niedziela, 16 stycznia 2022

15 - Mój mąż

 

Rozdział 15

Mój mąż

 

Eva

 

 

 

Następnego dnia

Siedziałam samotnie na wózku inwalidzkim w korytarzu przed kaplicą szpitalną i czekałam.

Poprzedniego dnia, godzinę po moim zaśnięciu i wyjściu Jimmy’ego pielęgniarka obudziła mnie niechcący, bo przyniosła mój lunch.

Zjadłam tylko trochę, bo wciąż miałam z żołądku pyszności, które przyniósł mi Jimmy.

Mogłam jeszcze pospać, odpocząć, ale zaczęłam myśleć, bo naszły mnie refleksje co do tego, co się stało.

Jimmy był wspaniałym, cudownym mężczyzną.

Przystojnym, inteligentnym, wysportowanym, koleżeńskim, lojalnym, dobrym i troskliwym.

Nigdy w życiu nie przeżyłam tak fantastycznego seksu, jak ten z nim.

Uwielbiałam to.

Mogłam to wszystko mieć dla siebie.

Ale nie chciałam tego za wszelką cenę, kosztem czegoś, co kiedyś mógłby odczuć, jako odebranie mu wolności.

Kochałam go.

Więc jeśli Jimmy powiedział, że mnie kocha, bo myślał, że nie stać mnie na terapię…

Jeśli tak naprawdę wynikało to tylko z tego, że był taki troskliwy i dobry i chciał się mną opiekować, pomóc mi…

 Nie chciałam, żeby żenił się ze mną wyłącznie po to, bym miała ubezpieczenie.

Tamtego dnia aż do wieczoru Jimmy był bardzo zajęty, więc rozmawiałam z nim tylko przez telefon.

I tak byłam wciąż zmęczona, senna, więc co chwilę zasypiałam, a budziłam się tylko ze zdenerwowania.

Dorota była u mnie przez godzinę, ale również zauważyła, że nie mogę się skupić na rozmowie, więc szybko wyszła i kazała mi odpoczywać.

Michał był zajęty.

Następnego dnia od rana było podobnie.

Zrobili mi kolejne badania, lekarz poinformował mnie o wynikach badań krwi (co w większości o niczym mi nie mówiło).

Leżałam, czytałam na laptopie (który podała mi pielęgniarka, ale szybko musiałam poprosić o zabranie go), odpoczywałam i tęskniłam za Jimmy’m.

Niedługo po lunchu, z którego niewiele zjadłam, wpadła do mojego pokoju Dorota.

Przyniosła z mojego mieszkania rozkloszowaną, długą, lekką, bawełnianą, kremową sukienkę z krótkimi rękawami, którą kupiłam niedawno na wyjście z Jimmy’m na wieczorny koncert w ogrodzie botanicznym i długie, białe skarpety.

Miała mi pomóc się przebrać.

Dowiedziałam się, że Jimmy zorganizował wszystko związane z szybkim ślubem w kaplicy szpitalnej, ale nie z udziałem kapłana, tylko z urzędnikiem, który przyjeżdżał za specjalną opłatą.

Znowu się zdenerwowałam.

Dorota powiedziała mi, że Michał, który spiskował z Jimmy’m, znalazł i dostarczył mój paszport.

Byłam już ubrana i uczesana, siedziałam na wózku i Ann, jako pełniąca dla mnie swój wolontariat pielęgniarka, była gotowa mnie zawieźć na dół do kaplicy, kiedy do pokoju wpadł Alek.

- No, kochana, myślałaś, że wyjdziesz za mąż beze mnie?! Za Jimmy’ego?! - krzyknął i zaczął rozstawiać na łóżku kuferek, który ze sobą przyniósł.

- Mam tu wszystko - paplał nerwowo.

- Nie możesz być taka całkiem nie umalowana, kochanie! Będziesz najpiękniejszą panną młodą w tym szpitalu. - zapewniał mnie.

Zaśmiałam się prawie histerycznie.

Alek odgonił Ann, która była już po dyżurze, ale zadzwoniła do domu, załatwiła sobie opiekę nad córką i została, żeby mnie wspierać i pomóc mi dotrzeć na dół i przejść przez to wszystko.

Czy mówiłam już jacy wspaniali ludzie są w Salt Lake City?

Kazał mi odchylić głowę, zamknąć oczy i zaczął mnie malować.

Westchnęłam cicho.

Nie było takiej (nawet nadprzyrodzonej) siły, która zdołałaby powstrzymać Aleka przed upiększeniem mnie, jeśli tak postanowił.

Zmarnowany wysiłek.

Mówił nieustannie, głównie rozmawiając z Ann, w której znalazł wdzięczną słuchaczkę, więc dowiedziałam się, że Jimmy poinformował ich o ślubie i zaprosił wszystkich sąsiadów.

Kochany Jimmy.

Wiedziałam, że Alek potrafi zdziałać cuda, więc bardzo się nie broniłam, ale wiedziałam, że nie mamy dużo czasu.

- No, dobrze - powiedział Alek po krótkiej chwili - Wystarczy.

Zamrugałam zaskoczona.

Faktycznie uwinął się.

- Jeszcze tylko to - powiedział owijając mi szyję długim jedwabnym, błękitnym szaliczkiem - Coś niebieskiego i pożyczonego.

- Coś starego mam - uśmiechnęłam się - To ta sukienka.

- A tu jest coś nowego - usłyszałam głos Jimmy’ego dochodzący od strony drzwi.

Spojrzałam w tamtą stronę i zabrakło mi tchu z zachwytu.

O Boże kochany!

Był taki przystojny!

Ubrany w grafitowy garnitur z bardzo jasno błękitną koszulą i szarym krawatem, był przystojniejszy i bardziej męski niż dotąd.

Spojrzał na mnie i stanął w pół kroku, jakby zamarł na chwilę.

Jego piękne niebieskie oczy migotały i wyglądały jak kamienie szlachetne najwyższej próby.

- Jimmy, nie wolno ci jej oglądać przed ślubem, powinieneś poczekać na nią w kaplicy - fuknął Alek.

Jimmy jednak już podszedł do mnie, przyklęknął na jedno kolano, złapał moją lewą rękę i, patrząc mi w oczy, wsuwał mi pierścionek na palec serdeczny.

Całkiem zapomniałam, jak się oddycha.

Pierścionek był delikatny, z białego złota łączonego z żółtym, z trzema drobnymi diamentami wbudowanymi rzędem w niezbyt szeroką obrączkę (większy w środku, a dwa mniejsze po bokach).

Idealny.

Usłyszałam ciche Och! wykrzyknięte przez Ann, najwyraźniej przez dłoń przyciśniętą do ust i jakiś nieskładny pisk Aleka.

Spojrzałam Jimmy’emu w oczy i mocno skupiłam się, by powstrzymać łzy.

A on pocałował z namaszczeniem moją dłoń z pierścionkiem, a potem podniósł się i pocałował mnie w usta.

Następnie wyszedł bez jednego słowa.

Bez.

Jednego.

Słowa.

Alek patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, a potem pomachał sobie dłońmi przed twarzą, podbiegł, uściskał mnie i machnął ręką w stronę drzwi.

- Jedziemy - zarządził.

Wzdychająca ze wzruszenia Ann podeszła i zaczęła popychać mój wózek.

Wtedy wszedł do pokoju mój lekarz.

Spojrzał na nas znad trzymanych papierów, zatrzymał się, zamrugał i powiedział:

- Och, tak, prawda, pani Borowski, mam dla pani informacje. Chyba dobre - popatrzył na mnie, uśmiechnął się i dokończył:

- Jeszcze musimy potwierdzić, ale sądząc po obrazie klinicznym, wynikach krwi i prześwietleniu, oceniam, że to jest sarcoidosa.

Przerwał i popatrzył na nas, ale chyba zauważył, że go nie zrozumieliśmy.

- To choroba autoimmunologiczna - wyjaśnił - …i zwykle dochodzi do samoistnego jej ustąpienia w ciągu dwóch miesięcy do dwóch lat bez leczenia. Potrzebuję jeszcze konsultacji pulmonologa. Sprawdzimy również, czy nie ma pani zmian na siatkówce oka i w sercu, bo mogą się przytrafić przy tej chorobie i określimy dalsze postępowanie. Umówiliśmy lekarzy, by panią obejrzeli.

Patrzyłam na niego z otwartymi ustami i nie wiedziałam, co zrobić z tą niespodziewaną, chyba szczęśliwą informacją.

A potem opanowałam się, wyprostowałam plecy i powiedziałam konwencjonalnie - Dziękuję doktorze, to świetna wiadomość.

- Tak, bardzo dobra - uśmiechnął się do mnie lekarz, wyciągnął rękę, uścisnął mi lekko nadgarstek i odsunął się, mówiąc - Chyba tam na panią czekają. Porozmawiamy jutro o szczegółach.

- Tak - powiedziałam niepewnie - Oczywiście.

Ann, która stała za moim wózkiem, uścisnęła moje ramię, poklepałam jej dłoń, a potem pchnęła mój wózek i pojechaliśmy.

Słyszałam jak przez mgłę Aleka, poskakującego z ekscytacji obok mnie i pokrzykującego:

- O Boże, jak dobrze. O Boziuniu, jak wszystko dobrze się skończyło…

I tak w kółko.

A ja myślałam tylko o Jimmy’m.

Znowu zapytałam się, czy on na pewno mnie kocha.

Nie odezwał się ani słowem.

Przecież nawet tak naprawdę nie oświadczył mi się, tylko stwierdził, że musimy się pobrać.

Ja nawet nie byłam w jego typie.

Widziałam, jakie kobiety lubił (krągłe blondynki z dużymi piersiami i szerokimi biodrami) i to nie byłam ja.

Nie mogłam mu pozwolić na takie poświęcenie, na uwiązanie się do mnie na lata (nie chciałam myśleć o możliwości szybkiego rozwodu), jeśli mnie nie kochał, a nie wierzyłam w to, nawet ze słowami, jakie usłyszałam od niego później.

Musiałam z nim porozmawiać przed ślubem.

Kiedy dojechaliśmy do przedsionka kaplicy, zatrzymałam Ann w korytarzu i poprosiłam Aleka, by po niego poszedł.

Najpierw zaprotestował, ale potem ustąpił.

Podziękowałam Ann i poprosiłam ja, by poszła już do kaplicy.

Zapewniłam ją, że mogę sama zaczekać, że sobie poradzę przez chwilę.

Musiałam porozmawiać z Jimmy’m.

Teraz na niego czekałam.

Bardzo zdenerwowana.

Przyszedł i spojrzał na mnie badawczo.

- Jimmy… - zaczęłam z wahaniem - muszę ci coś powiedzieć.

Podszedł do mnie i przykucnął obok wózka.

- Czekają na nas - powiedział z ciepłym wyrazem oczu.

- Posłuchaj mnie - powiedziałam z naciskiem i przycisnęłam obie dłonie do swoich kolan, by opanować ich drżenie.

Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam:

- Moi rodzice mieli firmę, która działała w całej Europie. Dobrze zarabiali. Nie wydawali dużo, bo mieli taką dewizę, że zawsze wszystko robili sami, zresztą rozwinęli firmę dosyć późno, kiedy już byłam w liceum - patrzyłam przed siebie nic nie widząc, ale czułam, że Jimmy powoli wyprostował się i stał obok wózka.

- To tata nauczył mnie, jak malować ściany, remontować dom, mama nauczyła mnie sprzątania i gotowania - ciągnęłam dalej - Nigdy nie mieli żadnej służby, pomocy w domu. Kiedy zmarli, zostawili mi ogromny majątek. Również dom, firmę i samochody, które sprzedałam.

Jimmy stał nieruchomo i wiedziałam, że nie wiedział, po co mu to mówiłam.

- Mój mąż również dobrze zarabiał. Bardzo dobrze - beznamiętnie kontynuowałam i zobaczyłam wzdrygnięcie się Jimmy’ego - Był prezesem do spraw logistyki w jednej z największych państwowych spółek energetycznych. Również nie wydawaliśmy dużo, bo chcieliśmy jak najwięcej zostawić w przyszłości dzieciom. Zresztą nie potrzebowaliśmy tego, nie byliśmy do tego przyzwyczajeni.

Odwróciłam do niego głowę, wyprostowałam plecy i, patrząc mu w oczy, powiedziałam tak, jak to zaplanowałam, mocniejszym, zdecydowanym głosem:

- Jimmy, ja mam pieniądze. Nie potrzebuję wychodzić za ciebie za mąż, by opłacić terapię.

Jimmy chyba nie zrozumiał, co chcę powiedzieć, bo w jego oczach błysnęło coś niedobrego i otworzył usta, ale ja już nie przerywałam, chociaż wyparowała ze mnie resztka odwagi i dokończyłam, patrząc wszędzie tylko nie na  niego, jąkając się, nagle onieśmielona:

- Ja… nie… nie chcę, żebyś… żebyś się poświęcał i… żebyś wiązał się, jeśli nie… jeśli mnie nie…

I wtedy przez jego twarz przepłynęło zrozumienie, zmieniła się w ułamku sekundy, więc stała się bardzo otwarta i ożywiona.

- Eva… - błyskawicznie mi przerwał i przykucnął przy mnie, a ja się zagapiłam na niego - Kochasz mnie?

Poczułam łzy wzbierające w oczach.

Zacisnęłam je i odwróciłam głowę.

Nie mogłam skłamać.

Spojrzałam na niego.

- Tak - szepnęłam.

- Powiedz to - rozkazał łagodnym głosem.

- Kocham cię, Jimmy - wyszeptałam, przełknęłam, znowu zamknęłam oczy i pochyliłam głowę.

Poczułam bardzo blisko obok siebie ruch i otworzyłam oczy, a potem je otworzyłam szerzej.

Jimmy bowiem ukląkł koło mojego wózka na jednym kolanie i wziął moją lewą dłoń w swoje obie ręce.

- Eva Elizabeth Borowski… - powiedział, a ja aż zatchnęłam się, kiedy usłyszałam swoje pełne imię i nazwisko z jego ust, powiedziane w tak uroczysty sposób.

- Kocham cię nad życie - mówił i znowu poczułam łzy szczypiące mnie w oczy - Jesteś moim Aniołem. Słońcem rozświetlającym każdy mój dzień. Pragnę codziennie zasypiać i budzić się obok ciebie aż do końca moich dni, kiedy będziesz nosiła moje nazwisko. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i wyjdziesz za mnie za mąż?

Patrzyłam na niego przez chwilę z rozchylonymi ustami, milcząc.

Boże kochany, czy to możliwe?

Jimmy mnie kocha!

- Proszę cię, Eva - dodał ciszej - Wyjdź za mnie.

Ponownie zamrugałam i wyszeptałam drżące - Tak.

A wtedy usłyszeliśmy pisk, podniosłam głowę i Jimmy podniósł się, odwrócił i zobaczyliśmy Dorotę, rzucającą się na szyję Michałowi.

Michał uśmiechał się szeroko, trzymając swoją żonę i stwierdził:

- Teraz tylko musisz to powtórzyć tam… - skinął głową w stronę kaplicy - …przed wszystkimi - dokończył.

- Jimmy - dodał - czas na ciebie. Zaraz tam przyjdziemy.

- Przyjedziemy - warknął Jimmy.

- Jimmy, ja nie… - zaczęłam.

- Michał, ona nie idzie! - warknął ponownie Jimmy.

- Ona nie pójdzie - zapewnił go Michał, a ja przewróciłam oczami.

No fajnie, teraz dwóch apodyktycznych facetów będzie się zajmowało moim zdrowiem i ubezwłasnowolniało mnie.

- Idź już - Dorota wypchnęła Jimmy’ego, który oglądał się jakby chciał jeszcze raz podejść bliżej.

- Zaczekam na ciebie na końcu przejścia - rzucił do mnie Jimmy, a ja uśmiechnęłam się do niego szczęśliwie.

Wreszcie Dorota zamknęła za nim drzwi i rzuciła się do poprawiania na mnie sukienki, szala, włosów, a potem dała mi do ręki przepiękny bukiet czerwonych róż w stylu biedermeier, na widok którego aż westchnęłam z zachwytu, ustawiła się przy drzwiach, obejrzała na nas, uśmiechnęła i wyszła.

Potem przez otwarte drzwi usłyszałam dźwięki marsza weselnego i poczułam, że Michał popycha wózek.

Wjechaliśmy do kaplicy.

To co tam zobaczyłam, spowodowało, że prawie znowu się rozpłakałam.

Podniosłam rękę do ust i zawołałam ciche - Och!

Bo byli tam wszyscy.

Alek z Samem, kumple Jimmy’ego z pracy (stali przy nim jako drużbowie), nasi wszyscy sąsiedzi (Alice stała obok Eddiego i trzymali się za ręce!), w tym szczerzący zęby w szerokim uśmiechu Bert, który poprzedniego dnia wieczorem wrócił z obozu (później się dowiedziałam, że próbował się od rana dostać do nas do mieszkania i dopiero Jimmy mu powiedział, że jestem w szpitalu), Dominik i chłopaki z ekipy remontowej, Joni i jego rodzice, pielęgniarki i mój lekarz.

Była nawet Janet, która, jak się później dowiedziałam, specjalnie przyleciała razem z Chrisem (poprosiłam ją natychmiast, by została moją druhną z Dorotą), chociaż zapewne musiała wydać fortunę na lot w ostatniej chwili.

Brakowało tylko Marthy (której wciąż nie poznałam), ale Jimmy przywiózł Matta.

O Boże kochany!

Patrzyłam na mijane rzędy, kiwałam im ręką, a potem spojrzałam do przodu, na mojego ukochanego.

To on to załatwił i to w tak krótkim czasie.

O Boże, kochałam go!

*****

Dwie godziny później

Byłam zmęczona.

Kompletnie półprzytomna ze zmęczenia i Jimmy to zauważył, więc zaczął wyganiać wszystkich z mojego pokoju.

Nasz ślub był najpiękniejszy, jaki sobie mogłam wymarzyć.

 Siedziałam na wózku i Jimmy nie pozwolił mi wstać, więc urzędnik zgodził się usiąść, a Jimmy klęczał na jednym kolanie obok mnie.

Jimmy przysięgał mi trwałość, miłość, opiekę, troskę o drobne i większe radości każdego dnia, a kiedy urzędnik zapytał mnie, czy mam własną przysięgę powiedziałam tak i skierowałam do Jimmy’ego słowa:

- Przyrzekam codziennie kochać cię i pielęgnować. Dbać o twoje zdrowie i o twój uśmiech. Trwać przy tobie, kiedy będziesz się budził i kiedy będziesz zasypiał, do końca moich dni, nosząc twoje nazwisko. Zawsze całować cię na dzień dobry i na do widzenia. Obiecuję godzić się z tobą po każdej kłótni i sprawiać, że zawsze będziesz chciał do mnie wracać.

I po tym zobaczyłam, jak się uśmiechnął, a jego oczy zaczęły błyszczeć.

Kiedy urzędnik poprosił o obrączki, zobaczyłam dwie: piękne w swojej prostocie, bez zdobień, obrączki ze złota z paskiem z białego złota, pasujące do pierścionka, który miałam na palcu.

A kiedy usłyszeliśmy: ogłaszam was mężem i żoną, Jimmy nachylił się do mnie i całował mnie długo, delikatnie, słodko i bardzo, bardzo gorąco.

Potem podpisaliśmy akt naszego ślubu, a potem podpisali go nasi świadkowie, czyli Dorota i Oli.

Dostaliśmy certyfikat w teczce do ręki, urzędnik nam pogratulował, złożył życzenia i odszedł.

A potem zaczęło się szaleństwo.

Każdy z zebranych składał nam życzenia, wielu, nie zważając na warunki szpitalne, krzyczało, klaskało i śmiało się.

Potem przeszliśmy tłumnie do mojego pokoju, a tam okazało się, że prawie każdy przyniósł coś do jedzenia.

Więc były kanapki z indykiem, babeczki z masłem orzechowym, słynne BLT, pizza, muffiny czekoladowe i kanapki submarines.

I wiele, wiele więcej.

A nawet mini tort!

Któryś z facetów przemycił piwo, ale były też sok i cola.

Wszyscy przynieśli też kwiaty.

Dostałam morze kwiatów!

Rozmawiałam ze wszystkimi po trochu, a najwięcej z Janet, która otwarcie cieszyła się z takiego zakończenia.

Byłam taka szczęśliwa, że mogła przylecieć.

Śmiałam się z radości, że mam wszystkich wokół siebie, ale byłam coraz bardziej zmęczona.

Mój mąż, Jimmy, posadził mnie już na łóżku i co chwilę ktoś jeszcze raz podchodził, by porozmawiać, przynosili mi do jedzenia coś, czego już nie mogłam w siebie wmusić i oglądałam się na swojego męża.

Mój mąż.

Dał mi najlepszy, najpiękniejszy prezent, jaki mogłam sobie wymarzyć, moich przyjaciół blisko w tak ważnej dla nas chwili.

Mój wspaniały mąż.

Kiedy w końcu zostaliśmy sami, Jimmy pomógł mi się przebrać w koszulę szpitalną, a ja ledwo mogłam utrzymać prosto głowę.

Opierałam ją na poduszce i spoglądałam na niego.

- Jimmy - wybełkotałam cicho - Zapomniałam ci coś powiedzieć.

- Co takiego, kochanie - Jimmy przykrywał mnie właśnie kołdrą, ale nadal pytanie brzmiało na czujne.

- Jak poszedłeś… Przed tym, jak wyszliśmy na dół, do kaplicy - przyznałam - …był tu lekarz.

- Tak? - Jimmy wyglądał na zaalarmowanego.

Starałam się wyciągnąć do niego rękę, ale mi opadła.

- Powiedział, że to sarcoidosa - mówiłam coraz ciszej, z przerwami.

- To… choroba autoimmunologiczna, która minie... Może sama przejść… za dwa miesiące lub trochę dłużej… - mamrotałam.

Czułam, że opadała mi głowa i zamykały się oczy.

Ale zmusiłam się, żeby dokończyć.

Resztką sił zanotowałam, że jego piękne, niebieskie oczy były tak blisko, blisko mnie.

- Myślę… że to… dobrze… - nie dokończyłam.

Zasnęłam.

*****

Jimmy

Patrzył przez chwilę kompletnie znieruchomiały na swoją śpiącą, piękną żonę i wzruszenie dławiło go w gardle, a pierś ścisnęła się, ale w dobry sposób.

Właśnie dała mu najlepszy, najpiękniejszy prezent, jaki mógłby sobie wymarzyć.

I zasnęła.

Usiadł na krześle obok jej łóżka, oparł się czołem o jej dłoń z jego pierścionkiem i obrączką, którą tulił oburącz i czuł, że wciąż i wciąż jego gardło jest zatkane, a pierś zaciśnięta.

Miał ochotę krzyczeć z radości.

Miał ochotę płakać ze wzruszenia.

Jego żona.

Kochał ją.

Może miała rację mówiąc, że karał się zbyt długo.

Może naprawdę zostało mu wybaczone, skoro była jego, miał ją i mógł mieć ją jeszcze przez lata.

Jego cudowna, piękna żona.

Jego Anioł.

Jego odkupienie.


4 komentarze:

  1. Cudowna książka, masz bardzo lekkie pióro, czyta się z przyjemnością, mam nadzieję że kiedyś zostanie wydana i będę mogła ją sobie postawić na półce

    OdpowiedzUsuń