Rozdział
13
Jimmy
Właśnie
wrócili z akcji, a Jimmy wiedział, że powinien iść, bo umówił się z Evą, ale
musiał dokończyć pracę.
Więc
spieszył się.
Jimmy
stał razem z innymi facetami obok samochodu i układał sprzęt w skrzynce, kiedy usłyszał
krzyk, dochodzący z góry remizy.
To
był głos Evy, poznał go, chociaż był zniekształcony w bardzo niedobry sposób, więc wręcz trudny do
rozpoznania, a potem nagle Alex i Billy zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego.
Działo
się coś złego.
Kurwa.
Tknięty
strachem, rzucił wszystko, odwrócił się na pięcie i pędem wbiegł po schodach, słysząc
za sobą kroki Davida.
Alex
klęczał tam bezradnie nad Evą, która leżała na podłodze zwinięta w kulkę,
obejmując ramionami głowę, z kolanami przyciśniętymi do piersi.
Nie
dotykał jej, tylko jakoś dziwnie machał nad nią rękoma.
-
Jezu, Jimmy… Jezu, ja tylko żartowałem - bełkotał Alex przerażony, oglądając
się na Jimmy’ego.
Jimmy
padł na kolana obok Evy.
Jezu
Chryste.
Rozwijał
ją ostrożnie.
-
Gadaj, głupi skurwielu, coś jej powiedział.
Zabiję cię sukinsynu - odwrócił głowę
i ryknął na pieprzonego Alexa, a potem pochylił się z powrotem nad Evą, oglądając
ją, egzaminując, gładząc po głowie.
Nachylił
się głębiej i wziął Evę w ramiona, by wciągnąć ją na swoje kolana.
-
Eva, mała, proszę… - mamrotał delikatnie, głaszcząc jej włosy.
Wiedział,
że normalnie dostałby za to od nich gówno, ale miał to w dupie.
Cholerny
Alex powinien wiedzieć, że ona
reaguje nadmiernie, bardzo emocjonalnie.
Opowiadał
sukinsynom, jak to było z Bertem, że zdarza się jej stracić oddech, że łapie
się za gardło.
Często
rozmawiali, dzielili się problemami, radzili się siebie nawzajem.
Znali
go, jego popieprzoną historię, jego żałosne życie.
Wiedzieli,
jak to jest z nią.
-
Ja tylko… zażartowałem, że był wypadek, nawet nie skończyłem, jak upadła -
tłumaczył się Alex.
Jimmy
nie wiedział komu, bo nie patrzył.
Podejrzewał,
że był tam Oli, może i reszta chłopaków.
To
nie było ważne.
-
Eva, Słonko, kotku, spójrz na mnie, nic mi nie jest - Jimmy podniósł się, wciąż
trzymając ją na rękach, zaniósł ją na kanapę, usiadł z nią na swoich kolanach,
otaczając ją ramionami i trzymając blisko.
I
wiedział.
Po
prostu wiedział.
Jezu
Chryste.
To
był jego skarb, jego Anioł, jego szczęście.
Jezu pierdolony Chryste!
Nie
mógł jej stracić.
Kochał ją.
Nigdy
nie kochał tak naprawdę żadnej kobiety.
Kiedy
zwinęła się na jego kolanach wtapiając się w niego, wtulił jej czoło w swoją
szyję i słuchał jej urywanego oddechu.
Gładził
ją po plecach i po włosach, czując, jak powoli uspakaja się dygotanie jej
całego ciała.
Jedną
rękę trzymała wciąż przyciśniętą do piersi, a drugą owinęła wokół jego szyi, złapała
go za kark, wyszeptała „Jimmy” i zaczęła płakać, wciąż wciskając czoło w jego
szczękę.
Zapewniał
ją, że nic mu nie jest, bezradnie powtarzał, że będzie dobrze.
Tulił
ją tak, jakby chciał zabrać ją w najbezpieczniejsze miejsce na świecie.
Gdzie
byliby tylko oni dwoje.
-
Jestem tu, kochanie - mamrotał jej do ucha, czując dławienie w gardle - Jestem.
Wszystko jest dobrze.
Kiwał
się z nią na kolanach bardzo długo, aż poczuł, że się uspokaja.
Jego
Eva.
David
podszedł do nich, przykucnął i sprawdził jej puls na szyi, obejrzał ją.
Potem
popatrzył na Jimmy’ego.
Pokiwał
do niego uspokajająco głową, ale się nie uśmiechnął.
Jimmy
go zrozumiał, David się nie uśmiechał, ale potrafił powiedzieć oczami, że
będzie dobrze.
Wspierał
go.
Tak
jak wtedy, kiedy tamten popierdolony dupek zaczął się do niej przystawiać w
chamski sposób.
Teraz,
jak kumpel mówił mu, że będzie dobrze, to będzie.
-
Zabierz ją do domu… - Jimmy usłyszał kapitana - …pogadajcie.
Jimmy
skinął głową.
Musieli
stamtąd wypierdalać.
Natychmiast.
Podniósł
się, nie wypuszczając jej z ramion.
-
Ja mogę sama - usłyszał cichy głos Evy.
-
Cicho, mała - zamruczał jej do ucha, idąc po schodach.
-
Hmmm… Cześć chłopaki - usłyszał, jak zawołała wciąż słabym głosem przez jego
ramię.
-
Tak, cześć chłopaki - mruknął Jimmy, nie oglądając się.
Usłyszał
kilka odpowiedzi, ale nie zatrzymał się.
Na
dole był Sam, który tylko spojrzał na nich i wiedział o co chodzi, wziął
kluczyki od Jimmy’ego i ruszył.
Przeszli
przez pomieszczenie, parking i doszli do SUV’a, z kumplem idącym przed nimi.
Sam
odblokował samochód, otworzył drzwi pasażera, Jimmy posadził ją i zapiął jej
pasy.
-
Zaraz wrócę - mruknął do niej i musnął jej usta swoimi w delikatnym pocałunku.
Zostawił
ją z Samem i pobiegł.
Wrócił
na górę.
Złapał
torby, które podał mu Billy, uścisnął jego dłoń, mamrocząc „dzięki” i zawrócił.
Oli
zawołał wtedy do niego:
-
Musisz jej to dać.
Wiedział
to.
Kiwnął
brodą i wystartował.
Zbiegł
na dół, wrzucił pieprzone torby na tylne siedzenie i zatrzasnął drzwi.
Wsiadł
za kierownicę, przesunął siedzenie, ustawił lusterka, uruchomił Highlandera.
-
Jimmy - szepnęła Eva i spojrzała na niego, a potem, kiedy uścisnął jej palce,
leżące na podłokietniku, martwo popatrzyła przed siebie.
Jimmy
zabrał rękę, objął nią jej fotel, by spojrzeć do tyłu i wycofał z parkingu.
Jechali
w milczeniu, a ona nie spojrzała na niego aż do domu.
Cały
czas myślał o swoich uczuciach.
O
tym jak się czuł wtedy, kiedy patrzyła na niego jak na pieprzonego bohatera, na
cholerny ósmy cud świata, kiedy wyciągnął tamtego faceta z rozbitego samochodu.
O
tym, jak popieprzony czuł się przed chwilą, kiedy słyszał, jak krzyczała swój
ból, zobaczył ją cholernie bez czucia na podłodze.
Swoją
jasną świadomość, że ją kocha.
Jak
miał to wszystko rozwiązać?
Jeśli
powie jej prawdę o sobie, ona zniknie z jego życia.
Nie
będzie chciała go znać.
*****
Eva
Dwanaście godzin później
Rankiem
następnego dnia obudziłam się jak zwykle przed szóstą.
Nawyk.
Poprzedniego
wieczoru, kiedy wróciliśmy do domu Jimmy obchodził się ze mną jak z jajkiem.
Przyznaję,
że korzystałam z tego.
Musiałam
przemyśleć swoją reakcję, poukładać sobie wszystko w głowie, zaplanować dalsze
działania.
Nie
protestowałam, kiedy zamawiał chińszczyznę (nie lubię, ale i tak nie była
głodna).
Poszedł
pod prysznic i przebrał się, zanim ją przywieźli, a ja wtedy poszłam do małej
sypialni i grzebałam w schowanych tam drobiazgach.
Siedziałam
tam dłużej niż musiałam, dłużej niż powinnam.
Szukałam
jednej ramki.
Znalazłam.
Moja
rodzina.
Ta
sprzed dwóch lat.
Byliśmy
na tym zdjęciu z mężem ramię w ramię przy stoliku w restauracji.
Nie
obejmowaliśmy się, po prostu siedzieliśmy obok siebie, chociaż lekko pochyleni w
swoją stronę.
Ja
byłam w granatowej, jedwabnej sukience z falbanką przy okrągłym dekolcie, z
perłami na szyi.
Marek
miał na sobie ciemny, drogi garnitur, błękitną koszulę, którą mu kupiłam na
imieniny i granatowy krawat w prążki.
Po
obu stronach przysunęły się do nas nasze dzieci.
Michał
i Marysia.
Moja
pierworodna.
Właśnie
skończyła studia pierwszego stopnia, zdobyła tytuł licencjata i byliśmy w na
wystawnym objedzie, by to uczcić.
Zdjęcie
zrobił nam przypadkowy klient, którego o to poprosiliśmy, bo siedział przy
sąsiednim stoliku.
Byliśmy
szczęśliwi, uśmiechaliśmy się.
Odłożyłam
ramkę zdjęciem do dołu i wróciłam na kanapę.
A
potem cały czas siedziałam tam cicho, oparta o poduszki, z otwartymi oczami,
zapatrzona przed siebie, ale nic nie widziałam.
Nawet
nie wyjęłam żadnej książki.
Czułam
się taka zmęczona.
Kiedy
przyszła dostawa, usiedliśmy do tej byle jakiej kolacji, którą bardziej
dłubałam niż jadłam.
Czułam
badawczy wzrok Jimmy’ego na sobie, ale go ignorowałam.
Automatycznie
posprzątałam po kolacji, schowałam resztki do lodówki, zaniosłam ubrania
Jimmy’ego z pracy do prania.
Nie
zarejestrowałam tego.
Wyłączyłam
się.
Działałam
jak robot.
Dopiero
po tym, jak wróciłam z nim na kanapę, usiadłam tyłkiem na niej, kolanami do
oparcia, wtuliłam się twarzą w ciepłe, silne ciało Jimmy’ego i się rozkleiłam.
Po
postu tak trwałam, popłakując cicho.
A
on mi na to pozwolił.
Tylko
mnie przytulał, mocno obejmując ramionami.
Potem
położyliśmy się do łóżka i długo pieściliśmy.
Gładziłam
Jimmy’ego po policzkach, szyi i klatce piersiowej, całkiem zamyślona, a on mi
na to pozwalał.
Nie
pospieszał mnie.
Zaczęłam
go całować po klatce piersiowej i o szyi.
Za
uszami i po skroniach.
Wodziłam
palcem po jego ustach, a potem przyłożyłam tam swoje wargi.
Rozchyliłam
moje i on swoje.
Wysunęłam
język i skosztowałam jego ust.
Całowaliśmy
się powoli i głęboko.
Rozebrałam
się sama, żeby dać mu znać, że chcę tego.
Jimmy
położył mnie na plecach, głaskał delikatnie i pieszczotliwie, patrzył w moje
oczy, a potem wspiął się na mnie.
Patrzyłam
mu przy tym w oczy, zagryzałam dolną wargę i miałam nadzieję, że mnie zrozumie.
Całował
mnie i ja całowałam, wodząc ustami jego po ramionach, klatce piersiowej,
brzuchu.
Zrozumiał.
Delikatnie
i powoli wsunął się we mnie.
Potem
tak samo się kochaliśmy.
Wolno,
czule i głęboko.
Długo.
Jimmy
głaskał mnie całą i dawał mi to, czego potrzebowałam.
Delikatność
i czułość.
Zapewnienie
swojej obecności.
Czułam
go na całej długości i dawało mi to zapewnienie jego długowieczności, tego, że
jest ze mną i będzie.
Pewność,
bezpieczeństwo, trwałość.
Kołysaliśmy
się powoli i dłużej.
Potem
oparłam się stopą o prześcieradło, pchnęłam i obróciłam go tak, że położyłam
się na nim.
Pozwolił
mi na to.
Patrzyłam
na jego przystojną twarz, kochane, piękne oczy i kołysałam się, głaszcząc
siebie i jego.
Potem
Jimmy obrócił nas i znowu byłam pod nim.
Owinęłam
nogami jego biodra i intensywność naszych odczuć i naszych ruchów się
zwiększyła.
A
potem zaczął pompować mocno i gwałtownie.
Całowaliśmy
się namiętnie, wbiłam paznokcie w jego pośladki, a on zaborczo zwinął w pięści
moje włosy po bokach głowy.
Doszliśmy
prawie jednocześnie.
Słodko
i długo, ale nie mniej niż zwykle mocno i głęboko.
Kiedy
przed moim szczytem jęknęłam jego imię, trochę nieprzytomnie zauważyłam błysk w
jego oczach i zrozumiałam, że to dla niego znaczyło tyle samo, ile dla mnie.
I
kochałam to, że wyjęczał w moją szyję
moje imię, kiedy szczytował.
Zasnęliśmy
potem przytuleni do siebie i przespałam tak całą noc.
Teraz
się obudziłam, niby byłam wyspana, ale czułam, że głowa mi puchnie, pulsuje i
płonie.
I
jakby ktoś naciskał mi na oczy.
Leżeliśmy
w moim łóżku, a ja myślałam tylko o tym, że muszę mu dać siebie całą, muszę mu powiedzieć.
Wszystko.
Tylko
jak?
Już
wcześniej wiedziałam, że go kochałam.
To,
co poczułam poprzedniego dnia, kiedy myślałam, że mogłabym go stracić,
uświadomiło mi głębię moich uczuć.
Więc
nie wystarczyło zwykłe kocham cię, by
wyrazić całe moje uczucie, jego siłę.
Musiałam
opowiedzieć mu moją historię.
Całą
historię.
Leżałam
wtulona w jego objęcia, w kokonie kołdry i jego ciepła i myślałam o tym, od
czego powinnam zacząć.
Podniosłam
głowę, spojrzałam na niego i zapytałam - Głodny?
Spojrzał
na mnie łagodnie, z lekkim uśmiechem i odpowiedział - Nie. Poleż jeszcze ze
mną.
-
Dobrze - szepnęłam i leżeliśmy tak długą chwilę.
Wdychałam
jego zapach, czułam jego ciepło, twardość jego mięśni i gładkość skóry.
Byłam
tak zmęczona, że właściwie mogłam z powrotem iść spać.
Ale
musiałam pomyśleć o moim mężczyźnie, więc po pewnym czasie wstaliśmy, umyłam
się, uczesałam, ubrałam i poszłam zrobić dla siebie herbatę, a dla Jimmy’ego
kawę z mlekiem.
Jimmy
się w tym czasie golił, ubierał i sprzątał wczorajsze ubrania.
Jak
co dzień.
Zrobiłam
dla nas śniadanie na ciepło, podałam, usiedliśmy przy blacie i Jimmy jadł, a ja
skubałam grzankę, zagubiona w swoich myślach.
-
Eva, mów do mnie - odezwał się Jimmy, kiedy już zjedliśmy, a ja nadal cicho
krzątałam się po kuchni, a potem opierałam się o blat biodrami, patrząc w
zamyśleniu przed siebie.
Wiedziałam,
że się martwił, więc nie mogłam dalej tego odwlekać.
Westchnęłam,
spojrzałam na niego, odstawiłam kubek z resztką, zimnej już, herbaty i
odepchnęłam się od blatu.
Poszłam
do małej sypialni, zabrałam stamtąd ramkę, zatrzymałam się na chwilę, a potem ponownie
westchnęłam i zebrałam całą swoją odwagę, by zrobić to, co musiałam.
Wróciłam
do jadalni, podeszłam do stołu, przy którym nadal siedział i podałam ją
Jimmy’emu.
Wyprostował
się, złapał ją, spojrzał i zobaczyłam, jak wciąga powietrze przez nos, a potem
zaciska zęby na widok zdjęcia.
-
To moja rodzina - powiedziałam cicho - Mój mąż, moja córka, Mary…
-
…a Michała i mnie poznajesz? - zapytałam, ale nie miałam takiej pewności.
Zmieniłam
się.
Bardzo.
Patrzył
na zdjęcie przez chwilę, a potem spojrzał mi w oczy.
Zobaczyłam
ból przenikający jego rysy, chociaż nie wiedział jeszcze najgorszego.
Stałam
naprzeciwko niego i popatrzyłam na zdjęcie.
-
To było prawie trzy lata temu. Maria właśnie skończyła studia, zdobyła tytuł
licencjata, więc poszliśmy do restauracji, żeby to uczcić - powiedziałam cicho,
wciąż stojąc i przerwałam.
-
Poznałam Marka, jak byłam na pierwszym roku studiów, zakochaliśmy się w sobie, bardzo
szybko najpierw zamieszkaliśmy razem, a potem pobraliśmy się i byliśmy ze sobą przez
dwadzieścia pięć lat - opowiadałam mu swoje dawne życie, ale nie miałam odwagi,
by patrzeć mu w oczu, więc patrzyłam na zdjęcie.
-
Przed nim miałam tylko jednego chłopaka, więc można powiedzieć, że była to
miłość mojego życia. Przez ostatnie dziesięć lat mieszkał daleko od domu, bo
tam pracował, ale przyjeżdżał co weekend albo ja jechałam do niego na noc i
wracałam następnego dnia do domu - wyjaśniłam i znowu przerwałam na chwilę.
-
Mary urodziła się po niecałych dwóch latach naszego małżeństwa. Może wydawać
się, że to nie było późno, bo skończyłam zaledwie dwadzieścia jeden lat, ale
naprawdę chciałam jej. Była moim
ukochanym, wyczekiwanym dzieckiem. Tak bardzo cieszyłam się, kiedy w końcu
zaszłam w ciążę. Michał urodził się niecały rok po niej. Był jak błogosławieństwo
- kontynuowałam.
Nagle
poczułam, że nogi mnie dłużej nie utrzymają.
Usiadłam
na krześle, położyłam przedramiona na stole, zgarbiłam się i wbiłam wzrok w
swoje dłonie.
Milczałam
przez kilka sekund.
- Ponad półtora roku temu mój mąż i córka
zginęli razem w wypadku samochodowym… - wyszeptałam - Mary była w siódmym
miesiącu ciąży. Wracali z wizyty kontrolnej od lekarza. Marek prowadził. Mieli
przy sobie zdjęcia USG, wyniki badań. Zadzwonili do mnie, kiedy wychodzili z
kliniki. Powiedzieli mi, że wracają, że wszystko jest dobrze, cieszyli się, więc
czekałam na nich w domu. Byłam taka szczęśliwa, że zostanę babcią - znowu przerwałam.
Jimmy
tkwił w miejscu w całkowitym bezruchu. W ciszy.
Miałam
wrażenie, że nawet powietrze zamarło.
Było
kompletnie cicho.
-
Dwie godziny później, ponad godzinę po tym, jak mieli być w domu, zadzwonił
ktoś obcy. Odebrałam. Zapytał mnie o imię i powiedział, że był wypadek, że oni…
- mówiłam głośniej, a potem przerwałam, przełknęłam i ciągnęłam dalej.
-
W środku miasta… w biały dzień… na spokojnej drodze, wjechała w nich ciężarówka,
… - spojrzałam na niego niepewna jak to wyrazić po angielsku - Taka duża, z
naczepą... - wciągnęłam urywany wdech i ciągnęłam dalej swoją opowieść.
-
Wjechała w ich bok, w drzwi Mary. Nie mieli szansy na przeżycie. Zginęli oboje…
we troje… - zacisnęłam oczy - na miejscu. Przejechał na czerwonym świetle nawet
nie zwalniając. Zasnął za kierownicą. Oni mieli zielone, było pusto…
Przerwałam.
-
Zabił ich, bo się spieszył. Jechał przez całą dobę bez odpoczynku, bo miał
dotrzeć do bazy na czas - dodałam cicho, ale bez goryczy, już bez goryczy.
Z
wiedzą, którą dostałam później.
Wzięłam
kolejny głęboki wdech.
Nie
patrzyłam na Jimmy’ego, bo nie mogłabym mówić, straciłabym odwagę.
Mimo,
że się zdecydowałam.
-
Kiedy Michał wrócił do domu z zajęć, znalazł mnie leżącą bez przytomności na
podłodze. Wezwał karetkę. Potem długo byłam w szpitalu. W tym czasie był
pogrzeb, który załatwiła rodzina Marka. Bardzo długo nie jadłam, nie mówiłam…
któregoś dnia złapałam nożyczki i ścięłam włosy przy samej skórze… Byłam zła na
siebie, na cały świat… na nich… - mówiłam coraz ciszej.
-
W końcu Michał zdecydował się przyjąć tę pracę w Stanach, coś, czego propozycję
dostał wcześniej, ale pierwotnie odmówił - kontynuowałam głuchym głosem -
Zrobił to, żeby mnie z wydostać; poprosił mnie, żebym z nim przyjechała.
Powiedział mamo, mam tylko ciebie, nie
poddawaj się. Zapadło mi to w pamięć.
Czułam
suchość w gardle, przeraźliwy ból głowy, strasznie bałam się tego, czy dobrze
robię, ale ciągle kontynuowałam:
-
Znalazłam w sobie siłę dla niego. Sprzedaliśmy
wszystko, zamknęliśmy tamto życie. Przyjechaliśmy tutaj, żeby zacząć od nowa i
chciałam mu pokazać, że mogę żyć, a on może mnie mieć bez martwienia się, czy
pilnowania mnie.
Przez
chwilę milczałam, Jimmy też milczał i zadawałam sobie przerażające pytanie a co jeśli robię źle, mówiąc mu to wszystko?
Nie
wiedziałam, czy mogę mówić dalej, ale musiałam mu wytłumaczyć.
Popatrzyłam
na niego szukając jakiejś wskazówki, czy rozumie, co chcę mu powiedzieć.
Musiał
zrozumieć!
Otworzyłam
usta, żeby dokończyć, powiedzieć resztę i w tym momencie zaczął dzwonić jego
telefon.
Patrzyłam,
jak go podnosi ze stołu, patrzy na wyświetlacz, marszczy brwi, spogląda na mnie
i… odbiera.
-
Martha - powiedział do niego, patrząc na mnie, a ja zamarłam.
Nie!
Nie!
Nie!
Nie
teraz!
Siedziałam
przez kilka uderzeń serca, które czułam jako dudnienie w uszach i patrzyłam,
jak słucha i wyraz jego twarzy się zmienia.
Potem
poczułam, że krew odpływa mi z głowy, nagle nic nie widziałam, zaszumiało mi w
uszach, w ustach zebrała mi się ślina, żołądek mi się skręcił i musiałam iść do łazienki.
-
Przepraszam - wykrztusiłam.
Zerwałam
się z krzesła, pobiegłam i po drodze wyrzuciłam tylko rękę z otwartą dłonią w
jego stronę.
-
Eva - usłyszałam, jak warczy Jimmy, zobaczyłam, że wyciągnął rękę w moją stronę,
by mnie złapać, ale już biegłam w stronę sypialni.
Wpadłam
do mojej łazienki i zamknęłam drzwi.
Uklękłam
przy sedesie i zaczęłam wymiotować.
Kiedy
mi przeszło, podniosłam się, drżąc na całym ciele.
Trochę
posprzątałam, umyłam twarz i zęby, uczesałam się i wyszłam.
Jimmy
szedł w moją stronę, trzymając w ręce wyłączony już telefon.
-
Eva… - rzucił nagląco.
Spojrzałam
na jego twarz i nagle, na widok wyrazu jego twarzy, wszystko, co właśnie powiedziałam,
co miałam jeszcze powiedzieć, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Wiedziałam,
że stało się coś bardzo złego.
-
Jimmy, co… - zaczęłam.
-
Muszę jechać - rzucił nerwowo - Matt zniknął.
-
Tak, oczywiście - powiedziałam mu, nagle tym zdenerwowana, przejęta tym
biednym, małym dzieckiem, które znowu
nie wytrzymało złej atmosfery w domu, więc dodałam - Jedź.
-
Eva… - zaczął, ale mu przerwałam.
-
Jimmy, jedź po Matta - powiedziałam z
naciskiem.
Wciągnęłam
więcej powietrza, by opanować drżenie warg.
-
Musisz jechać i go znaleźć. - powiedziałam, a kiedy stał niezdecydowany dodałam
- Teraz!
-
Nie dokończyliśmy… - zaczął znowu.
-
Ja… - urwałam - …nie powiedziałam ci tego, żebyś mnie żałował. Chciałam ci tylko
wytłumaczyć, dlaczego wczoraj tak zareagowałam.
Jimmy
przerwał mi mówiąc cicho - Ja rozumiem…
Nie
sądziłam, ale nie mogliśmy teraz tego omawiać.
Więc
nie pozwoliłam mu dokończyć.
Wyrzuciłam
przed siebie obie ręce, oparłam dłonie na jego brzuchu i podniosłam głowę, by
spojrzeć mu w oczy.
-
Nie teraz, Jimmy. Jedź, proszę -
ponagliłam go - Znajdź Matta.
Podeszłam
bliżej niego, wspięłam się na palce,
przyłożyłam mu dłoń do szczęki i pocałowałam go w drugi policzek.
-
Obiecuję, że porozmawiamy - zapewniłam go cichym głosem, a potem powtórzyłam - Jedź.
Odsunęłam
się o pół kroku.
Stał
pół sekundy, przyglądając mi się niezdecydowanie, a potem pocałował mnie
delikatnie w usta, odwrócił się i poszedł do sypialni.
W
tym czasie sprzątałam trochę kuchnię, ale nie byłam pewna, czy czegoś nie
upuszczę, bo strasznie trzęsły mi się ręce.
Kiedy
wyszedł, był ubrany w dżinsy i bluzę, sięgał po kurtkę, a potem włożył buty,
złapał klucze i odwrócił się do mnie.
-
Eva - zawołał, a ja wiedziałam, czego chce, więc poszłam do niego i dałam mu
usta do pocałunku.
Dotknął
ich delikatnie swoimi ustami, spojrzał mi jeszcze raz w oczy, pogłaskał bok
mojej głowy, odwrócił się i podszedł do drzwi.
Poszedł,
a ja nie powiedziałam mu, że wymiotowałam, że kręci mi się w głowie, oczy mi
pulsują i chyba mam gorączkę.
Był
taki dobry, troskliwy.
Zająłby
się mną, a tam potrzebowało go to dziecko.
Ja
dam sobie radę.
*****
Pięć godzin później
Spałam.
Po
wyjściu Jimmy’ego zebrałam się i pojechałam do pobliskiej drogerii.
Musiałam
kupić termometr i środki przeciwgorączkowe.
Wróciłam
do domu, zmierzyłam sobie temperaturę (z trudnością, bo musiałam przestawić
termometr ze stopni Fahrenheita na Celsjusza, żeby wiedzieć, co odczytuję) i się
przestraszyłam.
38,8.
Nie miewałam gorączki.
Wzięłam
dwie tabletki ibuprofenu i się położyłam.
Nie
miałam siły, by się rozebrać.
Teraz
się obudziłam i stwierdziłam, że dygoczę.
Była
pora lunchu, a Jimmy nie wrócił.
Wstałam,
wzięłam kolejne dwie tabletki, wypiłam szklankę wody, przebrałam się w długie, luźne
spodnie dresowe i przy tym zamarłam, kiedy spojrzałam na swoje nogi.
O
Boże kochany!
Spuchnięte.
Właściwie
nie miałam kostek.
A
od stóp do kolan miałam fioletowe, kilkucentymetrowe guzki-siniaki.
Bolały,
kiedy ich dotykałam.
Wciągnęłam
na to długie skarpetki Jimmy’ego.
Kręciło
mi się w głowie, ale jeszcze sięgnęłam po telefon i z nim poszłam do łóżka.
Pięć
nieodebranych połączeń.
Dzwonił
Jimmy, Michał i znowu Jimmy.
Drżącą
ręką wybrałam numer, posłuchałam sygnału i informacji o poczcie głosowej, po
czym szepnęłam nieskładnie - Hej… ja… Jimmy… moja reakcja… wtedy… ja… bałam
się… bo kocham cię…
A
potem usłyszałam piknięcie.
Telefon
się rozładował.
Nie
miałam siły, żeby wstać i znaleźć ładowarkę.
Zwinęłam
się pod kołdrą i z bezsilności, z osłabienia zaczęły mi z oczu płynąć łzy.
Byle tylko Jimmy znalazł Matta.
A
potem zasnęłam.
*****
Cztery godziny później
Obudziłam
się z suchością w ustach i łomotem w głowie.
Coś
gniotło mi oczy i byłam półświadoma tego, co mnie otaczało.
Wstałam.
Zabolało,
zwłaszcza kostki i kolana.
Zatoczyłam
się, ale poszłam do kuchni.
Jimmy
wciąż nie wrócił.
Mieszkanie
było ciche i ciemne.
Martwiłam
się.
Drżącą
ręką wyjęłam kubek z szafki, nalałam sobie do niego wody z kranu i wypiłam ją
małymi łykami.
Oddychałam
z trudem.
Było
gorące lato, ale klimatyzacja działała bardzo dobrze.
Miałam
na sobie spodnie dresowe, skarpety i koszulkę z długim rękawem.
Nadal
było mi zimno.
Usłyszałam
przekręcanie klucza w zamku i odwróciłam się w stronę drzwi.
-
Eva! - usłyszałam, że Jimmy woła od
progu.
-
Tutaj - odezwałam się.
Zobaczyłam,
że podchodzi szybko w moją stronę.
-
Co do cholery, mała? - warknął.
Nie
wiedziałam, o co mu chodzi, więc zmarszczyłam brwi.
-
Co? - zapytałam.
-
Co z twoim telefonem? - rzucił coraz bardziej zły.
-
Och, zapomniałam - powiedziałam, ruszając natychmiast powoli w stronę sypialni.
Zrobiłam
to ostrożnie, bo nie chciałam, żeby zobaczył, że bolą mnie nogi.
Właściwie
bolał mnie każdy krok.
A
na dodatek kręciło mi się w głowie.
-
Rozładował się, a ja zapomniałam go podłączyć. - tłumaczyłam się cicho, cały
czas idąc.
Kiedy
przechodziłam obok niego, złapał mnie w talii ręką, przyciągnął do siebie i
pocałował mnie w skroń, a ja poczułam jego chłodne wargi jako coś bardzo
przyjemnego.
Oparłam
się dłonią o jego talię.
-
Idź - mruknął i mnie puścił.
Odepchnęłam
się i ruszyłam.
-
Jest coś do jedzenia? - spytał, kiedy się oddalałam.
-
Zaraz… hmmm… mam coś - powiedziałam, ciągle idąc.
Bałam
się zatrzymać.
Bałam
się, że nie dam rady później ruszyć się ponownie w stronę sypialni.
Poszłam,
wzięłam telefon, wróciłam do salonu, wzięłam ładowarkę, którą trzymałam obok
telewizora, podłączyłam go, położyłam na komodzie i weszłam do kuchni.
Poczułam
na sobie wzrok Jimmy’ego.
-
Dobrze się czujesz? - zapytał, patrząc na mnie uważnie.
Poczułam,
że twarz mi łagodnieje.
Był
taki kochany, dobry i troskliwy.
-
Tak - skłamałam.
Podeszłam
do lodówki po jajka i mleko.
-
No i co z Mattem? - zapytałam trochę po to, by odwrócić jego uwagę i głównie dlatego,
że byłam ciekawa.
Kiedy
postawiłam wszystko na blacie obok zlewu, przeniosłam na chwilę na niego wzrok,
a potem ruszyłam, by wyciągnąć miskę i patelnię.
Jimmy
westchnął, oparł się biodrami o blat i spojrzał na swoje buty.
Widziałam,
że znowu wzbiera w nim złość i wiedziałam, że to nie na mnie.
-
Ta pieprzona suka wczoraj wieczorem nawrzeszczała
na niego, bo nie wyjął prania z pralki i zaśmierdło - odpowiedział mi niskim
tonem, brzmiąc na sfrustrowanego.
O
Boże kochany!
-
Nie chciało jej się ruszyć dupy, bo był jakiś gówniany program w telewizji,
więc to on miał się zająć praniem
całej rodziny, swoim, swojej młodszej siostry i swojej cholernej, leniwej
matki.
Wciągnęłam
słyszalny wdech, kiedy sięgałam kolejne rzeczy, żeby przygotować mu omlet,
frytki i kiełbaski.
Krzątając
się, zerkałam na niego i słuchałam uważnie.
-
Więc, kiedy dzisiaj rano na dodatek nie było nic do jedzenia w domu -
kontynuował Jimmy - wcześnie rano zabrał swój tyłek i poszedł znowu do kolegi.
Chciał iść do tego samego, co przedtem, bo wiedział, że zadzwonią po mnie, ale
wyjechali na wakacje.
Widziałam,
że bardzo przejmował się tym chłopcem, chociaż nadal nie wiedziałam, co ich
łączyło.
Chciałam
mu dać wsparcie, ale nie wiedziałam, co mogłabym zrobić, więc tylko słuchałam,
potakiwałam i szykowałam mu jedzenie.
Nadchodził
czas, kiedy musiał jechać do pracy, a przez cały dzień nie było go w domu, był
zmęczony i głodny.
-
Szukałem go wszędzie, u wszystkich kolegów - złapał się za głowę, przeczesał
włosy palcami i spojrzał na mnie.
-
Eva, on siedział w parku na ławce. Sam. Ośmiolatek!
Był tam przez cały dzień sam, głodny,
przestraszony i nie wiedział, jak się ze mną skontaktować - zakończył ze
złością w głosie.
Podałam
mu talerz, sięgnęłam sztućce, nalałam soku do szklanki i cały czas słuchałam.
-
Usiądź, zjedz - powiedziałam cicho.
Zmarszczył
się i spojrzał na mnie - A ty?
-
Ja już jadłam - skłamałam i przełknęłam ślinę.
Nie
mogłam nic przy nim jeść.
Znowu
bym zwymiotowała.
-
Okej - szepnął i usiadł.
-
Nie lubię, jak nie jesz ze mną - mruknął w stronę talerza, biorąc widelec, a ja
wciągnęłam powietrze.
Gapiłam
się z otwartymi ustami na jego pochyloną, ciemną głowę, kiedy jadł i myślałam.
Przypomniało
mi się, że kilka godzin temu nagrałam mu na pocztę głosową kocham cię.
Nie
mówił nic na ten temat.
Ale
zauważył, że mam problemy z jedzeniem i martwił się.
Zawsze
się o kogoś martwił.
Taki
był.
Właśnie
taki wspaniały był: dobry i troskliwy.
Kochałam go.
Przeszłam
dookoła niego i usiadłam naprzeciwko niego przy stole.
-
No i co z Mattem? - zapytałam, aby wrócić do przerwanego tematu, który mnie
bardzo interesował.
-
Znalazłem go przypadkiem. Przejeżdżałem obok jednego parku, tam jest plac
zabaw, na który czasem bywaliśmy, więc się zatrzymałem. Wysiadłem i on tam
siedział. Zabrałem go do baru, nakarmiłem, pogadaliśmy. Potem zawiozłem go do
matki, pogadałem z nią. - powiedział mi, po czym dokończył, brzmiąc na
sfrustrowanego - Nic nie ustaliliśmy.
Westchnął.
-
Ta sprawa nie jest skończona - dorzucił.
Nie
była.
Widziałam
to.
Nie
wiedziałam, w co gra ta cała Martha, ale nie podobało mi się to, że cierpi
niewinne dziecko.
Jej
dziecko.
Jimmy
zjadł i poszedł do sypialni i łazienki, by naszykować się do pracy.
A
ja wstałam, sprzątnęłam kuchnię i czułam, że ogarnia mnie znowu obezwładniające
zmęczenie.
Dopóki
miałam się czym zająć…
Dopóki
myślałam o Matcie i Jimmy’m…
Nie
czułam tego.
Ale
Jimmy miał wkrótce jechać do pracy.
Był
tym wszystkim, tym całym dniem poszukiwań chłopca po mieście, zmęczony, sfrustrowany
i nie potrzebował dodatkowego kłopotu.
Mnie.
Musiałam
się jeszcze trochę skupić, wytrzymać, by nie martwił się o mnie.
Nie
dać mu nic poznać po sobie.
Potem,
jak pojedzie, po prostu wyśpię się i wszystko będzie dobrze.
Będzie
dobrze…
*****
Jimmy
Pięć godzin później
To
była spokojna noc.
Jimmy
siedział z chłopakami w pokoju wspólnym przy stole i uzupełniał dokumenty z
wyjazdów.
Myślami
jednak był przy Evie.
Odebrał
jej wiadomość dopiero pół godziny temu.
Miała
rodzinę.
Szczęśliwą,
pełną rodzinę z szansą na przyszłość.
Kochała
go.
Jej
obraz z tego zdjęcia wyrył mu się w pamięci.
Pogodne
oczy, szczery uśmiech, twarz wygładzona szczęściem.
Długie,
proste, kasztanowe włosy opadające po obu stronach jej zawsze pięknej twarzy.
A
teraz kochała jego.
To
wyznanie musiało wymagać od niej cholernie wielkiej odwagi i niebywałej siły.
Kurwa.
Nie
mógł być popieprzonym tchórzem i chować się za jej niewiedzą.
Był
jej to winien.
Nawet
jeśli go potem znienawidzi i wyrzuci.
Zadzwonił
jego telefon, wyjął go z tylnej kieszeni spodni, spojrzał na wyświetlacz, potem
zmarszczył brwi i przeniósł wzrok na kapitana.
Oli
patrzył na niego z rękoma opartymi o blat stołu.
Wiedzieli,
co zaszło z Mattem i Marthą, ale Jimmy nie opowiedział im wszystkim historii
Evy.
To
była jej historia.
Tylko
kapitanowi wspomniał o tamtym dawnym wypadku, że straciła tak męża i córkę, żeby
wiedział co właściwie zaszło z nią wcześniej i czego się bała.
Więc
każdy spodziewał się problemów z Marthą.
Ale
Jimmy nie patrzył na nikogo.
Odbierając,
wstał od stołu i odwrócił się tyłem do chłopaków.
-
Mick - przywitał się.
-
Obiecałeś, że się nią zajmiesz - krzyknął
mu do ucha Mick.
A
wściekły głos syna Evy wskazywał, jak bardzo jest zaniepokojony, zły, a może
nawet przestraszony.
Jimmy
wyprostował plecy i przeczesał włosy dłonią.
Tak,
obiecał, kiedy rozmawiali na tamtym grillu.
Mick
powiedział mu wtedy Ona udaje silną,
możesz myśleć, że radzi sobie ze wszystkim, ale jest krucha. Zaopiekuj się nią.
A
teraz wiedział, jak bardzo jest krucha i dlaczego.
-
Co… - zaczął Jimmy podnosząc głowę, marszcząc brwi i odwracając się do stołu.
-
Mama nie odbiera telefonu już od południa, dzwoniłem kilka razy i nic - ciągnął
Mick - Widziałeś ją? Gdzie jesteś?
-
Miała rozładowany telefon, wyłączył się - przypomniał sobie Jimmy i złapał
wzrok kapitana.
-
A teraz? - warknął mu do ucha Mick.
-
Mick, chłopie, jestem w pracy… - zaczął Jimmy.
Oli
kiwnął brodą w stronę drzwi.
Jimmy
przytaknął, odwracając się ponownie i idąc w stronę swojej szafki, by zabrać
swoje rzeczy i pojechać do Evy.
-
Kurwa - rzucił chłopak.
-
Zajmę się tym - warknął Jimmy.
Trzymał
w ręku spakowaną torbę i odwrócił się, zatrzaskując szafkę łokciem.
Zobaczył,
że Oli wziął do ręki swój telefon.
Był
pewien, że dzwoni do innych facetów: Franka, może Toma, by go zastąpili na
szybko.
Kapitan
był doświadczony, więc wiedział, co to wszystko znaczy.
Jimmy
mógł liczyć na swoich kumpli.
-
Jadę tam, jak tylko… - zaczął Mick, ale Jimmy mu przerwał.
-
Zajmę się tym - powtórzył z naciskiem
i dodał - …zadzwonię - po czym się rozłączył.
Spojrzał
na kapitana - Muszę...
-
Tak, jedź - rzucił Oli, a chłopaki już stali obok.
-
Jedź - dodał David - Zajmiemy się.
-
Tak - rzucił Alex, a Sam pokiwał głową.
Tak.
Wypierdolił
stamtąd i jechał do domu, znacznie przekraczając pieprzoną dozwoloną prędkość.
Do
Evy.
*****
Piętnaście minut później
Kiedy
wysiadł z samochodu, spojrzał w górę.
W
jej oknie było ciemno.
Kurwa.
Wszedł
do jej mieszkania z zaciśniętym gardłem.
Dopiero
raz się zdarzyło że wracał z pracy, a jej nie widział w tym pieprzonym oknie.
I
to nie było dobre wspomnienie.
Jezu
Chryste.
Teraz
nie wracał z pracy, ale zadzwonił jadąc do niej, a ona nie odbierała.
Nie
odbierała przez cały dzień, a on nie zwrócił na to uwagi, bo był zbyt zajęty
tamtymi.
Jimmy, kocham cię
- dźwięczał mu w uszach jej głos.
Był
taki zajęty swoim gównem, Mattem i Marthą, że nie zwrócił uwagi na to, co się z nią działo.
Podzieliła
się z nim ważnym dla niej gównem, swoją rodziną, a on ledwo ją wysłuchał i
pojechał zająć się kimś popierdolonym, kto nawet nie był całkiem jego pieprzoną rodziną.
Rodzina
dba o siebie.
Kurwa!
Był
takim cholernym palantem.
Kretynem,
który zasługiwał na potężnego kopniaka w dupę.
Wszedł,
po otwarciu drzwi swoim kluczem.
Mieszkanie
było ciemne, ciche, opuszczone.
Gówno.
Nie
podobało mu się to ani trochę.
Stanął
niezdecydowanie w salonie, ale potem poszedł do kuchni.
Nic.
Ciemno.
Pusto.
Sprzątnięte.
Poszedł
do sypialni.
Kiedy
zapalił światło, zobaczył czubek jej ognistych włosów, wystający spod kołdry.
I
jedną rękę.
To,
co zobaczył, zaparło mu dech w piersi.
Kurwa!
Całe
jej pieprzone przedramię było pokryte czerwono fioletowymi plamami.
Usiadł
na brzegu łóżka, wyciągnął do niej rękę, zsunął kołdrę, dotknął jej twarzy i
poczuł, jaka jest gorąca.
Na
parapecie, obok odsuniętego przykrycia jej posłania, leżał termometr
elektroniczny, do badania na odległość.
Uruchomił
go i sprawdził jej temperaturę na czole.
39.1?
Zmarszczył
brwi.
Nic
mu to nie mówiło, ale termometr zapikał alarmująco.
Wtedy
zobaczył, że przestawiła na stopnie Celsjusza.
Chwilę
pomajstrował, udało mu się przestawić na Fahrenheita i zmierzył jej temperaturę
jeszcze raz.
Jezu pieprzony Chryste!
Ponad 102!
Zerwał
się, złapał ją i próbował obudzić.
-
Jimmy - wymamrotała.
-
Eva… - zaczął nagląco, ale leciała mu
przez ręce.
Kurwa!
Nie
utrzymywała nawet podniesionej głowy.
Pobiegł
do kuchni po ręcznik.
Zmoczył
go i wrócił do niej, by położyć go na jej czole.
-
Nie - odgoniła go niezdarnie ręką - Zimne.
Jezu!
-
Masz gorączkę, kochanie - powiedział jej - Musimy jechać do szpitala.
-
Nie - mamrotała - Daj ibuprofen i prześpię się. Będzie dobrze.
-
Eva, Aniele - Jimmy mówił z rozpaczą - popatrz na swoje ręce.
Zagryzła
dolną wargę i na chwilę skupiła na nim spojrzenie.
Nie
umiała kłamać.
Domyślił
się, że czegoś nie zauważył, a ona mu nie mówiła.
Zdjął
z niej kołdrę i odkrył jej nogi.
Kurwa,
kurwa, kurwa!
-
Nie - zaprotestowała słabo.
Ale
on już zobaczył to, co chciała przed nim ukryć.
Kurwa!
Jej
piękne nogi były w kostkach zniekształcone opuchlizną i również pokryte
plamami.
Dbała
o niego, szykowała mu kolację,
chodziła po mieszkaniu i nie zająknęła się na ten temat.
Jezu Chryste!
Dotarło
do niego, że ona była jego rodziną.
A
on się nią nie zajmował tak, jak na to zasługiwała.
Musiało
ją to cholernie boleć, a tylko pytała go o Matta i martwiła się jego problemami.
Jezu
pierdolony Chryste!
Owinął
ją, protestującą cicho, kocem i wciągnął na swoje kolana.
-
Będzie dobrze… - zapewniała go nieprzytomnie, mamrocząc cicho i nieskładnie -
Wszystko będzie dobrze.
Potem
wstał z nią w ramionach i poszedł do drzwi.
Czuł
ją jak bezwładny, martwy ciężar.
Zasnęła
albo straciła przytomność.
Musiał
się pospieszyć.
Po
drodze złapał kluczyki do samochodu.
Wyszedł
szybkim krokiem z mieszkania i będąc w progu drzwi, na galerii, kurewsko
wielkie dzięki Bogu, zobaczył Soniję, sąsiadkę z naprzeciwka.
-
Sonija - zawołał.
-
Jimmy… - zawołała w odpowiedzi, uśmiechając się o niego porozumiewawczo, ale
spojrzawszy na bezwładną Evę, spoważniała i zmieniła swoje nastawienie.
-
O, rany, co się stało? - zapytała.
-
Ma gorączkę, jest nieprzytomna - rzucił Jimmy - muszę… do szpitala…
Podbiegła
do niego szybko dookoła galerii i natychmiast zaofiarowała się - Daj to, pomogę
- i złapała od niego klucze do mieszkania.
Zamknęła,
zeszła z nim na dół i otworzyła mu drzwi SUV’a.
Posadził
nieprzytomną, lejącą się przez ręce, Evę na siedzeniu pasażera, w którym
odchylił oparcie, przypiął ją pasami i skierował się do drzwi kierowcy.
-
Dzięki - rzucił.
Wziął
od niej klucze, schował do kieszeni i poszedł na drugą stronę samochodu.
-
Mogę coś jeszcze zrobić? - zawołała za nim.
-
Na razie nie, ale dam znać jakby… - nie dokończył, bo wsiadł i natychmiast
uruchomił silnik.
Sonija
odsunęła się, wymanewrował i wystartował.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń