

- Jimmy, ale… - zaczęłam.

- Eva, ja nie jestem dobrym facetem, a na pewno nie jestem bohaterem. Zabiłem i zniszczyłem życie - powiedział Jimmy gwałtownie, jakby ze złością, odwrócił się frontem do mnie i zacisnął pięści, a ja zastanawiałam się, czemu tak to nadal odczuwa.

Znałam go, widziałam jaki był.

- Jimmy, proszę wy… - zaczęłam, ale nie dokończyłam, bo do pokoju wpadł Michał z Dorotą, a za nimi wszedł Jacob.

- Mamo - Michał zaczął w biegu - Jak się czujesz?

Nie miałam szansy na odpowiedź, bo już mnie ściskał.

Bardzo dużo mówił o tym, że rozmawiał przez telefon z Jimmy’m (o czym nie wiedziałam) i o tym, jak się zdenerwował.

Potem podeszła do mnie z uściskami Dorota i ona również mówiła o tym, że się denerwowała, wypytywała jak się czuję, ale nie dawała mi szansy na odpowiedź.

A potem podszedł z powitaniem Jacob.

W tym zamieszaniu zauważyłam, że Jimmy się wycofuje.

- Jimmy - zawołałam, wyciągnęłam rękę i pomacałam do niego palcami, żeby go zawołać do siebie.

- Poznaj szefa Michała i Doroty, Jacoba - powiedziałam, opuszczając rękę na kołdrę z nadzieją, że podejdzie.

Kiedy się zbliżył, ponownie wyciągnęłam rękę, złapałam go za wystający koniec paska (bo tylko to dosięgałam) i przyciągnęłam go bliżej do siebie.

- Jacob… - powiedziałam, sięgając po dłoń Jimmy’ego - poznaj… to James Spark, mój narzeczony.

- Co? - usłyszałam zaskoczony okrzyk Michała.

Nie spojrzałam na niego, na nikogo, za to bardzo chciałam spojrzeć w oczy Jimmy’ego.

Ścisnęłam jego dłoń.

- Synku, Jimmy właśnie mi się oświadczył, a ja przyjęłam jego oświadczyny - brnęłam dalej, chociaż wyczułam drgnienie ręki Jimmy’ego i zauważyłam, że zesztywniał.

- Mamo… - zaczął Michał.

- Czy moglibyśmy porozmawiać? - wtrącił się Jimmy, zwracając się do Michała.

- Jimmy… - zaczęłam, ale spojrzał na mnie, nachylił się tak, że zasłonił mnie przed wszystkimi, a jego twarz, jego piękne niebieskie oczy, były wszystkim, co widziałam, objął dłonią moją szczękę, pogłaskał kciukiem policzek i pocałował mnie w czoło.

- Wszystko będzie dobrze - szepnął patrząc mi prosto w oczy.

- Kocham cię - odszepnęłam z uczuciem i zobaczyłam, jak jego twarz się zmieniła.

Najpierw zobaczyłam na niej ból, a potem ciepło i czułość.

- Kocham cię - szepnął do mnie.

Przepłynęła przeze mnie ulga, ale potem, kiedy się odsunął, wrócił niepokój.

Wyszli we dwóch na korytarz, a ze mną została Dorota z Jacobem.

- Mamo - zaczęła Dorota, podchodząc do łóżka - Jacob był taki uprzejmy, że przywiózł nas tutaj swoim helikopterem.

Spojrzałam z drzwi na Jacoba i zobaczyłam złość w jego oczach, wciąż skierowanych na zamknięte drzwi.

Zagryzłam wargę.

No tak, pomyślałam sobie, liczył na moją wdzięczność, a może i coś więcej.

- Dziękuję ci bardzo, Jacob - powiedziałam cicho, co zwróciło jego uwagę na mnie.

- Dbam po prostu o swoich najlepszych pracowników, więc nie ma za co dziękować - powiedział, uśmiechając się lekko, ale ten uśmiech nie sięgnął jego oczu.

Podszedł do okna i oparł się biodrami o parapet, przyglądając mi się uważnie.

Ramiona splótł na piersi i skrzyżował nogi w kostkach.

- Powiedz teraz, co się stało - zapytała mnie Dorota, łapiąc mnie za rękę.

Moja synowa była przede wszystkim była bardzo, bardzo miła, ciepła i troskliwa.

Dzięki Bogu, że nie zwróciła uwagi na moje przedramiona, nie do końca ukryte w niezbyt długich rękawach luźnej, szpitalnej koszuli.

Zmartwiłaby się.

Zagryzłam wargę i starałam się wsunąć przedramiona pod kołdrę.

- Nic takiego - powiedziałam jej, jak miałam nadzieję lekkim tonem.

- Po prostu dostałam wysokiej gorączki… - kontynuowałam - …telefon mi się rozładował, a w tym samym czasie Jimmy miał problemy rodzinne, więc Michał się zdenerwował, bo nie mógł się dodzwonić. Wiesz jaki on jest przewrażliwiony, jeśli chodzi o mnie.

Dorota wiedziała lepiej.

Była z już Michałem, kiedy zginęli Marek i Marysia, więc widziała moje załamanie.

Ale też była przy tym, jak rozmawialiśmy po zachowaniu Jacoba w czasie garden party i na brunchu, więc nie skomentowała tego przy nim, tylko usiadła na brzegu łóżka i przytuliła mnie.

- Cieszę się z twojego powodu - szepnęła - Widziałam, jaki Jimmy był dla ciebie w czasie Dnia Niepodległości. I te róże - uśmiechnęła się.

Widziałam, że Jacob popatrzył na kwiaty stojące na stoliku.

Zauważyłam też, że myślał intensywnie.

W jego szczęce zadrgał mięsień.

A potem jego twarz stała się pusta.

Ostrożnie pusta.

Miałam nadzieję, że wreszcie dotarło do niego, że jestem zajęta.

Miałam też nadzieję, że Jimmy nie powie Michałowi wszystkiego tego, co mi powiedział.

Michał go nie znał, nie wiedział, że był on naprawdę dobrym człowiekiem, tylko myślał o sobie źle i wciąż karał się za dawne przewinienie, odsuwając się od innych, odmawiając sobie prawa do szczęścia.

Z trudem hamowałam się, przed zerwaniem się z łóżka i pobiegnięciem za nimi.

Panowałam nad tym tylko dlatego, że wiedziałam jak wyglądały moje nogi i jak bolało mnie chodzenie.

Wreszcie wrócili.

Michał patrzył na mnie teraz z mniejszym niepokojem, z rozjaśnioną twarzą.

Podszedł do Doroty i powiedział, obejmując ją i całując w policzek:

- Pojedziemy do hotelu, zameldujemy się, a tu przyjdziemy z powrotem po lunchu i wtedy pogadamy.

- Ale… - zaczęła Dorota, oglądając się na mnie niepewnie.

- Kochanie, musimy pojechać do hotelu - powiedział powoli i dobitnie Michał - Wszystko w porządku, przyjedziemy później.

Ponownie pocałował ją w policzek, puścił i wyprostował się.

- Jedziesz z nami, Jacob? - zwrócił się do swojego szefa.

Jacob odepchnął się od parapetu i przytaknął.

Dziwnie było patrzeć na to, jaki był milczący.

Dorota spojrzała na mnie, a potem na Jimmy’ego.

Uśmiechnęła się i podeszła do mnie z pocałunkiem i kolejnym uściskiem na pożegnanie.

Uśmiechnęłam się do Michała z ulgą, spojrzałam na Jimmy’ego, który stał znowu przy oknie i patrzył w moją stronę z ukosa.

Będziemy mogli porozmawiać.

Wyszli, żegnając się po kolei.

Ja żegnałam się z nimi z roztargnieniem.

Jacob wyszedł na końcu, pożegnał się uściskiem dłoni i powiedział do Jimmy’ego - Gratulacje.

Przyjęłam to za dobrą monetę.

Zostaliśmy sami.

- Jimmy… - zaczęłam, ale mi przerwał.

- Eva, musisz o tym pomyśleć - powiedział mi poważnie - Nie podejmuj decyzji pod wpływem chwili, w emocjach…

- Jimmy - wtrąciłam się łagodnie - Pozwól mi powiedzieć.

Westchnął ciężko, ale zamilkł.

- Proszę, podejdź do mnie - błagałam i wyciągnęłam rękę w jego stronę.

Podszedł, usiadł ponownie na krzesełku przy łóżku, oparł się przedramionami o jego brzeg i podniósł na mnie wzrok.

Sięgnęłam do jego ręki i owinęłam ją palcami w nadgarstku.

- Kocham cię… - wyszeptałam - jesteś dobrym człowiekiem... Nie! - krzyknęłam cicho, kiedy chciał mi przerwać.

Potrząsnęłam jego ręką, wciągnęłam powietrze do płuc i ciągnęłam dalej - Jesteś dobry. Moja reakcja na słowa Alexa o wypadku nie była związana z tym, że był tamten wypadek, ale z tym, że bałam się, że stracę ciebie. Nie rozumiesz? Nie mogę cię stracić. Kocham cię.

Podniósł nasze ręce do twarzy, chwycił palcami drugiej ręki moją dłoń, zdjął ją ze swojego nadgarstka i przycisnął ją do ust, wpatrując się we mnie wzrokiem, w którym widziałam udrękę.

Przerwałam, wzięłam oddech, by się uspokoić i ciągnęłam dalej:

- Widziałam to nie raz. Jesteś dobry. Troszczysz się o ludzi. I nie wmówisz mi nic innego - powiedziałam z naciskiem.

Powoli zamknął oczy.

- Karałeś się za tamto prawie przez trzydzieści lat, nie rozumiałam tego, ale teraz to widzę, to dlatego jesteś sam - ciągnęłam.

- Nie widzisz tego, że już dawno odpokutowałeś? - pytałam go - Ratujesz ludzkie życie, dobytek. Ludzie są ci wdzięczni. Masz przyjaciół i to nie tylko wśród kumpli z pracy, w kompleksie też cię lubią. Ale żyjesz sam. Nie pozwoliłeś sobie na życie, na rodzinę, a jednocześnie nie dałeś siebie innym.

- Chcę ciebie całego, bo jesteś troskliwy, a ja potrzebuję kogoś tak dobrego - lekko potrząsnęłam jego dłonią, a on spojrzał na mnie - Proszę, daj mi siebie.

- Eva, chcę ci dać wszystko - powiedział, a mnie zaparło dech ze wzruszenia.

- Mylisz się co do mnie - dodał - Ale teraz najważniejsze jest to, żebyś miała dostęp do leczenia. Aniele, moim najgorszy koszmarem teraz jest to, że mógłbym stracić ciebie. Ty jesteś moim światem, całym dobrem, jakie mam.

Poczułam łzy w oczach.

A kiedy nazwał mnie Aniołem, prawie zapomniałam jak się oddycha.

Nazwał mnie tak wcześniej i stwierdziłam, że to uwielbiałam.

Lubiłam to, że mówił, że nie chce mnie stracić, ale nie sądziłam, żeby tak naprawdę myślał.

Niemożliwe.

A potem poddałam się.

To dlatego, że znowu poczułam zmęczenie.

- Dobrze - powiedziałam ciszej, opierając głowę na poduszce - Niech  tak będzie. Ale obiecaj mi, że jak to się skończy, będziesz ze mną naprawdę.

- Eva… - wymamrotał i opuścił głowę na rękę, w której nadal trzymał moją dłoń.

Tak szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie, co on teraz myślał, ani co pomyślą inni.

Jimmy mówił, że mnie kochał, a ja kochałam jego, mieliśmy zostać małżeństwem i tylko to się liczyło.

Reszta mogła przyjść później.

Jakoś to rozwiążę.

Jimmy przycisnął moją dłoń do ust i siedział tak przez długą chwilę, rozmyślając.

Nie mogłam dać mu nic więcej, a na dodatek byłam coraz bardziej i bardziej zmęczona.

Oczy mi się zamykały.

- Kochanie, ja zaraz… - wybełkotałam niewyraźnie po chwili i głowa mi opadła.

Zasypiałam.

- Eva… - poderwał się zaniepokojony, ale potem zauważył co się dzieje i dokończył - Dobrze, Aniele, śpij. Pójdę załatwić nasz ślub.

Nasz ślub.

Uśmiechnęłam się przez nadchodzący sen, zamknęłam oczy i odpłynęłam.


 


3 komentarze: