Rozdział
20
Zasypiać i budzić się obok ciebie
Eva
Cztery miesiące później
Była
sobota i byliśmy na meczu, w którym Matt miał swój debiut jako obrońca w piłce
nożnej, czyli soccer’a.
W
ciągu tych kilku miesięcy od świąt kłóciliśmy się z Jimmy’m jeszcze kilka razy
i nie unikałam tego, nie ustępowałam mu celowo, a nawet podobały mi się nasze
walki, bo zwykle prowadziły do fantastycznego seksu na pogodzenia.
Ale
też nie naskakiwałam na niego z powodu byle głupstwa, bo nie lubiłam się z nim
sprzeczać.
Tak
po prostu wychodziło.
Dużo
czasu spędzaliśmy we trójkę z Mattem, aby po prostu być razem, a często
robiliśmy to również w gronie przyjaciół.
Oboje
z Jimmy’m to lubiliśmy.
Po
Świętach byliśmy kilka razy na nartach i Matt bardzo szybko okazał się być dużo
lepszy w jeździe na desce snowboardowej.
Uwielbiał
to, więc, po rozmowie z Jimmy’m, kupiliśmy mu jedną.
My
z Jimmy’m jeździliśmy wyłącznie na nartach, ja wolałam spokojniejsze trasy,
więc jak byliśmy razem, to jeździliśmy po takich, a czasem Jimmy i Matt
wybierali się na szybsze, a ja odpoczywałam.
W
Sylwestra bawiliśmy się w dużym gronie dorosłych: przyjaciół, sąsiadów i ich bliskich.
Imprezę
zrobiliśmy w sali, którą udostępnił nam Dominik, a jedzenie było składkowe, jak
już wcześniej to wypróbowaliśmy.
Ktoś
załatwił muzykę, głośniki i światła.
Tańczyliśmy,
śmialiśmy się i rozmawialiśmy.
Zauważyłam,
że David krążył wokół Maggie, ale w dalszym ciągu ona nie była otwarta na
tworzenie nowego związku.
Nie
popychałam.
Naprawdę
mocno się upiłam w tego Sylwestra i to było po raz pierwszy od czasu mojej
osiemnastki.
Miało
to jedną dobrą stronę.
Jimmy
pokazał mi jak fantastyczny może być seks „po pijaku”, a ja skorzystałam z tego
dodatkowo, bo zapamiętałam każdą
sekundę, nawet jeśli kręciło mi się w głowie tak, że czułam wszystko zupełnie
inaczej niż zwykle.
Dobrze,
że Matt był na imprezie piżamowej u kolegi, bo miałabym się za co wstydzić
następnego dnia.
Byłam
bardzo głośna.
Z
okazji Dnia Martina Luthera Kinga, w drugiej połowie stycznia, we trójkę
pojechaliśmy do szkoły, aby pomagać w sortowaniu darów, które ludzie z całego
miasta zwozili dla ubogich.
Byli
tam również Alice i Eddie z Bertem, więc chłopcy przeważnie chodzili po szkole
razem, a my pracowaliśmy we czwórkę.
W
lutym byliśmy całą rodziną, we trójkę, na weekendowej wycieczce w Denver, by
odwiedzić Janet i jej nowego partnera.
Wydawało
mi się, że Jimmy i Chris się polubili, a na pewno znaleźli wspólny język.
Zwiedzaliśmy,
robiliśmy zakupy, ale głownie chodziło o to, byśmy mogli razem spędzić czas i
porozmawiać.
Byliśmy
w ogrodzie zoologicznym, gdzie chodziliśmy przez kilka godzin, leniwie
obserwując zwierzęta.
Siadaliśmy
często na ławkach tam rozstawionych, by Matt mógł w tym czasie poszaleć z
innymi dziećmi.
Matt
przyznał, że był to jego pierwszy wyjazd poza Salt Lake City.
Więc
wybraliśmy wiele atrakcji, które podobały by się jemu, ale również tak, by
zobaczył inne miasto niż Salt Lake, które również oferowało liczne miejsca
zabaw dla dzieci w jego wieku.
Spierał
się z Chrisem o to, która gra jest bardziej ciekawa: soccer czy football, a ja
się nie odzywałam.
Chris
był dobroduszny i spór był właściwie żartobliwy, a dla mnie football był grą
zbyt brutalną i trudną do zrozumienia.
W
czasie tego zauważyłam lśniące od humoru oczy Jimmy’ego, skierowane w moją
stronę, bo wiedział co o tym myślę i sądził, że gryzę się w język.
Nie
tym razem.
To
była pasja Matta i powinien ją czuć i rozwijać, a moje odezwanie się mogło go
przygasić.
Nie
chciałam tego, tym bardziej, że wciąż był trochę niepewny i pożądał
komplementów.
Nie
dążył do nich, ale kiedy je słyszał, dosłownie puchł z dumy.
Wydawało
mi się również, że pracował ciężko, żeby zasłużyć na pochwały ze strony
Jimmy’ego.
To
mnie nieco smuciło, bo świadczyło o pozostałościach ze starego życia w jego
psychice.
Ale
staraliśmy się dać mu stabilność.
Życie
osiadło, okrzepło, ustaliliśmy pewien rytm i reguły.
Rozmowy
z rodziną i znajomymi przez Internet stały się stałym elementem, do którego
wciągnęłam Matta (Jimmy przeważnie uciekał, chyba że rozmawialiśmy we czwórkę z
Janet i Chrisem).
Wieczorami
Matt odrabiał lekcje u siebie na biurku lub przy stoliku do kawy w bawialni, a
ja pracowałam na laptopie nad kolejną książką, podczas gdy Jimmy oglądał mecz.
Czasem
razem oglądaliśmy film lub graliśmy w grę planszową, albo Jimmy i Matt grali w
szachy, a ja pracowałam obok nich.
Lubiliśmy
spędzać razem czas.
W
czasie przerwy wiosennej w szkole, w połowie marca, tydzień temu, pojechaliśmy
z Mattem i Bertem na kilka dni na plażę do Santa Cruz.
Wynajęliśmy
dla chłopców pokój sąsiadujący z naszym apartamentem i połączony z nim drzwiami
(zamykanymi na klucz, byśmy mieli czasem trochę prywatności).
Spędziliśmy
tam naprawdę dobre pięć dni na leniuchowaniu, opalaniu się i zabawach piaskiem.
W
marcu rozpoczął się również sezon piłki nożnej.
Pierwszy
w sezonie mecz na świeżym powietrzu rozgrywał się na boisku kilkanaście
kilometrów (12 mil, ale ja nadal nie przełączyłam się na tę miarę odległości)
od naszego domu, więc zawiozłam go tam moim Audi.
Jimmy
był w pracy i nie mógł się zamienić, bo niedawno wróciliśmy z wyjazdu, ale
pojechali z nami Alice i Eddie z Bertem, by wspierać Matta (chłopcy chodzili do
jednej szkoły, chociaż Bert był już w następnej szkole - po prostu były to
połączone ze sobą budynki).
Cieszyłam
się z atmosfery na boisku, krzyczałam i podskakiwałam, bo dopingować Matta,
więc byłam mocno rozgrzana.
Dlatego
zdjęłam kurtkę i Eddie zaniósł ją do samochodu razem z kurtką Alice.
W
czasie przerwy staliśmy z Alcie i Eddie’m w przejściu między ławkami, piliśmy
napoje i rozmawialiśmy, a Bert podszedł do Matta, który był z kolegami z
drużyny.
Stałam
tyłem do wejścia, przodem do boiska, by widzieć Matta.
W
pewnym momencie przerwałam, bo poczułam, że ktoś na mnie patrzy, więc się
odwróciłam.
I
zamarłam.
W
naszą stronę szedł Oli.
Miał
bardzo poważną, skupioną minę.
Och,
nie…
*****
Olivier
Dostał
tę informację przez radio i natychmiast zdecydował, że to on musi jechać po
Evę.
Załatwił
zastępstwo, zabezpieczył bazę i wystartował.
Po
drodze zastanawiał się jak to rozegrać, żeby nie zareagowała tak nadmiernie,
jak wtedy, kiedy Alex wygłupił się z tym mało śmiesznym żartem.
Kiedy
dotarł na boisko, chodził po terenie i rozglądał się.
Evę
było łatwo zauważyć.
Śmiała
się, a jej płomienne włosy fruwały dookoła na wietrze.
Nie
po raz pierwszy zastanowił się nad tym, jak to się działo, że wyglądały jakby
były żywe.
Nie
mógł nazwać ich po prostu rudymi.
Były
właśnie takie - płomienne.
Ruszył
w jej kierunku i wtedy zobaczył, że obok niej jest Eddie.
Dzięki
Bogu.
Zanim
dotarł do nich, Eva odwróciła się przodem do niego i miała ten wyraz twarzy,
który mówił mu, że ona już wie.
Jimmy
miał rację, była mądra.
Eddie
przysunął się, jednocześnie, na szczęście, zasłaniając ją przed wzrokiem
chłopców z drużyny.
-
Hej, Oli - powiedziała Eva cichym, napiętym głosem.
-
Hej, Eva - odpowiedział, cały czas patrząc na nią czujnie, wciąż niepewny jak
to rozegrać.
-
Możesz mi pomóc - zwrócił się do Eddiego - Potrzebujemy prywatności.
-
Oli - powiedziała Eva - mów, to
przyjaciele.
-
Tak… - Oli przerwał niezdecydowany.
Patrzył
na twarz Evy, by zareagować jeśli coś by go zaalarmowało, ale, niespodziewanie,
zauważył tylko zdecydowanie, determinację i jakąś powagę.
Patrzyła
na niego badawczo.
Jakby
zrozumiała, że nie kryłby przed nią, gdyby stało się coś naprawdę złego.
A
jednocześnie, jakby był niecierpliwa, że tak długo zwlekał z powiedzeniem tego,
co miał powiedzieć.
-
Musisz pojechać ze mną - pociągnął to - nie wiem…
-
Zajmiecie się Mattem? - Eva natychmiast zwróciła się do Alice.
-
Dobrze, Słonko - odpowiedziała cicho Alice i uścisnęła dłoń Evy.
-
Eddie - Eva zwróciła się do gliny i sięgnęła do torebki, którą miała na
ramieniu - …weź mój samochód. Jak będę mogła, to do was przyjadę i odbiorę go i
Matta.
Wyciągnęła
kluczyk i mu podała.
Wcisnęła
go w dłoń faceta i zacisnęła na niej krótko palce.
Oli
zobaczył, jak pobielały ich końce.
-
Dobrze, mała - mruknął Eddie, a Oli przysiągłby, że analizuje właśnie w głowie
najgorszy możliwy scenariusz.
-
Powiedzcie Mattowi… - Eva zawahała się na chwilę, przełknęła ślinę - powiedzcie
mu tylko, że musiałam jechać, ale przyjadę jak tylko…
Nagle
Oli miał wrażenie, że Eva się rozsypie.
Ręce
jej się zatrzęsły, wargi zadrgały, ale wciągnęła słyszalny wdech przez nos,
wyprostowała się i spojrzała wprost na niego.
Wzięła
się w garść.
-
Zawieź mnie… - powiedziała zdecydowanym, mocnym głosem - gdzie jest Jimmy?
Tak,
wiedziała, że chodziło o to, że stało się coś złego.
Ale
też wiedziała, że powiedziałby jej, gdyby…
Oli
rzucił werbalne i niewerbalne pożegnania, złapał ją delikatnie pod łokieć i
zaprowadził do swojego SUV’a.
Bardzo,
bardzo chciał, żeby była z nim Lena.
Umiałaby
postąpić ze zdenerwowaną kobietą.
Pojechali.
*****
Jimmy
Kiedy
Jimmy się ocknął, wyczuł, że było już późno.
Musiało
minąć kilka godzin.
Jakby
był wieczór.
Czuł
skrępowanie czymś lewej ręki, jakiś ciężar na lewej nodze, coś leżącego na
twarzy i suchość warg.
Niewiele
więcej.
Leżał
na wysoko podniesionej poduszce na wznak.
Obok
niego szumiały i pikały jakieś maszyny.
Próbował
otworzyć oczy.
Coś
mu je zasłaniało.
Próbował
podnieść prawą, wolną rękę do twarzy.
Ktoś
go za nią trzymał.
-
Jimmy - usłyszał cichy, przepełniony ulgą głos Evy - nie ruszaj.
-
Co…? - próbował powiedzieć.
Wyszło
szeptem.
Gardło
miał wysuszone, obolałe, a w nosie czuł rurki.
Tlen.
-
Kochanie… Słońce… Był wypadek… - Eva mówiła cichym, napiętym, ale mocnym
głosem.
Siedziała
obok niego, przy łóżku.
Nie
płakała, nie była roztrzęsiona.
Złapała
go za dłoń również drugą ręką, więc owinął swoje palce wokół jej i uścisnął
lekko.
Oddała
uścisk.
Uniosła
jego rękę, rozprostowała mu palce, odwróciła ją wnętrzem do swojego policzka, a
potem przycisnęła tam usta.
Jego
Anioł.
-
Masz opatrunek na oczach, kochanie, ale nie są uszkodzone - ciągnęła dalej,
trzymając wciąż tak samo jego rękę, więc czuł jej oddech - lekarz mówi, że masz
ranę na łuku brwiowym, ale oczy są tylko podrażnione od gorąca. Będą cię
szczypać lub piec, ale nie musimy się martwić. To przejdzie, Słońce.
Poczuł,
że się poruszyła koło niego.
-
Eva - szepnął - pić.
-
Nie wiem… - zawahała się, wychyliła, wróciła, a potem poczuł rurkę i wilgoć na
wargach i w ustach.
To
przyniosło mu ulgę.
-
Wystarczy na razie? - zapytała i pogłaskała go kłykciami po szczęce.
-
Tak - odpowiedział.
Trzymał
jej rękę jak koło ratunkowe.
-
Poczekaj, kochanie - powiedziała i poczuł, że pochyla się nad nim, a potem
lekko go pocałowała w usta - Znajdę lekarza, to ci wszystko wyjaśni.
Nie
chciał, żeby odchodziła od niego nawet na chwilkę, ale wiedział, że po jego obudzeniu
się lekarz musi go zbadać.
Więc
puścił jej dłoń i cierpliwie czekał, aż Eva wróci.
Najpierw
weszła pielęgniarka, która się przedstawiła od razu od progu, zdjęła mu z
twarzy rurki od tlenu, coś mówiła, pytała, a on odpowiadał cierpliwie, chociaż
krótko, wciąż czekając na Evę.
Pielęgniarka
wyszła.
Wróciła
Eva, rozpoznał jej lekkie kroki.
Słyszał,
jak weszła za lekarzem, który zarówno energicznie wszedł jak i się od razu przywitał
i przedstawił, z wyraźnym zadowoleniem w głosie omawiając fakty dotyczące
wyników jego badań.
-
Jak się pan czuje? - pytał.
-
Dobrze - odparł Jimmy, ze zdziwieniem badając swoje ciało myślami i stwierdzając,
że naprawdę tak było.
Nic
go nie bolało, nie piekło, a pamiętał szalejące płomienie i huk.
-
Dobrze - stwierdził lekarz, a potem (jak Jimmy poznał po głosie) mówił w
kierunku niego i Evy - Tylko dzisiaj zatrzymamy pana na noc na obserwację, a
jutro wypiszemy. Dostaje pan w kroplówce leki przeciwbólowe. Zrobiliśmy
prześwietlenie RTG, nie widać innych obrażeń, ale musimy obserwować, czy nie ma
pan wstrząśnienia mózgu lub obrażeń wewnętrznych, które mogą ujawnić się
później. Obie kości podudzia lewej nogi są pęknięte, ale nie złamane,
piszczelowa mocniej, więc zostanie usztywnienie. Może cztery, pięć tygodni,
zobaczymy. Jeśli pani da radę, będzie pani musiała sama zmieniać opatrunki na
twarzy lub może pani przyjeżdżać do szpitala.
-
Umiem to zrobić - wtrąciła cicho Eva.
Jimmy
uśmiechnął się w myślach do siebie z dumą.
Oczywiście,
że umiała.
Nie
było takiej rzeczy, której jego Eva nie umiałaby zrobić.
-
Dobrze - kontynuował lekarz - Lewa ręka jest stłuczona, więc trzeba będzie na
nią uważać. Jutro powiemy jak ją traktować, pielęgniarka da państwu maści. To powinno
się zagoić w ciągu dwóch tygodni.
-
Tak - Jimmy znowu usłyszał Evę.
-
Dobrze - lekarz ciągnął dalej - rany na twarzy to rozcięcie prawego łuku
brwiowego, które ma pan założone szwy. Nad lewym okiem i pod nim są otarcia,
które trzeba będzie smarować antybiotykiem. Przez jakiś czas będzie utrzymywała
się opuchlizna. Pielęgniarka zaraz przyjdzie i zdejmie opatrunek z twarzy, to
sprawdzimy oczy.
Jimmy
usłyszał szum i poczuł, że ktoś energicznie, ale cicho wchodzi do pokoju.
-
O, już jest - lekarz odsunął się od łóżka.
Jimmy
poczuł, że pielęgniarka podchodzi od prawej strony, gdzie nie miał tylu
opatrunków, więc przekręcił tam głowę.
-
Proszę się nie ruszać - usłyszał - poradzę sobie.
Z
jego drugiej strony podeszła Eva.
Poczuł
jej zapach.
Kojący,
znajomy zapach róż.
Pielęgniarka
zdejmowała najpierw plastry, a potem gazę - delikatnie, ale zdecydowanie.
-
Proszę teraz zamknąć oczy - powiedziała, a Jimmy się zastosował.
Eva
dotknęła jego palców wystających z usztywnienia na lewej ręce.
Bała
się.
Chciał
ją uspokoić, ale sam też się denerwował.
Wciągnął
powietrze do płuc.
Pielęgniarka
zdjęła opatrunek do końca i przez powieki zobaczył jasność.
-
Proszę powoli, stopniowo otworzyć oczy - Jimmy usłyszał głos lekarza i wykonał
polecenie.
Skrzywił
się, kiedy jasne światło uraziło jego wydelikacone oczy.
Zamrugał,
kiedy poczuł szczypanie, a pielęgniarka delikatnie przyłożyła mu dwa palce do
prawego policzka pod okiem.
-
Zakroplę oko sztuczną łzą - powiedziała cicho - proszę spojrzeć do góry.
Jimmy
spojrzał, zobaczył dłoń pielęgniarki w polu widzenia, poczuł wilgoć spływającą
do oka, a potem po policzku i znowu zamrugał.
Pieczenie
zelżało.
Pielęgniarka
osuszyła mu policzek i przeszła do drugiego oka.
Powtórzyła
to, ale szybciej osuszała płyn na policzku.
Odsunęła
się.
-
I jak? - zapytał lekarz podchodząc bliżej.
Spojrzał,
świecąc krótko z boku małą latarką Jimmy’emu w oczy.
Jimmy
nadal mrugał, ale zaczął wyraźniej widzieć.
-
Dobrze - powiedział.
Lekarz
był w średnim wieku, może trochę młodszy od nich.
Ciepłe,
brązowe oczy, ciemna skóra, czarne, kręcone włosy.
Mulat.
Uśmiechnął
się, a Jimmy odpowiedział lekkim uśmiechem.
-
To dobrze - powiedział - więc nie będą potrzebne krople, ale dam państwu
receptę do domu, gdyby jednak były.
Jimmy
odwrócił lekko głowę i spojrzał na swoją żonę.
Uśmiechnął
się do niej.
Boże,
była taka piękna.
Pomyślał,
że przez kilka minut bał się, że już więcej nie zobaczy tego piękna.
W
jej oczach zalśniły łzy, położyła mu dłoń na piersi i szepnęła:
-
Hej, kochanie.
-
Hej - odszepnął.
Lekarz
wyprostował się, i stwierdził:
-
No dobrze. Więc dzisiaj zostaje pan tutaj - zaczął iść w kierunku drzwi wciąż
mówiąc - Na dzisiaj do widzenia. Spotkamy się jutro po śniadaniu, wtedy
podejmiemy decyzję.
-
Dziękuję doktorze - Eva podeszła szybko w jego kierunku z wyciągniętą ręką - i
do widzenia.
-
Tak, do widzenia - lekarz uścisnął jej dłoń jakby z zażenowaniem, odwrócił się
i wyszedł.
Za
nim wychodziła również pielęgniarka.
-
Dziękuję - powiedziała do niej Eva i również wyciągnęła do niej rękę.
Ponieważ
ta miała obie ręce zajęte, Eva dotknęła czubkami palców jej przedramienia.
-
Nie ma za co, do widzenia - pielęgniarka uśmiechnęła się do niej i wyszła.
Później
Eva podeszła od razu do jego łóżka, usiadła na brzegu bokiem, przodem do niego,
oparła się prawą ręką po jego drugiej stronie i pochyliła do niego twarz.
-
No i co ja mam teraz zrobić? -
zapytała, a Jimmy nie wiedział o co chodzi, więc zmarszczył brwi (zabolało).
Wiedział
tylko, że jego żona czuje się dobrze, nie jest nieszczęśliwa ani wystraszona,
bo najwyraźniej żartowała.
-
Nie wiem… - zaczął - ty mi powiedz.
-
Jak mam dotrzymać mojej przysięgi małżeńskiej? - uściśliła swoje pytanie
szeptem, prostując się lekko, aby dotknąć jego prawego policzka dłonią lewej
ręki.
Pogładziła
bardzo delikatnie kciukiem jego kość policzkową.
Zamknął
oczy.
Kochał
ten dotyk.
Dotyk
Anioła.
Jego
Anioła.
Przekręcił
lekko głowę, a ona wiedziała czego chce i dała mu to.
Przesunęła
wnętrze dłoni do jego ust, a potem przyłożyła tam swoje usta.
-
Kocham cię, Jimmy - wyszeptała przy nich.
-
Kocham cię, Aniele - odpowiedział, kiedy odsunęła się odrobinę, ale nadal miała
czoło lekko przysunięte do jego czoła.
Usłyszeli
szybkie pukanie i przez drzwi głowę wsadził Alex, a potem weszli wszyscy jego
kumple: David, Billy, Sam i Oli.
Eva
odwróciła się i wstała, po czym przysiadła bokiem biodra przy jego ramieniu,
trzymając jego dłoń w obu swoich.
-
No tak - stwierdził głośno Alex - ledwo się wywinął z płonącego domu, a ty już
się do niego dobierasz.
Jimmy
poczuł irytację i miał ochotę warknąć na kretyna, ale, kiedy zobaczył, że Eva z
cichym śmiechem przewraca oczami do sufitu, rozluźnił się i uśmiechnął się
lekko.
Jego
żona, najwidoczniej, w czasie, kiedy on był nieprzytomny, dostała wsparcie od
chłopaków, więc wybaczała nawet Alexowi głupkowate komentarze.
-
No, facet - zaczął Sam, obchodząc łóżko z drugiej strony - Myślałem, że nie
będziesz już taki przystojny, a tobie nawet to się upiekło.
-
Ups - zawołał, obejrzał na Billy’ego i niby z przestrachem zatkał sobie usta
dłonią - miałem nie mówić o pieczeniu.
-
Zamknijcie się - mruknął David, podchodząc do nóg łóżka i patrząc uważnie na
Jimmy’ego.
-
Wszystko okej? - zapytał go, przenosząc wzrok między nim a Evą.
-
Okej - mruknął Jimmy, ale poczuł, że Eva sztywnieje.
Zmarszczył
brwi (znowu zabolało) i spojrzał na nią, a potem na Oliviera, który stał z boku
i patrzył w stronę drzwi.
Eva
zagryzła wargę.
Oli
nie patrzył na niego, a Alex i Sam spoważnieli.
-
Co jest? - zapytał niby swobodnie, ale jego głos był napięty.
-
Dzieciak - mruknął Oli.
Jimmy
pamiętał, jak Josh rzucił się do płonącego budynku bez kurtki ochronnej, w
koszulce, bez kasku i tylko spodnie miał ognioodporne, kiedy usłyszeli krzyk jakiejś
kobiety „tam jest dziecko”.
Kurwa.
Pobiegł
za nim, wołając, by się zatrzymał.
Był
już ubrany w strój ochronny, miał kask i rękawice, ale nie miał ochraniacza na
twarz.
Dzieciak
pobiegł pieprzonym korytarzem w stronę sypialni, o których wiedzieli, że były
zamieszkałe przez kilkoro dzieci.
Większość
pokoi, położonych w bliższej części domu, sprawdzili koledzy z innej jednostki,
ale wiedzieli, że dzieci ze strachu zwykle chowają się pod łóżkiem, albo do
szafy.
Nie
wiedzieli, że w ostatniej sypialni, na końcu korytarza, było szeroko otwarte
okno.
I
zamknięte drzwi.
Jezu
Chryste!
Josh
gwałtownie, jednym szarpnięciem szeroko otworzył te drzwi.
Ognisty
podmuch.
Podejrzewał,
że Josh o nim słyszał.
Po
tej akcji wiedział, że nigdy wcześniej go nie widział.
Wiedziałby,
jak postąpić.
Zamknął
powoli oczy.
Przypomniał
sobie huczący ogień buchający korytarzem z głębi mieszkania wprost na nich
dwóch i Josha ciśniętego na podłogę.
Kurwa.
Sam
w porę uskoczył w otwarte drzwi innej sypialni, przy których się znajdował, ale
i tak go odrzuciło na jakieś meble.
Nie
widział potem, co się stało z Dzieciakiem, bo w tym pokoju na podłodze
przeturlał się i zobaczył pod łóżkiem dziewczynkę.
-
Jimmy - usłyszał cichy głos Evy i poczuł jej rękę w swojej dłoni.
Zacisnął
na niej palce.
Otworzył
oczy i spojrzał na Davida, a potem na Oli’ego.
-
Mów do mnie - rzucił do kapitana.
Eva
oddała mu uścisk.
-
Jest mocno poparzony, ma ranę głowy - Oli mówił krótko i wprost - Jest
nieprzytomny, boją się wstrząśnienia mózgu, ale najgorsze są te oparzenia.
Gówno!
Jimmy
to zrozumiał.
Był
strażakiem już tak długo, że zrozumiał więcej niż ktokolwiek z nich chciał mu
powiedzieć.
-
Koniec wizyty - usłyszeli głos dochodzący od drzwi.
Weszła
inna pielęgniarka, zaczęła wyganiać chłopaków, ale uśmiechnęła się do Evy.
Przyniosła
jego kolację.
Eva
wstała z łóżka, podeszła do niej, więc stały obok parapetu i cicho rozmawiały.
Kumple
po kolei podchodzili do niego się krótko pożegnać.
Kiedy
nadeszła kolej kapitana, uścisnął mu rękę.
-
Zajmij się sobą - powiedział - Josh to przejdzie.
-
Tak - mruknął Jimmy.
Oli
bez słów wiedział, co on czuje i prawdopodobnie sam również czuł to samo.
Nie
było słów, by to wyrazić, więc nie dodali
nic więcej.
Ostatni
podszedł do niego David.
-
Poczekam na telefon - powiedział cicho do niego - Może Eva będzie chciała
jechać po Matta.
-
Okej - mruknął Jimmy, oglądając się na nią - Dzięki.
Kiedy
zostali sami, Eva podeszła do niego, usiadła znowu na łóżku przodem do niego i
dotknęła ustami jego ust.
Tym
razem objął ją za szyję prawą ręką i przyciągnął jej twarz do swojej szyi, mimo
że poczuł kłucie wenflonu wbitego w zgięcie łokcia.
-
Zjedz kolację, Słońce - mruknęła i zaczęła się odsuwać.
-
Eva - zapytał - Wszystko dobrze?
-
Jak z tobą jest dobrze… - powiedziała, patrząc mu ciepło prosto w oczy i
gładząc jego prawy policzek - …to jest
dobrze.
Kurwa,
ale to było dobre.
Jego
kochana Eva.
-
Jedyne, co jest niedobre - zaczęła znowu, więc się napiął - to to, że musisz tu
zostać, a ja muszę pojechać.
O
kurwa, nie pomyślał o tym.
-
Będę musiała pozwolić ci zasnąć i obudzić się beze mnie w pobliżu… - dokończyła
swoją wcześniejszą myśl - …a przysięgałam tego nie robić.
-
Aniele - zamruczał czule - przetrwamy to. To nie z naszego wyboru.
-
Tak - szepnęła, pocałowała go jeszcze raz, a potem poszła do przenośnego
stolika, na którym pielęgniarka zostawiła jego kolację.
Przesunęła
całość nad jego łóżko i odkryła talerze.
-
A ty? - zapytał - Jesteś głodna.
-
Jedz - powiedziała, uśmiechając się do niego słodko - Mogę zjeść trochę z tobą.
Później zjem kolację z Mattem.
Tak,
wiele razy mówił jej, że lubi jak ona je z nim.
Przynajmniej
wtedy wiedział, że coś zjadła.
Zaczęła
go karmić łyżką, skubiąc trochę jedzenia dla siebie.
Nie
powiedział jej, że ma prawą rękę sprawną.
Podejrzewał,
że potrzebowała się nim zająć.
Opowiadała
przy tym o meczu Matta cichym, ale pogodnym głosem.
Kiedy
jedli, poczuł, że ogarnia go coraz większa senność.
Oczy
same mu się zamykały.
Zobaczyła
to, a wiedział o tym, kiedy odstawiła stolik starając się być jak najciszej, a
potem podeszła, usiadła obok niego, pogłaskała go znowu po policzku, jak lubił
najbardziej.
Wreszcie
powiedziała:
-
Śpij, Słońce, odpoczywaj, a jutro wróć do mnie, do domu.
-
Taaa… - wyszeptał sennie - myślałem, że nie dam rady spać bez ciebie, twojego
zapachu.
Miał
zamknięte oczy, więc nie zwrócił uwagi na to, że znieruchomiała, a potem
zasnął, więc nie widział tego, co zrobiła dla niego.
Odleciał.
*****
David
David
stał przed pokojem Josha i patrzył przez ścianę szkła na kumpla ukrytego pod
foliowym namiotem i szpitalną aparaturą, kiedy zobaczył kątem oka zbliżającą
się Evę.
Patrzyła
na niego i wyglądała, jakby się spieszyła.
Odwrócił
się do niej przodem i przyjrzał ze zdziwieniem, które szybko zamieniło się w
złość.
Była
tylko w sportowym staniku.
Bez
koszulki, którą miała na sobie wcześniej.
Półnaga.
Zmarszczył
brwi.
Co do cholery?
-
Eva… - zaczął.
-
David - przerwała mu, jakby z pośpiechem - nie wiesz gdzie są jakieś ubrania
Jimmy’ego?
-
Tu nie ma nic - odparł - Jak były osmalone, brudne, to zabrali do pralni, jak
były nadpalone to wyrzucili.
-
Och - posmutniała, odwróciła głowę na bok i zagryzła wargę.
-
Eva, co do cholery? - zapytał zły na nią, że tak paraduje po szpitalu bez
koszulki - Gdzie twoja koszulka?
Spojrzała
na niego ponownie.
-
Ja… bo… - zaczęła niepewnie, założyła włosy za ucho, a potem objęła oburącz
swoje ramiona i potarła dłońmi skórę.
-
Jimmy potrzebował… - dodała cicho i urwała.
Przez
Davida przeszło zrozumienie, więc się wyprostował i poczuł jak cała złość
wyparowała.
Nie
było ważne dlaczego i po co, zrobiła to dla jego kumpla.
Zrobiłaby
dla niego wszystko.
Nie
wahał się dłużej.
Kiedy
po akcji wrócili do bazy, wziął w remizie szybki prysznic i przebrał się, zanim
przyjechał do szpitala.
Więc
miał na sobie świeży t-shirt i dresową bluzę sportową, owiniętą na biodrach.
Spodziewał
się wieczornego chłodu, bo przecież był dopiero marzec.
Zdjął
ją teraz bez słowa i zwinął jej dół, a następnie wetknął ją Evie przez głowę na
ramiona.
-
David… - zatchnęła się.
-
Przełóż tu ręce - rozkazał, nadstawiając jej rękawy.
Kiedy
naciągnął na nią bluzę, okazało się, że wisi na niej, a rękawy zakrywały jej
dłonie.
Zaczerwieniona
zaczęła je podwijać.
-
Dzięki - wymamrotała.
Kiedy
już była ubrana, odwrócili się razem przodem do szyby.
-
Jak Josh? - zapytała.
-
Wprowadzili go w śpiączkę - odpowiedział, patrząc na leżącego gdzieś tam Dzieciaka,
całkowicie schowanego pod plastikowym namiotem, z wystającymi na boki kablami i
rurkami.
-
Zobaczymy za dwa, trzy dni - dodał.
-
Tak - szepnęła.
-
Sandra jest w poczekali - kiwnął brodą w prawo - Ma przy sobie rodzinę. Odwiozę
cię do domu - powiedział, odwracając się do niej.
-
Ja… - znowu zawahała się i przesunęła dłonią po włosach - …muszę pojechać do
Alice po Matta.
Spojrzała
na niego niepewnie - Jeśli to dla ciebie nie jest kłopot.
Kurwa,
tak, Jimmy miał szczęście.
David
nie zazdrościł kumplowi.
Cieszył
się, że on to ma.
Obaj
długo żyli w swoich głowach, każdy zajęty własnym dramatem.
-
Żaden kłopot - powiedział do niej łagodnie i złapał ją za łokieć - Chodźmy.
Szli
do jego Grand Cherokee, zapakowali się, zapinali pasami, powiedziała mu gdzie
mieszkają jej przyjaciele, ale potem jechali w całkowitym milczeniu.
Eva
była zamyślona i patrzyła w boczne okno.
W
czasie drogi David wspominał, jak zobaczył Evę po raz pierwszy wiele, wiele miesięcy temu.
Prawdopodobnie
wtedy nawet go nie zauważyła, albo nie zapamiętała.
Pojechał
do Jimmy’ego, bo mieli oglądać mecz footballu na jego dużym telewizorze.
Często
to robili.
Miał
ze sobą zgrzewkę piwa, a potem mieli zamówić pizzę na kolację.
Eva
była przy tym swoim śmiesznym Priusie i grzebała coś w bagażniku, a potem
usłyszał, jak zamykała go i zapiszczała w zamki.
Wszedł
na schody i stał przed drzwiami kumpla, kiedy weszła na górę.
Jimmy
wyszedł, miał wpuścić Davida, ale ten nie wszedł, bo kumpel wyszedł do Evy na
galerię.
I
dla niej to było tak, jakby nikt inny nie istniał na całym świecie.
Jej
twarz nagle rozjaśniła się i patrzyła tylko na Jimmy’ego, słuchała go,
przechylając głowę, zaczesując włosy tym samym gestem, co teraz.
Uśmiechała
się do niego nieśmiało, a on mówił coś o jakiejś trasie na wycieczkę rowerową.
Gówniana
gadka do tak zapatrzonej kobiety.
To
prawda, że wtedy jej włosy były krótkie i szare, nijakie.
Nie
była w ogóle kobieca, ale te jej oczy, uśmiech i przechylenie głowy…
Było
widać, że jest w nim zabujana i było widać, że jest ładna.
I
tyle.
W
tym momencie David uświadomił sobie, że Jimmy już wtedy nie zarywał żadnych suk
w barze, kiedy wychodzili na piwo.
Nie
był zainteresowany żadną cipką.
To
było rok temu.
Od
tamtej pory Eva i Jimmy stali się praktycznie nierozłączni.
David
pamiętał jawny, głośny zachwyt Evy, kiedy Jimmy ratował tamtego faceta na
drodze.
Jej
dumę.
Nigdy
nie czuł czegoś takiego od żadnej kobiety.
Jimmy
spędził kilka dni śpiąc w fotelu w szpitalu, kiedy była chora.
David
pamiętał strach w jego oczach, kiedy myśleli, że to coś poważniejszego.
I
ten szalony ślub.
A
potem tamto.
David
pomógł Jimmy’emu znaleźć ją, kiedy wyjechała.
Uśmiechnął
się w duchu na wspomnienie tego.
Jego
kumpel był prawdziwym pieprzonym wariatem, jeśli poważnie myślał, że ona go kiedykolwiek zostawi.
Po
prostu wyjechała.
Może
głupio, może reagując nadmiernie, ale nie chciała go zostawić.
Wyjechała
rysując wyraźną, szeroką ścieżkę z okruszków, żeby było łatwo ją znaleźć.
A
teraz mają dom i rodzinę.
To,
jak Eva opiekowała się Jimmy’m, jak zajęła się jego wnukiem, kurwa, jak dbała o
każdego z nich.
To było wprost
niesamowite.
Tylko
Lena tak opiekowała się nimi wszystkimi, ale Lena była z Olim od tylu lat, że
David podejrzewał, że znali się od dzieciństwa.
Oboje
zachowywali się w specyficzny sposób, mieli ukształtowane zasady dotyczące
wiary i rodziny, więc David podejrzewał, nie sprawdzając, że oboje pochodzili z
kręgu mormonów.
Albo
byli wyrzutkami z tamtej społeczności, albo uciekinierami albo ich potomkami.
To
nie było istotne.
Nie
było jasne, jaka jest przeszłość Evy, dopóki nie został poproszony o
naprostowanie tej historii z byłym popieprzonym szefem jej syna.
To
również nie byłoby istotne dla Davida, bo uważał, że przeszłość nie musi mieć
znaczenia.
Najważniejsze
było to, jakim człowiekiem był ktoś w danej chwili.
A
dzisiaj jej zachowanie wyjaśniło Davidowi bardzo
dużo.
Widział
to już wcześniej u innych, również u facetów na misjach.
Nie
była histeryczką.
Czekała
z nimi na lekarza w poczekalni, pozwoliła się pocieszyć, słuchała ich opinii i
zadawała konkretne pytania.
Była
nerwowa, ale bardziej niecierpliwa niż załamana.
Kiedy
wszedł lekarz, przyskoczyła do niego.
A
kiedy lekarz powiedział im o złamanej nodze i innych urazach, a potem pozwolił
jej w końcu pójść do Jimmy’ego, nie wahała się ani sekundy.
Rzuciła
im krótkie podziękowanie, pożegnanie i pobiegła, a oni poszli do Josha.
Po
prostu poprzednio właśnie dowiedziała się, co czuje do Jimmy’ego, a myślała, że
on nie żyje.
Zresztą
zaraz okazało się, że była chora.
David
czuł to tak samo.
Śmierć
była końcem.
Dopóki
Jimmy żył, był z nią.
Kiedy
ktoś, kogo kochasz żyje, możesz to mieć, nawet, jeśli nie ma nogi lub nie
widzi.
Dzisiaj
Eva pokazała, że zamierza to mieć nawet, jeśli Jimmy nie będzie miał nogi lub
nie będzie widział.
I
David szanował ją za to i za to, że w widoczny, troskliwy sposób opiekowała się
swoim mężczyzną.
Wysiedli
przed domem gliniarza.
David
odprowadził ją do drzwi.
-
Może wejdziesz - powiedziała Eva - Alice ma moje ubrania, które zostawiłam na
meczu. Przebiorę się, to ci oddam…
-
Nie - przerwał jej - zostaw. Oddasz mi jutro, jak Jimmy będzie wychodził.
-
Och - zawahała się, a potem uśmiechnęła i, kurwa, przysunęła się do niego, by
go objąć i przytulić.
Kurwa!
Nikt
go tak nie przytulał od lat.
Wspomniał
Maggie, jej smutne oczy i nieśmiały uśmiech.
Ją
przytulał, ale to było coś innego.
To
było ich.
-
Dobranoc, David - wyszeptała Eva.
-
Noc, Evie - wymamrotał, odsuwając się.
Patrzył,
jak dzwoni do drzwi, a potem wymienił kiwnięcie brodą z Eddiem, który jej
otworzył, machnął jej ręką, kiedy wchodziła i odwrócił się do swojego
samochodu.
I
wystartował.
*****
Eva
Wieczorem
Alice i Eddie wmusili we mnie rybę i frytki, a ja poddałam się, chociaż nie
byłam głodna.
Matt
siedział w pokoju Berta i kończyli jakąś grę.
Podczas
jedzenia opowiedziałam Alice i Eddiemu trochę o stanie Jimmy’ego i o Joshu, więc
wróciliśmy z Mattem do domu dosyć późno.
Matt
był bardzo milczący, ale, nie czekając na jego pytania, jeszcze w samochodzie, powiedziałam
mu delikatnie i oględnie o pożarze, wybuchu, co się stało i że Jimmy wróci do
domu następnego dnia.
Bardzo
się potem ożywił, zadał kilka pytań, zrobił zadanie domowe na poniedziałek w
kuchni i posiedział chwilę ze mną, kiedy robiłam dla Jimmy’ego scones.
Nawet
trochę mi pomagał.
Kiedyś,
kiedy zapytałam Jimmy’ego co do jedzenia zapamiętał z dzieciństwa, za czym
tęskni, powiedział mi o tych bułeczkach, ale nigdy do tego nie wróciliśmy.
Postanowiłam
je dla niego (i dla Matta) robić na jutrzejszy lunch.
Kiedy
scones były w piekarniku, zagoniłam Matta, by szykował się do łóżka, a sama przygotowałam
się do snu i do wyprawy jutro po mojego męża, by odebrać go ze szpitala.
Nie
miał w szpitalu ubrań, bo wczorajsze były wyrzucone lub gdzieś w praniu.
Sięgnęłam
do jego szuflady, włożyłam z niej wszystko, co uznałam za potrzebne do torby
podróżnej i „zawisłam”.
Na
półce w garderobie leżała koszulka, którą Jimmy miał na sobie w domu przed
wyjściem do pracy.
Wzięłam
ją do rąk i zanurzyłam w niej twarz.
Pachniała
jak Jimmy.
Zrozumiałam,
czemu Jimmy tak często mówił o moim zapachu i dlaczego tak lubił z nim
zasypiać.
To
była intymność bez obecności.
Naszykowałam
się do snu, poszłam do kuchni, by w odpowiednim czasie wyjąć bułeczki z
piekarnika, by stygły na blacie w kuchni, a potem pomyślałam, że przecież Jimmy
nie będzie mógł chodzić po schodach.
Weszłam
do pokoju gościnnego.
Mieliśmy
tam podwójne łóżko i właściwie wszystko, co potrzebne na co dzień, również
dostęp do łazienki, by Michał i Dorota mogli tam spać, kiedy przyjeżdżali do
nas w odwiedziny.
Uśmiechnęłam
się do siebie.
Tak.
To
było dobre rozwiązanie.
Naszykowałam
wszystko.
Potem
położyłam się spać w naszym łóżku, wtulona w zapach Jimmy’ego z jego używanej
koszulki, którą założyłam do snu.
Miałam
nadzieję, że on też to lubił.
Nie
zasnęłam od razu, ale to zrobiłam.
*****
Jimmy
Trochę później tej nocy
Jimmy
obudził się, kiedy w środku nocy usłyszał jakieś tupanie, bieganie, naglące
głosy.
Coś
się działo na korytarzu.
Nikt
nie wszedł do jego pokoju.
Westchnął,
zamknął oczy i pomyślał, że nie zaśnie z powrotem bez możliwości zmiany
pozycji, bez ciepłego ciała Evy obok siebie i bez jej zapachu.
Wciągnął
powietrze przez nos, by westchnąć jeszcze raz, kiedy to poczuł.
Zapach
Evy był wszędzie dookoła niego.
Otworzył
oczy, zmarszczył brwi, powąchał, żeby się dowiedzieć skąd go czuje, przekręcił
głowę i w słabym świetle, kątem oka spojrzał na poduszkę.
Pomarańczowe.
Koszulka,
którą Eva miała na sobie wczoraj.
Jezu
Chryste!
Zostawiła
mu pod głową swoją koszulkę.
Zacisnął
usta.
W
czym ona wyszła ze szpitala?
Nie
pamiętał, żeby miała jakąś bluzę lub kurtkę.
Przecież
na pewno zmarzła.
Zamknął
oczy i przytulił prawy policzek do jej miękkiej koszulki na swojej poduszce.
Nadal
był pod wpływem środków przeciwbólowych, więc po pewnym czasie zaczął
odlatywać.
Wdychał
jej zapach i myślał o tym, że ona kolejny raz zadbała o niego, martwiła się i
znalazła rozwiązanie jak „zasypiać i budzić się obok niego”.
Tak
dobrze było mieć kogoś, kto o niego dbał.
Środki
przeciwbólowe wciąż płynęły kroplówką, więc stopniowo zrelaksował się, aż w
końcu zasnął uśmiechnięty i śnił, że jest z nią.
Nie
obudził się, kiedy przyszła pielęgniarka i odłączyła mu kroplówkę.
Obudził
się powtórnie o świcie i wtedy to zauważył.
Jego
łóżko poruszało się, bo ktoś się na nie wdrapywał.
Spojrzał
na swój prawy bok.
Jezu
pierdolony Chryste!
Oparta
drobnymi rączkami o jego klatkę piersiową, wpatrywała się w niego czarnymi
oczkami ta drobinka, którą wyciągnął spod tamtego łóżka i, wtuloną w siebie,
wyniósł z płomieni, kuśtykając na zranionej, bolącej (jak się później okazało,
pękniętej) nodze, zanim koledzy nie przejęli jej i nie położyli go na noszach.
Potem
już nic nie pamiętał.
- Ppuedo dormir aqui?
Jezu,
znał trochę hiszpański, ale nie był pewien, czy dobrze zrozumiał.
Chce
tutaj spać?
W
jego łóżku?
Z
nim?
- Por favor.
- wyszeptała, a on nie mógł się oprzeć temu spojrzeniu.
-
Okej - wymruczał i odrzucił róg kołdry, a kiedy wtuliła się, nakrył ją i owinął
jej plecki ramieniem.
Wtuliła
się szybko pod jego pachę i, zanim zdążył zareagować, spała, lekko posapując
przez nos.
Może
powinien był zadzwonić po pielęgniarkę, ale nie zdążył podjąć jakiejkolwiek
decyzji.
Zasnął.
*****
Eva
Rano następnego dnia
Przyjechałam
do szpitala zaraz po odwiezieniu Matta do Alice i Eddiego.
Weszłam
rano do pokoju Jimmy’ego, spojrzałam na jego łóżko i zatrzymałam się w progu
jak wryta.
Dosłownie
zabrakło mi tchu.
Weszłam
głębiej, podeszłam do okna, położyłam torbę na podłodze i odwróciłam się do
łóżka.
Jimmy
nie spał.
Patrzył
na mnie i się uśmiechał.
-
Hej, Słońce - powiedziałam cicho i podeszłam do niego.
-
Hej, Aniele - odpowiedział.
Nachyliłam
się nad nim od strony jego poranionego boku i delikatnie pocałowałam go w usta.
-
Kto to? - zapytałam łagodnie, czule zerkając na czarną główkę wtuloną pod jego
pachę.
-
Maleństwo, które wyciągnąłem spod łóżka w płonącym domu - powiedział.
A
mnie w tym momencie ponownie całe powietrze uszło z płuc.
Uratował ją.
-
Jimmy - wyszeptałam oszołomiona.
-
Eva, poproś tu pielęgniarkę - mówił cicho Jimmy - myślę, że mogą jej szukać.
-
Okej - powiedziałam nadal szeptem, wciąż oszołomiona odwróciłam się i poszłam w
stronę drzwi.
Obejrzałam
się jeszcze raz, zobaczyłam, że mój wspaniały mąż leży nieruchomo, delikatnie
obejmując ramieniem małe, wtulone w niego ciałko i patrzy na mnie z łagodnym
uśmiechem na ustach.
Wybiegłam
z pokoju.
Wracałam
po tym, jak poinformowałam pielęgniarkę o znalezisku.
Pobiegła
znaleźć kogoś z oddziału dziecięcego.
Weszłam
i powitało mnie ponownie ciepłe, łagodne spojrzenie Jimmy’ego.
Boże
kochany!
Przypomniałam
sobie te kilka godzin, kiedy myślałam, że nie zobaczę więcej tego pięknego,
krystalicznie niebieskiego spojrzenia, skierowanego na mnie.
Uśmiechnęłam
się do niego.
Chowałam
jego rzeczy, ułożone na szafce obok łóżka oraz moją koszulkę z wczoraj,
szykowałam jego rzeczy, które przywiozłam z domu, ale nie rozmawialiśmy, a ja
starałam się nie robić hałasu, by kruszynka spała obok Jimmy’ego jak najdłużej.
Podeszłam
do jego łóżka ponownie od strony usztywnionego ramienia i nogi, przysiadłam z boku
na krześle przy nim i patrzyłam cicho na maleństwo, opierając brodę na rękach.
W
końcu obudziła się i podniosła główkę, oparła na jednej rączce, drugą przecierając
zaspane, czarne oczka.
Przysunęłam
twarz do twarzy Jimmy’ego.
-
Hej, Kociątko - powiedziałam delikatnie.
Popatrzyła
na mnie spłoszona i usteczka wygięły jej się w podkówkę, ale potem spojrzała na
Jimmy’ego i oparła się rączką na jego klatce piersiowej.
-
Hola - powiedziała poważnie.
Zaskoczenie
przeniknęło mnie, kiedy pomyślałam, że maleństwo może nie znać angielskiego.
-
Umiesz mówić po angielsku? - zapytał łagodnym pomrukiem Jimmy.
-
Sí - szepnęła, opuściła oczka i
zaczęła się bawić tasiemką przy szpitalnej koszuli Jimmy’ego.
-
Aniele - powiedział Jimmy, odwracając się delikatnie do mnie - nie wiesz gdzie
są tamte? Może ona czegoś potrzebuje.
Pomyślałam,
że może mieć rację.
Podwójnie.
Po
pierwsze mała mogła chcieć siusiu lub jeść, a po drugie mogła się bać
pielęgniarek, więc lepiej było przy niej o nich nie wspominać.
-
Tak, Słońce - odpowiedziałam - Zaraz pójdę.
Wyprostowałam
się i zaczęłam podnosić.
-
Tú eres un Ángel - powiedziała nagle
mała zdecydowanie pokazując na Jimmy’ego, a potem dodała pokazując na mnie - tu eres el Sol.
Ponownie
czułam, zdziwienie i jakąś radość.
Znałam
dobrze angielski i francuski, bo moi rodzice nalegali na naukę języków obcych
(które sami znali bardzo dobrze).
Potem
w liceum uczyłam się łaciny, więc w czasie podróży po Europie, w czasie rozmów
z mieszkańcami, poznałam hiszpański i włoski wystarczająco dobrze, by je
rozumieć.
Jimmy
nawał mnie Aniołem, a ona uważała jego
za Anioła (i pewnie miała rację).
Nazwałam
go Słońce, a ona powiedziała, że ja byłam Słońce.
No,
dobrze, więc rozumiała co mówiliśmy.
Pora
na dowiedzenie się czegoś o niej.
-
Jak masz na imię? - zapytałam po angielsku z uśmiechem.
-
María - odparła, a ja kolejny raz poczułam,
jakby w pokoju zabrakło powietrza.
Ścisnęłam
konwulsyjnie wystające z usztywnienia palce Jimmy’ego, które wcześniej
delikatnie głaskałam.
W
tej samej chwili do pokoju weszły pielęgniarki.
Jedna
z nich niosła tacę ze śniadaniem dla Jimmy’ego, a druga uśmiechała się do
małej.
-
Dzień dobry - powiedziały obie, a my odpowiedzieliśmy takim samym powitaniem.
W
tej samej chwili Maria zaczęła się dąsać.
-
No quiero - powiedziała i wtuliła się
mocniej w bok Jimmy’ego.
Najwyraźniej
znała je i wiedziała, co miało się stać.
-
Idziemy, mały diabełku - powiedziała pulchna, sympatyczna pielęgniarka i po
prostu wzięła ją na ręce.
Maria
zrezygnowała z oporu, usadowiła się na jej biodrze, a potem ponad jej ramieniem
przesłała nam słodki uśmiech i machała do nas rączką.
-
Adiós Ángel, adiós Sol - zawołała i
wyszły.
Kiedy
pielęgniarka krzątająca się koło Jimmy’ego sprawdzała mu temperaturę i
opatrunek, odsunęłam się do okna, ale po cichu pytałam, by dowiedzieć się jak
najwięcej o dziecku.
Dowiedziałam
się, że była to czteroletnia sierota, której ciocia - jedyna opiekunka -
zginęła właśnie w tym pożarze.
Dziecko
miało trafić do rodziny zastępczej.
Jimmy
nie zadawał pytań, nie odzywał się, ale przez cały czas nie zwracał uwagi na
pielęgniarką, tylko przypatrywał mi się bardzo uważnie.
Wiedziałam
po jego spojrzeniu, że chyba rozumiał, co czułam i o czym myślałam, jak zawsze
znając mnie i wyczuwając moje emocje.
Podziękowałam
pielęgniarce i powiedziałam, że ja podam Jimmy’emu śniadanie.
Kiedy
pielęgniarka wyszła, dosunęłam stolik z jego śniadaniem do łóżka, wyjęłam swoje
zapiekane kanapki i termos z herbatą, które specjalnie zabrałam z domu, by
zjeść z nim śniadanie tak, jak lubił i ja lubiłam i usiadłam na krześle obok
łóżka.
-
Aniele - wymruczał Jimmy, wpatrując się w moją twarz.
-
Matt przejął się tym, że cię nie ma - zaczęłam pogodnie, aby odwrócić jego
uwagę i rozstawiałam nadal nakrycia na stoliku - ale mu ulżyło, jak powiedziałam,
że dzisiaj wracamy do domu.
-
Spójrz na mnie - Jimmy nie dał się zwieść - chcesz tego…
Zagryzłam
wargę i pochyliłam się do niego.
-
Jimmy… - szepnęłam, patrząc w jego oczy - …ona nie ma nikogo.
-
A jeśli ma? - zapytał Jimmy.
-
To będzie miała z kim być -
powiedziałam stanowczo, ale łagodnie.
Odsunęłam
się po pocałowaniu delikatnie jego ust i zajęłam się jego śniadaniem.
I
tak myślałam, to była prawda, a w danej chwili i tak najważniejsze dla mnie
było przewiezienie mojego bohaterskiego, wspaniałego mężczyzny do domu, bym
mogła sama się nim zaopiekować.
Musiałam
poczekać na lekarza.
Jedliśmy
więc razem jajka sadzone z kiełbaskami, zapiekane kanapki, scones z musem
jabłkowym i rozmawialiśmy o tym, jak Matt przyjął wiadomość o wypadku
Jimmy’ego.
A
potem poszłam, by dowiedzieć się o stan zdrowia Josha.
Niestety,
nie było zmian.
Trzeba
było czekać.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń