Rozdział
15
Mój
mąż
Eva
Następnego dnia
Siedziałam
samotnie na wózku inwalidzkim w korytarzu przed kaplicą szpitalną i czekałam.
Poprzedniego
dnia, godzinę po moim zaśnięciu i wyjściu Jimmy’ego pielęgniarka obudziła mnie
niechcący, bo przyniosła mój lunch.
Zjadłam
tylko trochę, bo wciąż miałam z żołądku pyszności, które przyniósł mi Jimmy.
Mogłam
jeszcze pospać, odpocząć, ale zaczęłam myśleć, bo naszły mnie refleksje co do
tego, co się stało.
Jimmy
był wspaniałym, cudownym mężczyzną.
Przystojnym,
inteligentnym, wysportowanym, koleżeńskim, lojalnym, dobrym i troskliwym.
Nigdy
w życiu nie przeżyłam tak fantastycznego seksu, jak ten z nim.
Uwielbiałam
to.
Mogłam
to wszystko mieć dla siebie.
Ale
nie chciałam tego za wszelką cenę, kosztem czegoś, co kiedyś mógłby odczuć,
jako odebranie mu wolności.
Kochałam
go.
Więc
jeśli Jimmy powiedział, że mnie kocha, bo myślał, że nie stać mnie na terapię…
Jeśli
tak naprawdę wynikało to tylko z tego, że był taki troskliwy i dobry i chciał się
mną opiekować, pomóc mi…
Nie chciałam, żeby żenił się ze mną wyłącznie po to, bym miała
ubezpieczenie.
Tamtego
dnia aż do wieczoru Jimmy był bardzo zajęty, więc rozmawiałam z nim tylko przez
telefon.
I
tak byłam wciąż zmęczona, senna, więc co chwilę zasypiałam, a budziłam się tylko
ze zdenerwowania.
Dorota
była u mnie przez godzinę, ale również zauważyła, że nie mogę się skupić na
rozmowie, więc szybko wyszła i kazała mi odpoczywać.
Michał
był zajęty.
Następnego
dnia od rana było podobnie.
Zrobili
mi kolejne badania, lekarz poinformował mnie o wynikach badań krwi (co w
większości o niczym mi nie mówiło).
Leżałam,
czytałam na laptopie (który podała mi pielęgniarka, ale szybko musiałam
poprosić o zabranie go), odpoczywałam i tęskniłam za Jimmy’m.
Niedługo
po lunchu, z którego niewiele zjadłam, wpadła do mojego pokoju Dorota.
Przyniosła
z mojego mieszkania rozkloszowaną, długą, lekką, bawełnianą, kremową sukienkę z
krótkimi rękawami, którą kupiłam niedawno na wyjście z Jimmy’m na wieczorny koncert
w ogrodzie botanicznym i długie, białe skarpety.
Miała
mi pomóc się przebrać.
Dowiedziałam
się, że Jimmy zorganizował wszystko związane z szybkim ślubem w kaplicy
szpitalnej, ale nie z udziałem kapłana, tylko z urzędnikiem, który przyjeżdżał
za specjalną opłatą.
Znowu
się zdenerwowałam.
Dorota
powiedziała mi, że Michał, który spiskował z Jimmy’m, znalazł i dostarczył mój
paszport.
Byłam
już ubrana i uczesana, siedziałam na wózku i Ann, jako pełniąca dla mnie swój
wolontariat pielęgniarka, była gotowa mnie zawieźć na dół do kaplicy, kiedy do
pokoju wpadł Alek.
-
No, kochana, myślałaś, że wyjdziesz za mąż beze mnie?! Za Jimmy’ego?! - krzyknął i zaczął rozstawiać na łóżku kuferek,
który ze sobą przyniósł.
-
Mam tu wszystko - paplał nerwowo.
-
Nie możesz być taka całkiem nie umalowana, kochanie! Będziesz najpiękniejszą
panną młodą w tym szpitalu. - zapewniał mnie.
Zaśmiałam
się prawie histerycznie.
Alek
odgonił Ann, która była już po dyżurze, ale zadzwoniła do domu, załatwiła sobie
opiekę nad córką i została, żeby mnie wspierać i pomóc mi dotrzeć na dół i
przejść przez to wszystko.
Czy
mówiłam już jacy wspaniali ludzie są w Salt Lake City?
Kazał
mi odchylić głowę, zamknąć oczy i zaczął mnie malować.
Westchnęłam
cicho.
Nie
było takiej (nawet nadprzyrodzonej) siły, która zdołałaby powstrzymać Aleka
przed upiększeniem mnie, jeśli tak postanowił.
Zmarnowany
wysiłek.
Mówił
nieustannie, głównie rozmawiając z Ann, w której znalazł wdzięczną słuchaczkę,
więc dowiedziałam się, że Jimmy poinformował ich o ślubie i zaprosił wszystkich
sąsiadów.
Kochany
Jimmy.
Wiedziałam,
że Alek potrafi zdziałać cuda, więc bardzo się nie broniłam, ale wiedziałam, że
nie mamy dużo czasu.
-
No, dobrze - powiedział Alek po krótkiej chwili - Wystarczy.
Zamrugałam
zaskoczona.
Faktycznie
uwinął się.
-
Jeszcze tylko to - powiedział owijając mi szyję długim jedwabnym, błękitnym szaliczkiem
- Coś niebieskiego i pożyczonego.
-
Coś starego mam - uśmiechnęłam się - To ta sukienka.
-
A tu jest coś nowego - usłyszałam głos Jimmy’ego dochodzący od strony drzwi.
Spojrzałam
w tamtą stronę i zabrakło mi tchu z zachwytu.
O
Boże kochany!
Był
taki przystojny!
Ubrany
w grafitowy garnitur z bardzo jasno błękitną koszulą i szarym krawatem, był
przystojniejszy i bardziej męski niż dotąd.
Spojrzał
na mnie i stanął w pół kroku, jakby zamarł na chwilę.
Jego
piękne niebieskie oczy migotały i wyglądały jak kamienie szlachetne najwyższej
próby.
-
Jimmy, nie wolno ci jej oglądać przed ślubem, powinieneś poczekać na nią w
kaplicy - fuknął Alek.
Jimmy
jednak już podszedł do mnie, przyklęknął na jedno kolano, złapał moją lewą rękę
i, patrząc mi w oczy, wsuwał mi
pierścionek na palec serdeczny.
Całkiem
zapomniałam, jak się oddycha.
Pierścionek
był delikatny, z białego złota łączonego z żółtym, z trzema drobnymi diamentami
wbudowanymi rzędem w niezbyt szeroką obrączkę (większy w środku, a dwa mniejsze
po bokach).
Idealny.
Usłyszałam
ciche Och! wykrzyknięte przez Ann,
najwyraźniej przez dłoń przyciśniętą do ust i jakiś nieskładny pisk Aleka.
Spojrzałam
Jimmy’emu w oczy i mocno skupiłam się, by powstrzymać łzy.
A
on pocałował z namaszczeniem moją dłoń z pierścionkiem, a potem podniósł się i
pocałował mnie w usta.
Następnie
wyszedł bez jednego słowa.
Bez.
Jednego.
Słowa.
Alek
patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, a potem pomachał sobie dłońmi przed
twarzą, podbiegł, uściskał mnie i machnął ręką w stronę drzwi.
-
Jedziemy - zarządził.
Wzdychająca
ze wzruszenia Ann podeszła i zaczęła popychać mój wózek.
Wtedy
wszedł do pokoju mój lekarz.
Spojrzał
na nas znad trzymanych papierów, zatrzymał się, zamrugał i powiedział:
-
Och, tak, prawda, pani Borowski, mam dla pani informacje. Chyba dobre -
popatrzył na mnie, uśmiechnął się i dokończył:
-
Jeszcze musimy potwierdzić, ale sądząc po obrazie klinicznym, wynikach krwi i
prześwietleniu, oceniam, że to jest sarcoidosa.
Przerwał
i popatrzył na nas, ale chyba zauważył, że go nie zrozumieliśmy.
-
To choroba autoimmunologiczna - wyjaśnił - …i zwykle dochodzi do samoistnego
jej ustąpienia w ciągu dwóch miesięcy do dwóch lat bez leczenia. Potrzebuję jeszcze
konsultacji pulmonologa. Sprawdzimy również, czy nie ma pani zmian na siatkówce
oka i w sercu, bo mogą się przytrafić przy tej chorobie i określimy dalsze
postępowanie. Umówiliśmy lekarzy, by panią obejrzeli.
Patrzyłam
na niego z otwartymi ustami i nie wiedziałam, co zrobić z tą niespodziewaną, chyba
szczęśliwą informacją.
A
potem opanowałam się, wyprostowałam plecy i powiedziałam konwencjonalnie -
Dziękuję doktorze, to świetna wiadomość.
-
Tak, bardzo dobra - uśmiechnął się do mnie lekarz, wyciągnął rękę, uścisnął mi
lekko nadgarstek i odsunął się, mówiąc - Chyba tam na panią czekają.
Porozmawiamy jutro o szczegółach.
-
Tak - powiedziałam niepewnie - Oczywiście.
Ann,
która stała za moim wózkiem, uścisnęła moje ramię, poklepałam jej dłoń, a potem
pchnęła mój wózek i pojechaliśmy.
Słyszałam
jak przez mgłę Aleka, poskakującego z ekscytacji obok mnie i pokrzykującego:
-
O Boże, jak dobrze. O Boziuniu, jak wszystko dobrze się skończyło…
I
tak w kółko.
A
ja myślałam tylko o Jimmy’m.
Znowu
zapytałam się, czy on na pewno mnie
kocha.
Nie
odezwał się ani słowem.
Przecież
nawet tak naprawdę nie oświadczył mi się, tylko stwierdził, że musimy się pobrać.
Ja
nawet nie byłam w jego typie.
Widziałam,
jakie kobiety lubił (krągłe blondynki z dużymi piersiami i szerokimi biodrami)
i to nie byłam ja.
Nie
mogłam mu pozwolić na takie poświęcenie, na uwiązanie się do mnie na lata (nie
chciałam myśleć o możliwości szybkiego rozwodu), jeśli mnie nie kochał, a nie
wierzyłam w to, nawet ze słowami, jakie usłyszałam od niego później.
Musiałam
z nim porozmawiać przed ślubem.
Kiedy
dojechaliśmy do przedsionka kaplicy, zatrzymałam Ann w korytarzu i poprosiłam
Aleka, by po niego poszedł.
Najpierw
zaprotestował, ale potem ustąpił.
Podziękowałam
Ann i poprosiłam ja, by poszła już do kaplicy.
Zapewniłam
ją, że mogę sama zaczekać, że sobie poradzę przez chwilę.
Musiałam
porozmawiać z Jimmy’m.
Teraz
na niego czekałam.
Bardzo
zdenerwowana.
Przyszedł
i spojrzał na mnie badawczo.
-
Jimmy… - zaczęłam z wahaniem - muszę ci coś powiedzieć.
Podszedł
do mnie i przykucnął obok wózka.
-
Czekają na nas - powiedział z ciepłym wyrazem oczu.
-
Posłuchaj mnie - powiedziałam z
naciskiem i przycisnęłam obie dłonie do swoich kolan, by opanować ich drżenie.
Wzięłam
głęboki wdech i zaczęłam:
-
Moi rodzice mieli firmę, która działała w całej Europie. Dobrze zarabiali. Nie
wydawali dużo, bo mieli taką dewizę, że zawsze wszystko robili sami, zresztą
rozwinęli firmę dosyć późno, kiedy już byłam w liceum - patrzyłam przed siebie
nic nie widząc, ale czułam, że Jimmy powoli wyprostował się i stał obok wózka.
-
To tata nauczył mnie, jak malować ściany, remontować dom, mama nauczyła mnie
sprzątania i gotowania - ciągnęłam dalej - Nigdy nie mieli żadnej służby,
pomocy w domu. Kiedy zmarli, zostawili mi ogromny majątek. Również dom, firmę i
samochody, które sprzedałam.
Jimmy
stał nieruchomo i wiedziałam, że nie wiedział, po co mu to mówiłam.
-
Mój mąż również dobrze zarabiał. Bardzo dobrze - beznamiętnie kontynuowałam i
zobaczyłam wzdrygnięcie się Jimmy’ego - Był prezesem do spraw logistyki w
jednej z największych państwowych spółek energetycznych. Również nie
wydawaliśmy dużo, bo chcieliśmy jak najwięcej zostawić w przyszłości dzieciom.
Zresztą nie potrzebowaliśmy tego, nie byliśmy do tego przyzwyczajeni.
Odwróciłam
do niego głowę, wyprostowałam plecy i, patrząc mu w oczy, powiedziałam tak, jak
to zaplanowałam, mocniejszym, zdecydowanym głosem:
-
Jimmy, ja mam pieniądze. Nie
potrzebuję wychodzić za ciebie za mąż, by opłacić terapię.
Jimmy
chyba nie zrozumiał, co chcę powiedzieć, bo w jego oczach błysnęło coś
niedobrego i otworzył usta, ale ja już nie przerywałam, chociaż wyparowała ze
mnie resztka odwagi i dokończyłam, patrząc wszędzie tylko nie na niego, jąkając się, nagle onieśmielona:
-
Ja… nie… nie chcę, żebyś… żebyś się poświęcał i… żebyś wiązał się, jeśli nie…
jeśli mnie nie…
I
wtedy przez jego twarz przepłynęło zrozumienie, zmieniła się w ułamku sekundy,
więc stała się bardzo otwarta i ożywiona.
-
Eva… - błyskawicznie mi przerwał i przykucnął przy mnie, a ja się zagapiłam na
niego - Kochasz mnie?
Poczułam
łzy wzbierające w oczach.
Zacisnęłam
je i odwróciłam głowę.
Nie
mogłam skłamać.
Spojrzałam
na niego.
-
Tak - szepnęłam.
-
Powiedz to - rozkazał łagodnym głosem.
-
Kocham cię, Jimmy - wyszeptałam,
przełknęłam, znowu zamknęłam oczy i pochyliłam głowę.
Poczułam
bardzo blisko obok siebie ruch i otworzyłam oczy, a potem je otworzyłam
szerzej.
Jimmy
bowiem ukląkł koło mojego wózka na
jednym kolanie i wziął moją lewą dłoń w swoje obie ręce.
-
Eva Elizabeth Borowski… - powiedział, a ja aż zatchnęłam się, kiedy usłyszałam
swoje pełne imię i nazwisko z jego ust, powiedziane w tak uroczysty sposób.
-
Kocham cię nad życie - mówił i znowu
poczułam łzy szczypiące mnie w oczy - Jesteś moim Aniołem. Słońcem rozświetlającym
każdy mój dzień. Pragnę codziennie zasypiać i budzić się obok ciebie aż do
końca moich dni, kiedy będziesz nosiła moje nazwisko. Czy uczynisz mi ten zaszczyt
i wyjdziesz za mnie za mąż?
Patrzyłam
na niego przez chwilę z rozchylonymi ustami, milcząc.
Boże
kochany, czy to możliwe?
Jimmy
mnie kocha!
-
Proszę cię, Eva - dodał ciszej - Wyjdź
za mnie.
Ponownie
zamrugałam i wyszeptałam drżące - Tak.
A
wtedy usłyszeliśmy pisk, podniosłam głowę i Jimmy podniósł się, odwrócił i
zobaczyliśmy Dorotę, rzucającą się na szyję Michałowi.
Michał
uśmiechał się szeroko, trzymając swoją żonę i stwierdził:
-
Teraz tylko musisz to powtórzyć tam… - skinął głową w stronę kaplicy - …przed
wszystkimi - dokończył.
-
Jimmy - dodał - czas na ciebie. Zaraz tam przyjdziemy.
-
Przyjedziemy - warknął Jimmy.
-
Jimmy, ja nie… - zaczęłam.
-
Michał, ona nie idzie! - warknął ponownie Jimmy.
-
Ona nie pójdzie - zapewnił go Michał, a ja przewróciłam oczami.
No
fajnie, teraz dwóch apodyktycznych facetów będzie się zajmowało moim zdrowiem i
ubezwłasnowolniało mnie.
-
Idź już - Dorota wypchnęła Jimmy’ego, który oglądał się jakby chciał jeszcze raz
podejść bliżej.
-
Zaczekam na ciebie na końcu przejścia - rzucił do mnie Jimmy, a ja uśmiechnęłam
się do niego szczęśliwie.
Wreszcie
Dorota zamknęła za nim drzwi i rzuciła się do poprawiania na mnie sukienki,
szala, włosów, a potem dała mi do ręki przepiękny bukiet czerwonych róż w stylu
biedermeier, na widok którego aż westchnęłam z zachwytu, ustawiła się przy
drzwiach, obejrzała na nas, uśmiechnęła i wyszła.
Potem
przez otwarte drzwi usłyszałam dźwięki marsza weselnego i poczułam, że Michał popycha
wózek.
Wjechaliśmy
do kaplicy.
To
co tam zobaczyłam, spowodowało, że prawie znowu się rozpłakałam.
Podniosłam
rękę do ust i zawołałam ciche - Och!
Bo
byli tam wszyscy.
Alek
z Samem, kumple Jimmy’ego z pracy (stali przy nim jako drużbowie), nasi wszyscy
sąsiedzi (Alice stała obok Eddiego i trzymali
się za ręce!), w tym szczerzący zęby w szerokim uśmiechu Bert, który
poprzedniego dnia wieczorem wrócił z obozu (później się dowiedziałam, że
próbował się od rana dostać do nas do mieszkania i dopiero Jimmy mu powiedział,
że jestem w szpitalu), Dominik i chłopaki z ekipy remontowej, Joni i jego
rodzice, pielęgniarki i mój lekarz.
Była
nawet Janet, która, jak się później dowiedziałam, specjalnie przyleciała razem
z Chrisem (poprosiłam ją natychmiast, by została moją druhną z Dorotą), chociaż
zapewne musiała wydać fortunę na lot w ostatniej chwili.
Brakowało
tylko Marthy (której wciąż nie poznałam), ale Jimmy przywiózł Matta.
O Boże kochany!
Patrzyłam
na mijane rzędy, kiwałam im ręką, a potem spojrzałam do przodu, na mojego
ukochanego.
To
on to załatwił i to w tak krótkim czasie.
O
Boże, kochałam go!
*****
Dwie godziny później
Byłam
zmęczona.
Kompletnie
półprzytomna ze zmęczenia i Jimmy to zauważył, więc zaczął wyganiać wszystkich
z mojego pokoju.
Nasz
ślub był najpiękniejszy, jaki sobie mogłam wymarzyć.
Siedziałam na wózku i Jimmy nie pozwolił mi
wstać, więc urzędnik zgodził się usiąść, a Jimmy klęczał na jednym kolanie obok
mnie.
Jimmy
przysięgał mi trwałość, miłość, opiekę, troskę o drobne i większe radości
każdego dnia, a kiedy urzędnik zapytał mnie, czy mam własną przysięgę
powiedziałam tak i skierowałam do
Jimmy’ego słowa:
-
Przyrzekam codziennie kochać cię i pielęgnować. Dbać o twoje zdrowie i o twój
uśmiech. Trwać przy tobie, kiedy będziesz się budził i kiedy będziesz zasypiał,
do końca moich dni, nosząc twoje nazwisko. Zawsze całować cię na dzień dobry i
na do widzenia. Obiecuję godzić się z tobą po każdej kłótni i sprawiać, że zawsze
będziesz chciał do mnie wracać.
I
po tym zobaczyłam, jak się uśmiechnął, a jego oczy zaczęły błyszczeć.
Kiedy
urzędnik poprosił o obrączki, zobaczyłam dwie: piękne w swojej prostocie, bez
zdobień, obrączki ze złota z paskiem z białego złota, pasujące do pierścionka,
który miałam na palcu.
A
kiedy usłyszeliśmy: ogłaszam was mężem i
żoną, Jimmy nachylił się do mnie i całował mnie długo, delikatnie, słodko i
bardzo, bardzo gorąco.
Potem
podpisaliśmy akt naszego ślubu, a potem podpisali go nasi świadkowie, czyli
Dorota i Oli.
Dostaliśmy
certyfikat w teczce do ręki, urzędnik nam pogratulował, złożył życzenia i
odszedł.
A
potem zaczęło się szaleństwo.
Każdy
z zebranych składał nam życzenia, wielu, nie zważając na warunki szpitalne, krzyczało,
klaskało i śmiało się.
Potem
przeszliśmy tłumnie do mojego pokoju, a tam okazało się, że prawie każdy
przyniósł coś do jedzenia.
Więc
były kanapki z indykiem, babeczki z masłem orzechowym, słynne BLT, pizza, muffiny
czekoladowe i kanapki submarines.
I
wiele, wiele więcej.
A
nawet mini tort!
Któryś
z facetów przemycił piwo, ale były też sok i cola.
Wszyscy
przynieśli też kwiaty.
Dostałam
morze kwiatów!
Rozmawiałam
ze wszystkimi po trochu, a najwięcej z Janet, która otwarcie cieszyła się z
takiego zakończenia.
Byłam
taka szczęśliwa, że mogła przylecieć.
Śmiałam
się z radości, że mam wszystkich wokół siebie, ale byłam coraz bardziej
zmęczona.
Mój
mąż, Jimmy, posadził mnie już na łóżku i co chwilę ktoś jeszcze raz podchodził,
by porozmawiać, przynosili mi do jedzenia coś, czego już nie mogłam w siebie
wmusić i oglądałam się na swojego męża.
Mój mąż.
Dał
mi najlepszy, najpiękniejszy prezent,
jaki mogłam sobie wymarzyć, moich przyjaciół blisko w tak ważnej dla nas
chwili.
Mój
wspaniały mąż.
Kiedy
w końcu zostaliśmy sami, Jimmy pomógł mi się przebrać w koszulę szpitalną, a ja
ledwo mogłam utrzymać prosto głowę.
Opierałam
ją na poduszce i spoglądałam na niego.
-
Jimmy - wybełkotałam cicho - Zapomniałam ci coś powiedzieć.
-
Co takiego, kochanie - Jimmy przykrywał mnie właśnie kołdrą, ale nadal pytanie
brzmiało na czujne.
-
Jak poszedłeś… Przed tym, jak wyszliśmy na dół, do kaplicy - przyznałam - …był
tu lekarz.
-
Tak? - Jimmy wyglądał na zaalarmowanego.
Starałam
się wyciągnąć do niego rękę, ale mi opadła.
-
Powiedział, że to sarcoidosa - mówiłam coraz ciszej, z przerwami.
-
To… choroba autoimmunologiczna, która minie... Może sama przejść… za dwa
miesiące lub trochę dłużej… - mamrotałam.
Czułam,
że opadała mi głowa i zamykały się oczy.
Ale
zmusiłam się, żeby dokończyć.
Resztką
sił zanotowałam, że jego piękne, niebieskie oczy były tak blisko, blisko mnie.
-
Myślę… że to… dobrze… - nie dokończyłam.
Zasnęłam.
*****
Jimmy
Patrzył
przez chwilę kompletnie znieruchomiały na swoją śpiącą, piękną żonę i wzruszenie dławiło go w gardle, a
pierś ścisnęła się, ale w dobry sposób.
Właśnie
dała mu najlepszy, najpiękniejszy prezent, jaki mógłby sobie wymarzyć.
I
zasnęła.
Usiadł
na krześle obok jej łóżka, oparł się czołem o jej dłoń z jego pierścionkiem i
obrączką, którą tulił oburącz i czuł, że wciąż i wciąż jego gardło jest
zatkane, a pierś zaciśnięta.
Miał
ochotę krzyczeć z radości.
Miał
ochotę płakać ze wzruszenia.
Jego żona.
Kochał
ją.
Może
miała rację mówiąc, że karał się zbyt długo.
Może
naprawdę zostało mu wybaczone, skoro była jego, miał ją i mógł mieć ją jeszcze
przez lata.
Jego
cudowna, piękna żona.
Jego
Anioł.
Jego
odkupienie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńCudowna książka, masz bardzo lekkie pióro, czyta się z przyjemnością, mam nadzieję że kiedyś zostanie wydana i będę mogła ją sobie postawić na półce
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń