sobota, 15 stycznia 2022

13 - Rodzina

 

Rozdział 13

Rodzina

 

Jimmy

 

 

 

Właśnie wrócili z akcji, a Jimmy wiedział, że powinien iść, bo umówił się z Evą, ale musiał dokończyć pracę.

Więc spieszył się.

Jimmy stał razem z innymi facetami obok samochodu i układał sprzęt w skrzynce, kiedy usłyszał krzyk, dochodzący z góry remizy.

To był głos Evy, poznał go, chociaż był zniekształcony w bardzo niedobry sposób, więc wręcz trudny do rozpoznania, a potem nagle Alex i Billy zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego.

Działo się coś złego.

Kurwa.

Tknięty strachem, rzucił wszystko, odwrócił się na pięcie i pędem wbiegł po schodach, słysząc za sobą kroki Davida.

Alex klęczał tam bezradnie nad Evą, która leżała na podłodze zwinięta w kulkę, obejmując ramionami głowę, z kolanami przyciśniętymi do piersi.

Nie dotykał jej, tylko jakoś dziwnie machał nad nią rękoma.

- Jezu, Jimmy… Jezu, ja tylko żartowałem - bełkotał Alex przerażony, oglądając się na Jimmy’ego.

Jimmy padł na kolana obok Evy.

Jezu Chryste.

Rozwijał ją ostrożnie.

- Gadaj, głupi skurwielu, coś jej powiedział. Zabiję cię sukinsynu - odwrócił głowę i ryknął na pieprzonego Alexa, a potem pochylił się z powrotem nad Evą, oglądając ją, egzaminując, gładząc po głowie.

Nachylił się głębiej i wziął Evę w ramiona, by wciągnąć ją na swoje kolana.

- Eva, mała, proszę… - mamrotał delikatnie, głaszcząc jej włosy.

Wiedział, że normalnie dostałby za to od nich gówno, ale miał to w dupie.

Cholerny Alex powinien wiedzieć, że ona reaguje nadmiernie, bardzo emocjonalnie.

Opowiadał sukinsynom, jak to było z Bertem, że zdarza się jej stracić oddech, że łapie się za gardło.

Często rozmawiali, dzielili się problemami, radzili się siebie nawzajem.

Znali go, jego popieprzoną historię, jego żałosne życie.

Wiedzieli, jak to jest z nią.

- Ja tylko… zażartowałem, że był wypadek, nawet nie skończyłem, jak upadła - tłumaczył się Alex.

Jimmy nie wiedział komu, bo nie patrzył.

Podejrzewał, że był tam Oli, może i reszta chłopaków.

To nie było ważne.

- Eva, Słonko, kotku, spójrz na mnie, nic mi nie jest - Jimmy podniósł się, wciąż trzymając ją na rękach, zaniósł ją na kanapę, usiadł z nią na swoich kolanach, otaczając ją ramionami i trzymając blisko.

I wiedział.

Po prostu wiedział.

Jezu Chryste.

To był jego skarb, jego Anioł, jego szczęście.

Jezu pierdolony Chryste!

Nie mógł jej stracić.

Kochał ją.

Nigdy nie kochał tak naprawdę żadnej kobiety.

Kiedy zwinęła się na jego kolanach wtapiając się w niego, wtulił jej czoło w swoją szyję i słuchał jej urywanego oddechu.

Gładził ją po plecach i po włosach, czując, jak powoli uspakaja się dygotanie jej całego ciała.

Jedną rękę trzymała wciąż przyciśniętą do piersi, a drugą owinęła wokół jego szyi, złapała go za kark, wyszeptała „Jimmy” i zaczęła płakać, wciąż wciskając czoło w jego szczękę.

Zapewniał ją, że nic mu nie jest, bezradnie powtarzał, że będzie dobrze.

Tulił ją tak, jakby chciał zabrać ją w najbezpieczniejsze miejsce na świecie.

Gdzie byliby tylko oni dwoje.

- Jestem tu, kochanie - mamrotał jej do ucha, czując dławienie w gardle - Jestem. Wszystko jest dobrze.

Kiwał się z nią na kolanach bardzo długo, aż poczuł, że się uspokaja.

Jego Eva.

David podszedł do nich, przykucnął i sprawdził jej puls na szyi, obejrzał ją.

Potem popatrzył na Jimmy’ego.

Pokiwał do niego uspokajająco głową, ale się nie uśmiechnął.

Jimmy go zrozumiał, David się nie uśmiechał, ale potrafił powiedzieć oczami, że będzie dobrze.

Wspierał go.

Tak jak wtedy, kiedy tamten popierdolony dupek zaczął się do niej przystawiać w chamski sposób.

Teraz, jak kumpel mówił mu, że będzie dobrze, to będzie.

- Zabierz ją do domu… - Jimmy usłyszał kapitana - …pogadajcie.

Jimmy skinął głową.

Musieli stamtąd wypierdalać.

Natychmiast.

Podniósł się, nie wypuszczając jej z ramion.

- Ja mogę sama - usłyszał cichy głos Evy.

- Cicho, mała - zamruczał jej do ucha, idąc po schodach.

- Hmmm… Cześć chłopaki - usłyszał, jak zawołała wciąż słabym głosem przez jego ramię.

- Tak, cześć chłopaki - mruknął Jimmy, nie oglądając się.

Usłyszał kilka odpowiedzi, ale nie zatrzymał się.

Na dole był Sam, który tylko spojrzał na nich i wiedział o co chodzi, wziął kluczyki od Jimmy’ego i ruszył.

Przeszli przez pomieszczenie, parking i doszli do SUV’a, z kumplem idącym przed nimi.

Sam odblokował samochód, otworzył drzwi pasażera, Jimmy posadził ją i zapiął jej pasy.

- Zaraz wrócę - mruknął do niej i musnął jej usta swoimi w delikatnym pocałunku.

Zostawił ją z Samem i pobiegł.

Wrócił na górę.

Złapał torby, które podał mu Billy, uścisnął jego dłoń, mamrocząc „dzięki” i zawrócił.

Oli zawołał wtedy do niego:

- Musisz jej to dać.

Wiedział to.

Kiwnął brodą i wystartował.

Zbiegł na dół, wrzucił pieprzone torby na tylne siedzenie i zatrzasnął drzwi.

Wsiadł za kierownicę, przesunął siedzenie, ustawił lusterka, uruchomił Highlandera.

- Jimmy - szepnęła Eva i spojrzała na niego, a potem, kiedy uścisnął jej palce, leżące na podłokietniku, martwo popatrzyła przed siebie.

Jimmy zabrał rękę, objął nią jej fotel, by spojrzeć do tyłu i wycofał z parkingu.

Jechali w milczeniu, a ona nie spojrzała na niego aż do domu.

Cały czas myślał o swoich uczuciach.

O tym jak się czuł wtedy, kiedy patrzyła na niego jak na pieprzonego bohatera, na cholerny ósmy cud świata, kiedy wyciągnął tamtego faceta z rozbitego samochodu.

O tym, jak popieprzony czuł się przed chwilą, kiedy słyszał, jak krzyczała swój ból, zobaczył ją cholernie bez czucia na podłodze.

Swoją jasną świadomość, że ją kocha.

Jak miał to wszystko rozwiązać?

Jeśli powie jej prawdę o sobie, ona zniknie z jego życia.

Nie będzie chciała go znać.

*****

Eva

Dwanaście godzin później

Rankiem następnego dnia obudziłam się jak zwykle przed szóstą.

Nawyk.

Poprzedniego wieczoru, kiedy wróciliśmy do domu Jimmy obchodził się ze mną jak z jajkiem.

Przyznaję, że korzystałam z tego.

Musiałam przemyśleć swoją reakcję, poukładać sobie wszystko w głowie, zaplanować dalsze działania.

Nie protestowałam, kiedy zamawiał chińszczyznę (nie lubię, ale i tak nie była głodna).

Poszedł pod prysznic i przebrał się, zanim ją przywieźli, a ja wtedy poszłam do małej sypialni i grzebałam w schowanych tam drobiazgach.

Siedziałam tam dłużej niż musiałam, dłużej niż powinnam.

Szukałam jednej ramki.

Znalazłam.

Moja rodzina.

Ta sprzed dwóch lat.

Byliśmy na tym zdjęciu z mężem ramię w ramię przy stoliku w restauracji.

Nie obejmowaliśmy się, po prostu siedzieliśmy obok siebie, chociaż lekko pochyleni w swoją stronę.

Ja byłam w granatowej, jedwabnej sukience z falbanką przy okrągłym dekolcie, z perłami na szyi.

Marek miał na sobie ciemny, drogi garnitur, błękitną koszulę, którą mu kupiłam na imieniny i granatowy krawat w prążki.

Po obu stronach przysunęły się do nas nasze dzieci.

Michał i Marysia.

Moja pierworodna.

Właśnie skończyła studia pierwszego stopnia, zdobyła tytuł licencjata i byliśmy w na wystawnym objedzie, by to uczcić.

Zdjęcie zrobił nam przypadkowy klient, którego o to poprosiliśmy, bo siedział przy sąsiednim stoliku.

Byliśmy szczęśliwi, uśmiechaliśmy się.

Odłożyłam ramkę zdjęciem do dołu i wróciłam na kanapę.

A potem cały czas siedziałam tam cicho, oparta o poduszki, z otwartymi oczami, zapatrzona przed siebie, ale nic nie widziałam.

Nawet nie wyjęłam żadnej książki.

Czułam się taka zmęczona.

Kiedy przyszła dostawa, usiedliśmy do tej byle jakiej kolacji, którą bardziej dłubałam niż jadłam.

Czułam badawczy wzrok Jimmy’ego na sobie, ale go ignorowałam.

Automatycznie posprzątałam po kolacji, schowałam resztki do lodówki, zaniosłam ubrania Jimmy’ego z pracy do prania.

Nie zarejestrowałam tego.

Wyłączyłam się.

Działałam jak robot.

Dopiero po tym, jak wróciłam z nim na kanapę, usiadłam tyłkiem na niej, kolanami do oparcia, wtuliłam się twarzą w ciepłe, silne ciało Jimmy’ego i się rozkleiłam.

Po postu tak trwałam, popłakując cicho.

A on mi na to pozwolił.

Tylko mnie przytulał, mocno obejmując ramionami.

Potem położyliśmy się do łóżka i długo pieściliśmy.

Gładziłam Jimmy’ego po policzkach, szyi i klatce piersiowej, całkiem zamyślona, a on mi na to pozwalał.

Nie pospieszał mnie.

Zaczęłam go całować po klatce piersiowej i o szyi.

Za uszami i po skroniach.

Wodziłam palcem po jego ustach, a potem przyłożyłam tam swoje wargi.

Rozchyliłam moje i on swoje.

Wysunęłam język i skosztowałam jego ust.

Całowaliśmy się powoli i głęboko.

Rozebrałam się sama, żeby dać mu znać, że chcę tego.

Jimmy położył mnie na plecach, głaskał delikatnie i pieszczotliwie, patrzył w moje oczy, a potem wspiął się na mnie.

Patrzyłam mu przy tym w oczy, zagryzałam dolną wargę i miałam nadzieję, że mnie zrozumie.

Całował mnie i ja całowałam, wodząc ustami jego po ramionach, klatce piersiowej, brzuchu.

Zrozumiał.

Delikatnie i powoli wsunął się we mnie.

Potem tak samo się kochaliśmy.

Wolno, czule i głęboko.

Długo.

Jimmy głaskał mnie całą i dawał mi to, czego potrzebowałam.

Delikatność i czułość.

Zapewnienie swojej obecności.

Czułam go na całej długości i dawało mi to zapewnienie jego długowieczności, tego, że jest ze mną i będzie.

Pewność, bezpieczeństwo, trwałość.

Kołysaliśmy się powoli i dłużej.

Potem oparłam się stopą o prześcieradło, pchnęłam i obróciłam go tak, że położyłam się na nim.

Pozwolił mi na to.

Patrzyłam na jego przystojną twarz, kochane, piękne oczy i kołysałam się, głaszcząc siebie i jego.

Potem Jimmy obrócił nas i znowu byłam pod nim.

Owinęłam nogami jego biodra i intensywność naszych odczuć i naszych ruchów się zwiększyła.

A potem zaczął pompować mocno i gwałtownie.

Całowaliśmy się namiętnie, wbiłam paznokcie w jego pośladki, a on zaborczo zwinął w pięści moje włosy po bokach głowy.

Doszliśmy prawie jednocześnie.

Słodko i długo, ale nie mniej niż zwykle mocno i głęboko.

Kiedy przed moim szczytem jęknęłam jego imię, trochę nieprzytomnie zauważyłam błysk w jego oczach i zrozumiałam, że to dla niego znaczyło tyle samo, ile dla mnie.

I kochałam to, że wyjęczał w moją szyję moje imię, kiedy szczytował.

Zasnęliśmy potem przytuleni do siebie i przespałam tak całą noc.

Teraz się obudziłam, niby byłam wyspana, ale czułam, że głowa mi puchnie, pulsuje i płonie.

I jakby ktoś naciskał mi na oczy.

Leżeliśmy w moim łóżku, a ja myślałam tylko o tym, że muszę mu dać siebie całą, muszę mu powiedzieć.

Wszystko.

Tylko jak?

Już wcześniej wiedziałam, że go kochałam.

To, co poczułam poprzedniego dnia, kiedy myślałam, że mogłabym go stracić, uświadomiło mi głębię moich uczuć.

Więc nie wystarczyło zwykłe kocham cię, by wyrazić całe moje uczucie, jego siłę.

Musiałam opowiedzieć mu moją historię.

Całą historię.

Leżałam wtulona w jego objęcia, w kokonie kołdry i jego ciepła i myślałam o tym, od czego powinnam zacząć.

Podniosłam głowę, spojrzałam na niego i zapytałam - Głodny?

Spojrzał na mnie łagodnie, z lekkim uśmiechem i odpowiedział - Nie. Poleż jeszcze ze mną.

- Dobrze - szepnęłam i leżeliśmy tak długą chwilę.

Wdychałam jego zapach, czułam jego ciepło, twardość jego mięśni i gładkość skóry.

Byłam tak zmęczona, że właściwie mogłam z powrotem iść spać.

Ale musiałam pomyśleć o moim mężczyźnie, więc po pewnym czasie wstaliśmy, umyłam się, uczesałam, ubrałam i poszłam zrobić dla siebie herbatę, a dla Jimmy’ego kawę z mlekiem.

Jimmy się w tym czasie golił, ubierał i sprzątał wczorajsze ubrania.

Jak co dzień.

Zrobiłam dla nas śniadanie na ciepło, podałam, usiedliśmy przy blacie i Jimmy jadł, a ja skubałam grzankę, zagubiona w swoich myślach.

- Eva, mów do mnie - odezwał się Jimmy, kiedy już zjedliśmy, a ja nadal cicho krzątałam się po kuchni, a potem opierałam się o blat biodrami, patrząc w zamyśleniu przed siebie.

Wiedziałam, że się martwił, więc nie mogłam dalej tego odwlekać.

Westchnęłam, spojrzałam na niego, odstawiłam kubek z resztką, zimnej już, herbaty i odepchnęłam się od blatu.

Poszłam do małej sypialni, zabrałam stamtąd ramkę, zatrzymałam się na chwilę, a potem ponownie westchnęłam i zebrałam całą swoją odwagę, by zrobić to, co musiałam.

Wróciłam do jadalni, podeszłam do stołu, przy którym nadal siedział i podałam ją Jimmy’emu.

Wyprostował się, złapał ją, spojrzał i zobaczyłam, jak wciąga powietrze przez nos, a potem zaciska zęby na widok zdjęcia.

- To moja rodzina - powiedziałam cicho - Mój mąż, moja córka, Mary…

- …a Michała i mnie poznajesz? - zapytałam, ale nie miałam takiej pewności.

Zmieniłam się.

Bardzo.

Patrzył na zdjęcie przez chwilę, a potem spojrzał mi w oczy.

Zobaczyłam ból przenikający jego rysy, chociaż nie wiedział jeszcze najgorszego.

Stałam naprzeciwko niego i popatrzyłam na zdjęcie.

- To było prawie trzy lata temu. Maria właśnie skończyła studia, zdobyła tytuł licencjata, więc poszliśmy do restauracji, żeby to uczcić - powiedziałam cicho, wciąż stojąc i przerwałam.

- Poznałam Marka, jak byłam na pierwszym roku studiów, zakochaliśmy się w sobie, bardzo szybko najpierw zamieszkaliśmy razem, a potem pobraliśmy się i byliśmy ze sobą przez dwadzieścia pięć lat - opowiadałam mu swoje dawne życie, ale nie miałam odwagi, by patrzeć mu w oczu, więc patrzyłam na zdjęcie.

- Przed nim miałam tylko jednego chłopaka, więc można powiedzieć, że była to miłość mojego życia. Przez ostatnie dziesięć lat mieszkał daleko od domu, bo tam pracował, ale przyjeżdżał co weekend albo ja jechałam do niego na noc i wracałam następnego dnia do domu - wyjaśniłam i znowu przerwałam na chwilę.

- Mary urodziła się po niecałych dwóch latach naszego małżeństwa. Może wydawać się, że to nie było późno, bo skończyłam zaledwie dwadzieścia jeden lat, ale naprawdę chciałam jej. Była moim ukochanym, wyczekiwanym dzieckiem. Tak bardzo cieszyłam się, kiedy w końcu zaszłam w ciążę. Michał urodził się niecały rok po niej. Był jak błogosławieństwo - kontynuowałam.

Nagle poczułam, że nogi mnie dłużej nie utrzymają.

Usiadłam na krześle, położyłam przedramiona na stole, zgarbiłam się i wbiłam wzrok w swoje dłonie.

Milczałam przez kilka sekund.

 - Ponad półtora roku temu mój mąż i córka zginęli razem w wypadku samochodowym… - wyszeptałam - Mary była w siódmym miesiącu ciąży. Wracali z wizyty kontrolnej od lekarza. Marek prowadził. Mieli przy sobie zdjęcia USG, wyniki badań. Zadzwonili do mnie, kiedy wychodzili z kliniki. Powiedzieli mi, że wracają, że wszystko jest dobrze, cieszyli się, więc czekałam na nich w domu. Byłam taka szczęśliwa, że zostanę babcią - znowu przerwałam.

Jimmy tkwił w miejscu w całkowitym bezruchu. W ciszy.

Miałam wrażenie, że nawet powietrze zamarło.

Było kompletnie cicho.

- Dwie godziny później, ponad godzinę po tym, jak mieli być w domu, zadzwonił ktoś obcy. Odebrałam. Zapytał mnie o imię i powiedział, że był wypadek, że oni… - mówiłam głośniej, a potem przerwałam, przełknęłam i ciągnęłam dalej.

- W środku miasta… w biały dzień… na spokojnej drodze, wjechała w nich ciężarówka, … - spojrzałam na niego niepewna jak to wyrazić po angielsku - Taka duża, z naczepą... - wciągnęłam urywany wdech i ciągnęłam dalej swoją opowieść.

- Wjechała w ich bok, w drzwi Mary. Nie mieli szansy na przeżycie. Zginęli oboje… we troje… - zacisnęłam oczy - na miejscu. Przejechał na czerwonym świetle nawet nie zwalniając. Zasnął za kierownicą. Oni mieli zielone, było pusto…

Przerwałam.

- Zabił ich, bo się spieszył. Jechał przez całą dobę bez odpoczynku, bo miał dotrzeć do bazy na czas - dodałam cicho, ale bez goryczy, już bez goryczy.

Z wiedzą, którą dostałam później.

Wzięłam kolejny głęboki wdech.

Nie patrzyłam na Jimmy’ego, bo nie mogłabym mówić, straciłabym odwagę.

Mimo, że się zdecydowałam.

- Kiedy Michał wrócił do domu z zajęć, znalazł mnie leżącą bez przytomności na podłodze. Wezwał karetkę. Potem długo byłam w szpitalu. W tym czasie był pogrzeb, który załatwiła rodzina Marka. Bardzo długo nie jadłam, nie mówiłam… któregoś dnia złapałam nożyczki i ścięłam włosy przy samej skórze… Byłam zła na siebie, na cały świat… na nich… - mówiłam coraz ciszej.

- W końcu Michał zdecydował się przyjąć tę pracę w Stanach, coś, czego propozycję dostał wcześniej, ale pierwotnie odmówił - kontynuowałam głuchym głosem - Zrobił to, żeby mnie z wydostać; poprosił mnie, żebym z nim przyjechała. Powiedział mamo, mam tylko ciebie, nie poddawaj się. Zapadło mi to w pamięć.

Czułam suchość w gardle, przeraźliwy ból głowy, strasznie bałam się tego, czy dobrze robię, ale ciągle kontynuowałam:

- Znalazłam w sobie siłę dla niego. Sprzedaliśmy wszystko, zamknęliśmy tamto życie. Przyjechaliśmy tutaj, żeby zacząć od nowa i chciałam mu pokazać, że mogę żyć, a on może mnie mieć bez martwienia się, czy pilnowania mnie.

Przez chwilę milczałam, Jimmy też milczał i zadawałam sobie przerażające pytanie a co jeśli robię źle, mówiąc mu to wszystko?

Nie wiedziałam, czy mogę mówić dalej, ale musiałam mu wytłumaczyć.

Popatrzyłam na niego szukając jakiejś wskazówki, czy rozumie, co chcę mu powiedzieć.

Musiał zrozumieć!

Otworzyłam usta, żeby dokończyć, powiedzieć resztę i w tym momencie zaczął dzwonić jego telefon.

Patrzyłam, jak go podnosi ze stołu, patrzy na wyświetlacz, marszczy brwi, spogląda na mnie i… odbiera.

- Martha - powiedział do niego, patrząc na mnie, a ja zamarłam.

Nie!

Nie!

Nie!

Nie teraz!

Siedziałam przez kilka uderzeń serca, które czułam jako dudnienie w uszach i patrzyłam, jak słucha i wyraz jego twarzy się zmienia.

Potem poczułam, że krew odpływa mi z głowy, nagle nic nie widziałam, zaszumiało mi w uszach, w ustach zebrała mi się ślina, żołądek mi się skręcił i musiałam iść do łazienki.

- Przepraszam - wykrztusiłam.

Zerwałam się z krzesła, pobiegłam i po drodze wyrzuciłam tylko rękę z otwartą dłonią w jego stronę.

- Eva - usłyszałam, jak warczy Jimmy, zobaczyłam, że wyciągnął rękę w moją stronę, by mnie złapać, ale już biegłam w stronę sypialni.

Wpadłam do mojej łazienki i zamknęłam drzwi.

Uklękłam przy sedesie i zaczęłam wymiotować.

Kiedy mi przeszło, podniosłam się, drżąc na całym ciele.

Trochę posprzątałam, umyłam twarz i zęby, uczesałam się i wyszłam.

Jimmy szedł w moją stronę, trzymając w ręce wyłączony już telefon.

- Eva… - rzucił nagląco.

Spojrzałam na jego twarz i nagle, na widok wyrazu jego twarzy, wszystko, co właśnie powiedziałam, co miałam jeszcze powiedzieć, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.

Wiedziałam, że stało się coś bardzo złego.

- Jimmy, co… - zaczęłam.

- Muszę jechać - rzucił nerwowo - Matt zniknął.

- Tak, oczywiście - powiedziałam mu, nagle tym zdenerwowana, przejęta tym biednym, małym dzieckiem, które znowu nie wytrzymało złej atmosfery w domu, więc dodałam - Jedź.

- Eva… - zaczął, ale mu przerwałam.

- Jimmy, jedź po Matta - powiedziałam z naciskiem.

Wciągnęłam więcej powietrza, by opanować drżenie warg.

- Musisz jechać i go znaleźć. - powiedziałam, a kiedy stał niezdecydowany dodałam - Teraz!

- Nie dokończyliśmy… - zaczął znowu.

- Ja… - urwałam - …nie powiedziałam ci tego, żebyś mnie żałował. Chciałam ci tylko wytłumaczyć, dlaczego wczoraj tak zareagowałam.

Jimmy przerwał mi mówiąc cicho - Ja rozumiem…

Nie sądziłam, ale nie mogliśmy teraz tego omawiać.

Więc nie pozwoliłam mu dokończyć.

Wyrzuciłam przed siebie obie ręce, oparłam dłonie na jego brzuchu i podniosłam głowę, by spojrzeć mu w oczy.

- Nie teraz, Jimmy. Jedź, proszę - ponagliłam go - Znajdź Matta.

Podeszłam bliżej  niego, wspięłam się na palce, przyłożyłam mu dłoń do szczęki i pocałowałam go w drugi policzek.

- Obiecuję, że porozmawiamy - zapewniłam go cichym głosem, a potem powtórzyłam - Jedź.

Odsunęłam się o pół kroku.

Stał pół sekundy, przyglądając mi się niezdecydowanie, a potem pocałował mnie delikatnie w usta, odwrócił się i poszedł do sypialni.

W tym czasie sprzątałam trochę kuchnię, ale nie byłam pewna, czy czegoś nie upuszczę, bo strasznie trzęsły mi się ręce.

Kiedy wyszedł, był ubrany w dżinsy i bluzę, sięgał po kurtkę, a potem włożył buty, złapał klucze i odwrócił się do mnie.

- Eva - zawołał, a ja wiedziałam, czego chce, więc poszłam do niego i dałam mu usta do pocałunku.

Dotknął ich delikatnie swoimi ustami, spojrzał mi jeszcze raz w oczy, pogłaskał bok mojej głowy, odwrócił się i podszedł do drzwi.

Poszedł, a ja nie powiedziałam mu, że wymiotowałam, że kręci mi się w głowie, oczy mi pulsują i chyba mam gorączkę.

Był taki dobry, troskliwy.

Zająłby się mną, a tam potrzebowało go to dziecko.

Ja dam sobie radę.

*****

Pięć godzin później

Spałam.

Po wyjściu Jimmy’ego zebrałam się i pojechałam do pobliskiej drogerii.

Musiałam kupić termometr i środki przeciwgorączkowe.

Wróciłam do domu, zmierzyłam sobie temperaturę (z trudnością, bo musiałam przestawić termometr ze stopni Fahrenheita na Celsjusza, żeby wiedzieć, co odczytuję) i się przestraszyłam.

38,8.

Nie  miewałam gorączki.

Wzięłam dwie tabletki ibuprofenu i się położyłam.

Nie miałam siły, by się rozebrać.

Teraz się obudziłam i stwierdziłam, że dygoczę.

Była pora lunchu, a Jimmy nie wrócił.

Wstałam, wzięłam kolejne dwie tabletki, wypiłam szklankę wody, przebrałam się w długie, luźne spodnie dresowe i przy tym zamarłam, kiedy spojrzałam na swoje nogi.

O Boże kochany!

Spuchnięte.

Właściwie nie miałam kostek.

A od stóp do kolan miałam fioletowe, kilkucentymetrowe guzki-siniaki.

Bolały, kiedy ich dotykałam.

Wciągnęłam na to długie skarpetki Jimmy’ego.

Kręciło mi się w głowie, ale jeszcze sięgnęłam po telefon i z nim poszłam do łóżka.

Pięć nieodebranych połączeń.

Dzwonił Jimmy, Michał i znowu Jimmy.

Drżącą ręką wybrałam numer, posłuchałam sygnału i informacji o poczcie głosowej, po czym szepnęłam nieskładnie - Hej… ja… Jimmy… moja reakcja… wtedy… ja… bałam się… bo kocham cię

A potem usłyszałam piknięcie.

Telefon się rozładował.

Nie miałam siły, żeby wstać i znaleźć ładowarkę.

Zwinęłam się pod kołdrą i z bezsilności, z osłabienia zaczęły mi z oczu płynąć łzy.

Byle tylko Jimmy znalazł Matta.

A potem zasnęłam.

*****

Cztery godziny później

Obudziłam się z suchością w ustach i łomotem w głowie.

Coś gniotło mi oczy i byłam półświadoma tego, co mnie otaczało.

Wstałam.

Zabolało, zwłaszcza kostki i kolana.

Zatoczyłam się, ale poszłam do kuchni.

Jimmy wciąż nie wrócił.

Mieszkanie było ciche i ciemne.

Martwiłam się.

Drżącą ręką wyjęłam kubek z szafki, nalałam sobie do niego wody z kranu i wypiłam ją małymi łykami.

Oddychałam z trudem.

Było gorące lato, ale klimatyzacja działała bardzo dobrze.

Miałam na sobie spodnie dresowe, skarpety i koszulkę z długim rękawem.

Nadal było mi zimno.

Usłyszałam przekręcanie klucza w zamku i odwróciłam się w stronę drzwi.

- Eva! - usłyszałam, że Jimmy woła od progu.

- Tutaj - odezwałam się.

Zobaczyłam, że podchodzi szybko w moją stronę.

- Co do cholery, mała? - warknął.

Nie wiedziałam, o co mu chodzi, więc zmarszczyłam brwi.

- Co? - zapytałam.

- Co z twoim telefonem? - rzucił coraz bardziej zły.

- Och, zapomniałam - powiedziałam, ruszając natychmiast powoli w stronę sypialni.

Zrobiłam to ostrożnie, bo nie chciałam, żeby zobaczył, że bolą mnie nogi.

Właściwie bolał mnie każdy krok.

A na dodatek kręciło mi się w głowie.

- Rozładował się, a ja zapomniałam go podłączyć. - tłumaczyłam się cicho, cały czas idąc.

Kiedy przechodziłam obok niego, złapał mnie w talii ręką, przyciągnął do siebie i pocałował mnie w skroń, a ja poczułam jego chłodne wargi jako coś bardzo przyjemnego.

Oparłam się dłonią o jego talię.

- Idź - mruknął i mnie puścił.

Odepchnęłam się i ruszyłam.

- Jest coś do jedzenia? - spytał, kiedy się oddalałam.

- Zaraz… hmmm… mam coś - powiedziałam, ciągle idąc.

Bałam się zatrzymać.

Bałam się, że nie dam rady później ruszyć się ponownie w stronę sypialni.

Poszłam, wzięłam telefon, wróciłam do salonu, wzięłam ładowarkę, którą trzymałam obok telewizora, podłączyłam go, położyłam na komodzie i weszłam do kuchni.

Poczułam na sobie wzrok Jimmy’ego.

- Dobrze się czujesz? - zapytał, patrząc na mnie uważnie.

Poczułam, że twarz mi łagodnieje.

Był taki kochany, dobry i troskliwy.

- Tak - skłamałam.

Podeszłam do lodówki po jajka i mleko.

- No i co z Mattem? - zapytałam trochę po to, by odwrócić jego uwagę i głównie dlatego, że byłam ciekawa.

Kiedy postawiłam wszystko na blacie obok zlewu, przeniosłam na chwilę na niego wzrok, a potem ruszyłam, by wyciągnąć miskę i patelnię.

Jimmy westchnął, oparł się biodrami o blat i spojrzał na swoje buty.

Widziałam, że znowu wzbiera w nim złość i wiedziałam, że to nie na mnie.

- Ta pieprzona suka wczoraj wieczorem nawrzeszczała na niego, bo nie wyjął prania z pralki i zaśmierdło - odpowiedział mi niskim tonem, brzmiąc na sfrustrowanego.

O Boże kochany!

- Nie chciało jej się ruszyć dupy, bo był jakiś gówniany program w telewizji, więc to on miał się zająć praniem całej rodziny, swoim, swojej młodszej siostry i swojej cholernej, leniwej matki.

Wciągnęłam słyszalny wdech, kiedy sięgałam kolejne rzeczy, żeby przygotować mu omlet, frytki i kiełbaski.

Krzątając się, zerkałam na niego i słuchałam uważnie.

- Więc, kiedy dzisiaj rano na dodatek nie było nic do jedzenia w domu - kontynuował Jimmy - wcześnie rano zabrał swój tyłek i poszedł znowu do kolegi. Chciał iść do tego samego, co przedtem, bo wiedział, że zadzwonią po mnie, ale wyjechali na wakacje.

Widziałam, że bardzo przejmował się tym chłopcem, chociaż nadal nie wiedziałam, co ich łączyło.

Chciałam mu dać wsparcie, ale nie wiedziałam, co mogłabym zrobić, więc tylko słuchałam, potakiwałam i szykowałam mu jedzenie.

Nadchodził czas, kiedy musiał jechać do pracy, a przez cały dzień nie było go w domu, był zmęczony i głodny.

- Szukałem go wszędzie, u wszystkich kolegów - złapał się za głowę, przeczesał włosy palcami i spojrzał na mnie.

- Eva, on siedział w parku na ławce. Sam. Ośmiolatek! Był tam przez cały dzień sam, głodny, przestraszony i nie wiedział, jak się ze mną skontaktować - zakończył ze złością w głosie.

Podałam mu talerz, sięgnęłam sztućce, nalałam soku do szklanki i cały czas słuchałam.

- Usiądź, zjedz - powiedziałam cicho.

Zmarszczył się i spojrzał na mnie - A ty?

- Ja już jadłam - skłamałam i przełknęłam ślinę.

Nie mogłam nic przy nim jeść.

Znowu bym zwymiotowała.

- Okej - szepnął i usiadł.

- Nie lubię, jak nie jesz ze mną - mruknął w stronę talerza, biorąc widelec, a ja wciągnęłam powietrze.

Gapiłam się z otwartymi ustami na jego pochyloną, ciemną głowę, kiedy jadł i myślałam.

Przypomniało mi się, że kilka godzin temu nagrałam mu na pocztę głosową kocham cię.

Nie mówił nic na ten temat.

Ale zauważył, że mam problemy z jedzeniem i martwił się.

Zawsze się o kogoś martwił.

Taki był.

Właśnie taki wspaniały był: dobry i troskliwy.

Kochałam go.

Przeszłam dookoła niego i usiadłam naprzeciwko niego przy stole.

- No i co z Mattem? - zapytałam, aby wrócić do przerwanego tematu, który mnie bardzo interesował.

- Znalazłem go przypadkiem. Przejeżdżałem obok jednego parku, tam jest plac zabaw, na który czasem bywaliśmy, więc się zatrzymałem. Wysiadłem i on tam siedział. Zabrałem go do baru, nakarmiłem, pogadaliśmy. Potem zawiozłem go do matki, pogadałem z nią. - powiedział mi, po czym dokończył, brzmiąc na sfrustrowanego - Nic nie ustaliliśmy.

Westchnął.

- Ta sprawa nie jest skończona - dorzucił.

Nie była.

Widziałam to.

Nie wiedziałam, w co gra ta cała Martha, ale nie podobało mi się to, że cierpi niewinne dziecko.

Jej dziecko.

Jimmy zjadł i poszedł do sypialni i łazienki, by naszykować się do pracy.

A ja wstałam, sprzątnęłam kuchnię i czułam, że ogarnia mnie znowu obezwładniające zmęczenie.

Dopóki miałam się czym zająć…

Dopóki myślałam o Matcie i Jimmy’m…

Nie czułam tego.

Ale Jimmy miał wkrótce jechać do pracy.

Był tym wszystkim, tym całym dniem poszukiwań chłopca po mieście, zmęczony, sfrustrowany i nie potrzebował dodatkowego kłopotu.

Mnie.

Musiałam się jeszcze trochę skupić, wytrzymać, by nie martwił się o mnie.

Nie dać mu nic poznać po sobie.

Potem, jak pojedzie, po prostu wyśpię się i wszystko będzie dobrze.

Będzie dobrze…

*****

Jimmy

Pięć godzin później

To była spokojna noc.

Jimmy siedział z chłopakami w pokoju wspólnym przy stole i uzupełniał dokumenty z wyjazdów.

Myślami jednak był przy Evie.

Odebrał jej wiadomość dopiero pół godziny temu.

Miała rodzinę.

Szczęśliwą, pełną rodzinę z szansą na przyszłość.

Kochała go.

Jej obraz z tego zdjęcia wyrył mu się w pamięci.

Pogodne oczy, szczery uśmiech, twarz wygładzona szczęściem.

Długie, proste, kasztanowe włosy opadające po obu stronach jej zawsze pięknej twarzy.

A teraz kochała jego.

To wyznanie musiało wymagać od niej cholernie wielkiej odwagi i niebywałej siły.

Kurwa.

Nie mógł być popieprzonym tchórzem i chować się za jej niewiedzą.

Był jej to winien.

Nawet jeśli go potem znienawidzi i wyrzuci.

Zadzwonił jego telefon, wyjął go z tylnej kieszeni spodni, spojrzał na wyświetlacz, potem zmarszczył brwi i przeniósł wzrok na kapitana.

Oli patrzył na niego z rękoma opartymi o blat stołu.

Wiedzieli, co zaszło z Mattem i Marthą, ale Jimmy nie opowiedział im wszystkim historii Evy.

To była jej historia.

Tylko kapitanowi wspomniał o tamtym dawnym wypadku, że straciła tak męża i córkę, żeby wiedział co właściwie zaszło z nią wcześniej i czego się bała.

Więc każdy spodziewał się problemów z Marthą.

Ale Jimmy nie patrzył na nikogo.

Odbierając, wstał od stołu i odwrócił się tyłem do chłopaków.

- Mick - przywitał się.

- Obiecałeś, że się nią zajmiesz - krzyknął mu do ucha Mick.

A wściekły głos syna Evy wskazywał, jak bardzo jest zaniepokojony, zły, a może nawet przestraszony.

Jimmy wyprostował plecy i przeczesał włosy dłonią.

Tak, obiecał, kiedy rozmawiali na tamtym grillu.

Mick powiedział mu wtedy Ona udaje silną, możesz myśleć, że radzi sobie ze wszystkim, ale jest krucha. Zaopiekuj się nią.

A teraz wiedział, jak bardzo jest krucha i dlaczego.

- Co… - zaczął Jimmy podnosząc głowę, marszcząc brwi i odwracając się do stołu.

- Mama nie odbiera telefonu już od południa, dzwoniłem kilka razy i nic - ciągnął Mick - Widziałeś ją? Gdzie jesteś?

- Miała rozładowany telefon, wyłączył się - przypomniał sobie Jimmy i złapał wzrok kapitana.

- A teraz? - warknął mu do ucha Mick.

- Mick, chłopie, jestem w pracy… - zaczął Jimmy.

Oli kiwnął brodą w stronę drzwi.

Jimmy przytaknął, odwracając się ponownie i idąc w stronę swojej szafki, by zabrać swoje rzeczy i pojechać do Evy.

- Kurwa - rzucił chłopak.

- Zajmę się tym - warknął Jimmy.

Trzymał w ręku spakowaną torbę i odwrócił się, zatrzaskując szafkę łokciem.

Zobaczył, że Oli wziął do ręki swój telefon.

Był pewien, że dzwoni do innych facetów: Franka, może Toma, by go zastąpili na szybko.

Kapitan był doświadczony, więc wiedział, co to wszystko znaczy.

Jimmy mógł liczyć na swoich kumpli.

- Jadę tam, jak tylko… - zaczął Mick, ale Jimmy mu przerwał.

- Zajmę się tym - powtórzył z naciskiem i dodał - …zadzwonię - po czym się rozłączył.

Spojrzał na kapitana - Muszę...

- Tak, jedź - rzucił Oli, a chłopaki już stali obok.

- Jedź - dodał David - Zajmiemy się.

- Tak - rzucił Alex, a Sam pokiwał głową.

Tak.

Wypierdolił stamtąd i jechał do domu, znacznie przekraczając pieprzoną dozwoloną prędkość.

Do Evy.

*****

Piętnaście minut później

Kiedy wysiadł z samochodu, spojrzał w górę.

W jej oknie było ciemno.

Kurwa.

Wszedł do jej mieszkania z zaciśniętym gardłem.

Dopiero raz się zdarzyło że wracał z pracy, a jej nie widział w tym pieprzonym oknie.

I to nie było dobre wspomnienie.

Jezu Chryste.

Teraz nie wracał z pracy, ale zadzwonił jadąc do niej, a ona nie odbierała.

Nie odbierała przez cały dzień, a on nie zwrócił na to uwagi, bo był zbyt zajęty tamtymi.

Jimmy, kocham cię - dźwięczał mu w uszach jej głos.

Był taki zajęty swoim gównem, Mattem i Marthą, że nie zwrócił uwagi na to, co się z nią działo.

Podzieliła się z nim ważnym dla niej gównem, swoją rodziną, a on ledwo ją wysłuchał i pojechał zająć się kimś popierdolonym, kto nawet nie był całkiem jego pieprzoną rodziną.

Rodzina dba o siebie.

Kurwa!

Był takim cholernym palantem.

Kretynem, który zasługiwał na potężnego kopniaka w dupę.

Wszedł, po otwarciu drzwi swoim kluczem.

Mieszkanie było ciemne, ciche, opuszczone.

Gówno.

Nie podobało mu się to ani trochę.

Stanął niezdecydowanie w salonie, ale potem poszedł do kuchni.

Nic.

Ciemno.

Pusto.

Sprzątnięte.

Poszedł do sypialni.

Kiedy zapalił światło, zobaczył czubek jej ognistych włosów, wystający spod kołdry.

I jedną rękę.

To, co zobaczył, zaparło mu dech w piersi.

Kurwa!

Całe jej pieprzone przedramię było pokryte czerwono fioletowymi plamami.

Usiadł na brzegu łóżka, wyciągnął do niej rękę, zsunął kołdrę, dotknął jej twarzy i poczuł, jaka jest gorąca.

Na parapecie, obok odsuniętego przykrycia jej posłania, leżał termometr elektroniczny, do badania na odległość.

Uruchomił go i sprawdził jej temperaturę na czole.

39.1?

Zmarszczył brwi.

Nic mu to nie mówiło, ale termometr zapikał alarmująco.

Wtedy zobaczył, że przestawiła na stopnie Celsjusza.

Chwilę pomajstrował, udało mu się przestawić na Fahrenheita i zmierzył jej temperaturę jeszcze raz.

Jezu pieprzony Chryste!

Ponad 102!

Zerwał się, złapał ją i próbował obudzić.

- Jimmy - wymamrotała.

- Eva… - zaczął nagląco, ale leciała mu przez ręce.

Kurwa!

Nie utrzymywała nawet podniesionej głowy.

Pobiegł do kuchni po ręcznik.

Zmoczył go i wrócił do niej, by położyć go na jej czole.

- Nie - odgoniła go niezdarnie ręką - Zimne.

Jezu!

- Masz gorączkę, kochanie - powiedział jej - Musimy jechać do szpitala.

- Nie - mamrotała - Daj ibuprofen i prześpię się. Będzie dobrze.

- Eva, Aniele - Jimmy mówił z rozpaczą - popatrz na swoje ręce.

Zagryzła dolną wargę i na chwilę skupiła na nim spojrzenie.

Nie umiała kłamać.

Domyślił się, że czegoś nie zauważył, a ona mu nie mówiła.

Zdjął z niej kołdrę i odkrył jej nogi.

Kurwa, kurwa, kurwa!

- Nie - zaprotestowała słabo.

Ale on już zobaczył to, co chciała przed nim ukryć.

Kurwa!

Jej piękne nogi były w kostkach zniekształcone opuchlizną i również pokryte plamami.

Dbała o niego, szykowała mu kolację, chodziła po mieszkaniu i nie zająknęła się na ten temat.

Jezu Chryste!

Dotarło do niego, że ona była jego rodziną.

A on się nią nie zajmował tak, jak na to zasługiwała.

Musiało ją to cholernie boleć, a tylko pytała go o Matta i martwiła się jego problemami.

Jezu pierdolony Chryste!

Owinął ją, protestującą cicho, kocem i wciągnął na swoje kolana.

- Będzie dobrze… - zapewniała go nieprzytomnie, mamrocząc cicho i nieskładnie - Wszystko będzie dobrze.

Potem wstał z nią w ramionach i poszedł do drzwi.

Czuł ją jak bezwładny, martwy ciężar.

Zasnęła albo straciła przytomność.

Musiał się pospieszyć.

Po drodze złapał kluczyki do samochodu.

Wyszedł szybkim krokiem z mieszkania i będąc w progu drzwi, na galerii, kurewsko wielkie dzięki Bogu, zobaczył Soniję, sąsiadkę z naprzeciwka.

- Sonija - zawołał.

- Jimmy… - zawołała w odpowiedzi, uśmiechając się o niego porozumiewawczo, ale spojrzawszy na bezwładną Evę, spoważniała i zmieniła swoje nastawienie.

- O, rany, co się stało? - zapytała.

- Ma gorączkę, jest nieprzytomna - rzucił Jimmy - muszę… do szpitala…

Podbiegła do niego szybko dookoła galerii i natychmiast zaofiarowała się - Daj to, pomogę - i złapała od niego klucze do mieszkania.

Zamknęła, zeszła z nim na dół i otworzyła mu drzwi SUV’a.

Posadził nieprzytomną, lejącą się przez ręce, Evę na siedzeniu pasażera, w którym odchylił oparcie, przypiął ją pasami i skierował się do drzwi kierowcy.

- Dzięki - rzucił.

Wziął od niej klucze, schował do kieszeni i poszedł na drugą stronę samochodu.

- Mogę coś jeszcze zrobić? - zawołała za nim.

- Na razie nie, ale dam znać jakby… - nie dokończył, bo wsiadł i natychmiast uruchomił silnik.

Sonija odsunęła się, wymanewrował i wystartował.


 


3 komentarze: