wtorek, 18 stycznia 2022

20 - Zasypiać i budzić się obok ciebie

 

Rozdział 20

Zasypiać i budzić się obok ciebie

Eva

 

 

 

 

Cztery miesiące później

Była sobota i byliśmy na meczu, w którym Matt miał swój debiut jako obrońca w piłce nożnej, czyli soccer’a.

W ciągu tych kilku miesięcy od świąt kłóciliśmy się z Jimmy’m jeszcze kilka razy i nie unikałam tego, nie ustępowałam mu celowo, a nawet podobały mi się nasze walki, bo zwykle prowadziły do fantastycznego seksu na pogodzenia.

Ale też nie naskakiwałam na niego z powodu byle głupstwa, bo nie lubiłam się z nim sprzeczać.

Tak po prostu wychodziło.

Dużo czasu spędzaliśmy we trójkę z Mattem, aby po prostu być razem, a często robiliśmy to również w gronie przyjaciół.

Oboje z Jimmy’m to lubiliśmy.

Po Świętach byliśmy kilka razy na nartach i Matt bardzo szybko okazał się być dużo lepszy w jeździe na desce snowboardowej.

Uwielbiał to, więc, po rozmowie z Jimmy’m, kupiliśmy mu jedną.

My z Jimmy’m jeździliśmy wyłącznie na nartach, ja wolałam spokojniejsze trasy, więc jak byliśmy razem, to jeździliśmy po takich, a czasem Jimmy i Matt wybierali się na szybsze, a ja odpoczywałam.

W Sylwestra bawiliśmy się w dużym gronie dorosłych: przyjaciół, sąsiadów i ich bliskich.

Imprezę zrobiliśmy w sali, którą udostępnił nam Dominik, a jedzenie było składkowe, jak już wcześniej to wypróbowaliśmy.

Ktoś załatwił muzykę, głośniki i światła.

Tańczyliśmy, śmialiśmy się i rozmawialiśmy.

Zauważyłam, że David krążył wokół Maggie, ale w dalszym ciągu ona nie była otwarta na tworzenie nowego związku.

Nie popychałam.

Naprawdę mocno się upiłam w tego Sylwestra i to było po raz pierwszy od czasu mojej osiemnastki.

Miało to jedną dobrą stronę.

Jimmy pokazał mi jak fantastyczny może być seks „po pijaku”, a ja skorzystałam z tego dodatkowo, bo zapamiętałam każdą sekundę, nawet jeśli kręciło mi się w głowie tak, że czułam wszystko zupełnie inaczej niż zwykle.

Dobrze, że Matt był na imprezie piżamowej u kolegi, bo miałabym się za co wstydzić następnego dnia.

Byłam bardzo głośna.

Z okazji Dnia Martina Luthera Kinga, w drugiej połowie stycznia, we trójkę pojechaliśmy do szkoły, aby pomagać w sortowaniu darów, które ludzie z całego miasta zwozili dla ubogich.

Byli tam również Alice i Eddie z Bertem, więc chłopcy przeważnie chodzili po szkole razem, a my pracowaliśmy we czwórkę.

W lutym byliśmy całą rodziną, we trójkę, na weekendowej wycieczce w Denver, by odwiedzić Janet i jej nowego partnera.

Wydawało mi się, że Jimmy i Chris się polubili, a na pewno znaleźli wspólny język.

Zwiedzaliśmy, robiliśmy zakupy, ale głownie chodziło o to, byśmy mogli razem spędzić czas i porozmawiać.

Byliśmy w ogrodzie zoologicznym, gdzie chodziliśmy przez kilka godzin, leniwie obserwując zwierzęta.

Siadaliśmy często na ławkach tam rozstawionych, by Matt mógł w tym czasie poszaleć z innymi dziećmi.

Matt przyznał, że był to jego pierwszy wyjazd poza Salt Lake City.

Więc wybraliśmy wiele atrakcji, które podobały by się jemu, ale również tak, by zobaczył inne miasto niż Salt Lake, które również oferowało liczne miejsca zabaw dla dzieci w jego wieku.

Spierał się z Chrisem o to, która gra jest bardziej ciekawa: soccer czy football, a ja się nie odzywałam.

Chris był dobroduszny i spór był właściwie żartobliwy, a dla mnie football był grą zbyt brutalną i trudną do zrozumienia.

W czasie tego zauważyłam lśniące od humoru oczy Jimmy’ego, skierowane w moją stronę, bo wiedział co o tym myślę i sądził, że gryzę się w język.

Nie tym razem.

To była pasja Matta i powinien ją czuć i rozwijać, a moje odezwanie się mogło go przygasić.

Nie chciałam tego, tym bardziej, że wciąż był trochę niepewny i pożądał komplementów.

Nie dążył do nich, ale kiedy je słyszał, dosłownie puchł z dumy.

Wydawało mi się również, że pracował ciężko, żeby zasłużyć na pochwały ze strony Jimmy’ego.

To mnie nieco smuciło, bo świadczyło o pozostałościach ze starego życia w jego psychice.

Ale staraliśmy się dać mu stabilność.

Życie osiadło, okrzepło, ustaliliśmy pewien rytm i reguły.

Rozmowy z rodziną i znajomymi przez Internet stały się stałym elementem, do którego wciągnęłam Matta (Jimmy przeważnie uciekał, chyba że rozmawialiśmy we czwórkę z Janet i Chrisem).

Wieczorami Matt odrabiał lekcje u siebie na biurku lub przy stoliku do kawy w bawialni, a ja pracowałam na laptopie nad kolejną książką, podczas gdy Jimmy oglądał mecz.

Czasem razem oglądaliśmy film lub graliśmy w grę planszową, albo Jimmy i Matt grali w szachy, a ja pracowałam obok nich.

Lubiliśmy spędzać razem czas.

W czasie przerwy wiosennej w szkole, w połowie marca, tydzień temu, pojechaliśmy z Mattem i Bertem na kilka dni na plażę do Santa Cruz.

Wynajęliśmy dla chłopców pokój sąsiadujący z naszym apartamentem i połączony z nim drzwiami (zamykanymi na klucz, byśmy mieli czasem trochę prywatności).

Spędziliśmy tam naprawdę dobre pięć dni na leniuchowaniu, opalaniu się i zabawach piaskiem.

W marcu rozpoczął się również sezon piłki nożnej.

Pierwszy w sezonie mecz na świeżym powietrzu rozgrywał się na boisku kilkanaście kilometrów (12 mil, ale ja nadal nie przełączyłam się na tę miarę odległości) od naszego domu, więc zawiozłam go tam moim Audi.

Jimmy był w pracy i nie mógł się zamienić, bo niedawno wróciliśmy z wyjazdu, ale pojechali z nami Alice i Eddie z Bertem, by wspierać Matta (chłopcy chodzili do jednej szkoły, chociaż Bert był już w następnej szkole - po prostu były to połączone ze sobą budynki).

Cieszyłam się z atmosfery na boisku, krzyczałam i podskakiwałam, bo dopingować Matta, więc byłam mocno rozgrzana.

Dlatego zdjęłam kurtkę i Eddie zaniósł ją do samochodu razem z kurtką Alice.

W czasie przerwy staliśmy z Alcie i Eddie’m w przejściu między ławkami, piliśmy napoje i rozmawialiśmy, a Bert podszedł do Matta, który był z kolegami z drużyny.

Stałam tyłem do wejścia, przodem do boiska, by widzieć Matta.

W pewnym momencie przerwałam, bo poczułam, że ktoś na mnie patrzy, więc się odwróciłam.

I zamarłam.

W naszą stronę szedł Oli.

Miał bardzo poważną, skupioną minę.

Och, nie

*****

Olivier

Dostał tę informację przez radio i natychmiast zdecydował, że to on musi jechać po Evę.

Załatwił zastępstwo, zabezpieczył bazę i wystartował.

Po drodze zastanawiał się jak to rozegrać, żeby nie zareagowała tak nadmiernie, jak wtedy, kiedy Alex wygłupił się z tym mało śmiesznym żartem.

Kiedy dotarł na boisko, chodził po terenie i rozglądał się.

Evę było łatwo zauważyć.

Śmiała się, a jej płomienne włosy fruwały dookoła na wietrze.

Nie po raz pierwszy zastanowił się nad tym, jak to się działo, że wyglądały jakby były żywe.

Nie mógł nazwać ich po prostu rudymi.

Były właśnie takie - płomienne.

Ruszył w jej kierunku i wtedy zobaczył, że obok niej jest Eddie.

Dzięki Bogu.

Zanim dotarł do nich, Eva odwróciła się przodem do niego i miała ten wyraz twarzy, który mówił mu, że ona już wie.

Jimmy miał rację, była mądra.

Eddie przysunął się, jednocześnie, na szczęście, zasłaniając ją przed wzrokiem chłopców z drużyny.

- Hej, Oli - powiedziała Eva cichym, napiętym głosem.

- Hej, Eva - odpowiedział, cały czas patrząc na nią czujnie, wciąż niepewny jak to rozegrać.

- Możesz mi pomóc - zwrócił się do Eddiego - Potrzebujemy prywatności.

- Oli - powiedziała Eva -  mów, to przyjaciele.

- Tak… - Oli przerwał niezdecydowany.

Patrzył na twarz Evy, by zareagować jeśli coś by go zaalarmowało, ale, niespodziewanie, zauważył tylko zdecydowanie, determinację i jakąś powagę.

Patrzyła na niego badawczo.

Jakby zrozumiała, że nie kryłby przed nią, gdyby stało się coś naprawdę złego.

A jednocześnie, jakby był niecierpliwa, że tak długo zwlekał z powiedzeniem tego, co miał powiedzieć.

- Musisz pojechać ze mną - pociągnął to - nie wiem…

- Zajmiecie się Mattem? - Eva natychmiast zwróciła się do Alice.

- Dobrze, Słonko - odpowiedziała cicho Alice i uścisnęła dłoń Evy.

- Eddie - Eva zwróciła się do gliny i sięgnęła do torebki, którą miała na ramieniu - …weź mój samochód. Jak będę mogła, to do was przyjadę i odbiorę go i Matta.

Wyciągnęła kluczyk i mu podała.

Wcisnęła go w dłoń faceta i zacisnęła na niej krótko palce.

Oli zobaczył, jak pobielały ich końce.

- Dobrze, mała - mruknął Eddie, a Oli przysiągłby, że analizuje właśnie w głowie najgorszy możliwy scenariusz.

- Powiedzcie Mattowi… - Eva zawahała się na chwilę, przełknęła ślinę - powiedzcie mu tylko, że musiałam jechać, ale przyjadę jak tylko…

Nagle Oli miał wrażenie, że Eva się rozsypie.

Ręce jej się zatrzęsły, wargi zadrgały, ale wciągnęła słyszalny wdech przez nos, wyprostowała się i spojrzała wprost na niego.

Wzięła się w garść.

- Zawieź mnie… - powiedziała zdecydowanym, mocnym głosem - gdzie jest Jimmy?

Tak, wiedziała, że chodziło o to, że stało się coś złego.

Ale też wiedziała, że powiedziałby jej, gdyby…

Oli rzucił werbalne i niewerbalne pożegnania, złapał ją delikatnie pod łokieć i zaprowadził do swojego SUV’a.

Bardzo, bardzo chciał, żeby była z nim Lena.

Umiałaby postąpić ze zdenerwowaną kobietą.

Pojechali.

*****

Jimmy

Kiedy Jimmy się ocknął, wyczuł, że było już późno.

Musiało minąć kilka godzin.

Jakby był wieczór.

Czuł skrępowanie czymś lewej ręki, jakiś ciężar na lewej nodze, coś leżącego na twarzy i suchość warg.

Niewiele więcej.

Leżał na wysoko podniesionej poduszce na wznak.

Obok niego szumiały i pikały jakieś maszyny.

Próbował otworzyć oczy.

Coś mu je zasłaniało.

Próbował podnieść prawą, wolną rękę do twarzy.

Ktoś go za nią trzymał.

- Jimmy - usłyszał cichy, przepełniony ulgą głos Evy - nie ruszaj.

- Co…? - próbował powiedzieć.

Wyszło szeptem.

Gardło miał wysuszone, obolałe, a w nosie czuł rurki.

Tlen.

- Kochanie… Słońce… Był wypadek… - Eva mówiła cichym, napiętym, ale mocnym głosem.

Siedziała obok niego, przy łóżku.

Nie płakała, nie była roztrzęsiona.

Złapała go za dłoń również drugą ręką, więc owinął swoje palce wokół jej i uścisnął lekko.

Oddała uścisk.

Uniosła jego rękę, rozprostowała mu palce, odwróciła ją wnętrzem do swojego policzka, a potem przycisnęła tam usta.

Jego Anioł.

- Masz opatrunek na oczach, kochanie, ale nie są uszkodzone - ciągnęła dalej, trzymając wciąż tak samo jego rękę, więc czuł jej oddech - lekarz mówi, że masz ranę na łuku brwiowym, ale oczy są tylko podrażnione od gorąca. Będą cię szczypać lub piec, ale nie musimy się martwić. To przejdzie, Słońce.

Poczuł, że się poruszyła koło niego.

- Eva - szepnął - pić.

- Nie wiem… - zawahała się, wychyliła, wróciła, a potem poczuł rurkę i wilgoć na wargach i w ustach.

To przyniosło mu ulgę.

- Wystarczy na razie? - zapytała i pogłaskała go kłykciami po szczęce.

- Tak - odpowiedział.

Trzymał jej rękę jak koło ratunkowe.

- Poczekaj, kochanie - powiedziała i poczuł, że pochyla się nad nim, a potem lekko go pocałowała w usta - Znajdę lekarza, to ci wszystko wyjaśni.

Nie chciał, żeby odchodziła od niego nawet na chwilkę, ale wiedział, że po jego obudzeniu się lekarz musi go zbadać.

Więc puścił jej dłoń i cierpliwie czekał, aż Eva wróci.

Najpierw weszła pielęgniarka, która się przedstawiła od razu od progu, zdjęła mu z twarzy rurki od tlenu, coś mówiła, pytała, a on odpowiadał cierpliwie, chociaż krótko, wciąż czekając na Evę.

Pielęgniarka wyszła.

Wróciła Eva, rozpoznał jej lekkie kroki.

Słyszał, jak weszła za lekarzem, który zarówno energicznie wszedł jak i się od razu przywitał i przedstawił, z wyraźnym zadowoleniem w głosie omawiając fakty dotyczące wyników jego badań.

- Jak się pan czuje? - pytał.

- Dobrze - odparł Jimmy, ze zdziwieniem badając swoje ciało myślami i stwierdzając, że naprawdę tak było.

Nic go nie bolało, nie piekło, a pamiętał szalejące płomienie i huk.

- Dobrze - stwierdził lekarz, a potem (jak Jimmy poznał po głosie) mówił w kierunku niego i Evy - Tylko dzisiaj zatrzymamy pana na noc na obserwację, a jutro wypiszemy. Dostaje pan w kroplówce leki przeciwbólowe. Zrobiliśmy prześwietlenie RTG, nie widać innych obrażeń, ale musimy obserwować, czy nie ma pan wstrząśnienia mózgu lub obrażeń wewnętrznych, które mogą ujawnić się później. Obie kości podudzia lewej nogi są pęknięte, ale nie złamane, piszczelowa mocniej, więc zostanie usztywnienie. Może cztery, pięć tygodni, zobaczymy. Jeśli pani da radę, będzie pani musiała sama zmieniać opatrunki na twarzy lub może pani przyjeżdżać do szpitala.

- Umiem to zrobić - wtrąciła cicho Eva.

Jimmy uśmiechnął się w myślach do siebie z dumą.

Oczywiście, że umiała.

Nie było takiej rzeczy, której jego Eva nie umiałaby zrobić.

- Dobrze - kontynuował lekarz - Lewa ręka jest stłuczona, więc trzeba będzie na nią uważać. Jutro powiemy jak ją traktować, pielęgniarka da państwu maści. To powinno się zagoić w ciągu dwóch tygodni.

- Tak - Jimmy znowu usłyszał Evę.

- Dobrze - lekarz ciągnął dalej - rany na twarzy to rozcięcie prawego łuku brwiowego, które ma pan założone szwy. Nad lewym okiem i pod nim są otarcia, które trzeba będzie smarować antybiotykiem. Przez jakiś czas będzie utrzymywała się opuchlizna. Pielęgniarka zaraz przyjdzie i zdejmie opatrunek z twarzy, to sprawdzimy oczy.

Jimmy usłyszał szum i poczuł, że ktoś energicznie, ale cicho wchodzi do pokoju.

- O, już jest - lekarz odsunął się od łóżka.

Jimmy poczuł, że pielęgniarka podchodzi od prawej strony, gdzie nie miał tylu opatrunków, więc przekręcił tam głowę.

- Proszę się nie ruszać - usłyszał - poradzę sobie.

Z jego drugiej strony podeszła Eva.

Poczuł jej zapach.

Kojący, znajomy zapach róż.

Pielęgniarka zdejmowała najpierw plastry, a potem gazę - delikatnie, ale zdecydowanie.

- Proszę teraz zamknąć oczy - powiedziała, a Jimmy się zastosował.

Eva dotknęła jego palców wystających z usztywnienia na lewej ręce.

Bała się.

Chciał ją uspokoić, ale sam też się denerwował.

Wciągnął powietrze do płuc.

Pielęgniarka zdjęła opatrunek do końca i przez powieki zobaczył jasność.

- Proszę powoli, stopniowo otworzyć oczy - Jimmy usłyszał głos lekarza i wykonał polecenie.

Skrzywił się, kiedy jasne światło uraziło jego wydelikacone oczy.

Zamrugał, kiedy poczuł szczypanie, a pielęgniarka delikatnie przyłożyła mu dwa palce do prawego policzka pod okiem.

- Zakroplę oko sztuczną łzą - powiedziała cicho - proszę spojrzeć do góry.

Jimmy spojrzał, zobaczył dłoń pielęgniarki w polu widzenia, poczuł wilgoć spływającą do oka, a potem po policzku i znowu zamrugał.

Pieczenie zelżało.

Pielęgniarka osuszyła mu policzek i przeszła do drugiego oka.

Powtórzyła to, ale szybciej osuszała płyn na policzku.

Odsunęła się.

- I jak? - zapytał lekarz podchodząc bliżej.

Spojrzał, świecąc krótko z boku małą latarką Jimmy’emu w oczy.

Jimmy nadal mrugał, ale zaczął wyraźniej widzieć.

- Dobrze - powiedział.

Lekarz był w średnim wieku, może trochę młodszy od nich.

Ciepłe, brązowe oczy, ciemna skóra, czarne, kręcone włosy.

Mulat.

Uśmiechnął się, a Jimmy odpowiedział lekkim uśmiechem.

- To dobrze - powiedział - więc nie będą potrzebne krople, ale dam państwu receptę do domu, gdyby jednak były.

Jimmy odwrócił lekko głowę i spojrzał na swoją żonę.

Uśmiechnął się do niej.

Boże, była taka piękna.

Pomyślał, że przez kilka minut bał się, że już więcej nie zobaczy tego piękna.

W jej oczach zalśniły łzy, położyła mu dłoń na piersi i szepnęła:

- Hej, kochanie.

- Hej - odszepnął.

Lekarz wyprostował się, i stwierdził:

- No dobrze. Więc dzisiaj zostaje pan tutaj - zaczął iść w kierunku drzwi wciąż mówiąc - Na dzisiaj do widzenia. Spotkamy się jutro po śniadaniu, wtedy podejmiemy decyzję.

- Dziękuję doktorze - Eva podeszła szybko w jego kierunku z wyciągniętą ręką - i do widzenia.

- Tak, do widzenia - lekarz uścisnął jej dłoń jakby z zażenowaniem, odwrócił się i wyszedł.

Za nim wychodziła również pielęgniarka.

- Dziękuję - powiedziała do niej Eva i również wyciągnęła do niej rękę.

Ponieważ ta miała obie ręce zajęte, Eva dotknęła czubkami palców jej przedramienia.

- Nie ma za co, do widzenia - pielęgniarka uśmiechnęła się do niej i wyszła.

Później Eva podeszła od razu do jego łóżka, usiadła na brzegu bokiem, przodem do niego, oparła się prawą ręką po jego drugiej stronie i pochyliła do niego twarz.

- No i co ja mam teraz zrobić? - zapytała, a Jimmy nie wiedział o co chodzi, więc zmarszczył brwi (zabolało).

Wiedział tylko, że jego żona czuje się dobrze, nie jest nieszczęśliwa ani wystraszona, bo najwyraźniej żartowała.

- Nie wiem… - zaczął - ty mi powiedz.

- Jak mam dotrzymać mojej przysięgi małżeńskiej? - uściśliła swoje pytanie szeptem, prostując się lekko, aby dotknąć jego prawego policzka dłonią lewej ręki.

Pogładziła bardzo delikatnie kciukiem jego kość policzkową.

Zamknął oczy.

Kochał ten dotyk.

Dotyk Anioła.

Jego Anioła.

Przekręcił lekko głowę, a ona wiedziała czego chce i dała mu to.

Przesunęła wnętrze dłoni do jego ust, a potem przyłożyła tam swoje usta.

- Kocham cię, Jimmy - wyszeptała przy nich.

- Kocham cię, Aniele - odpowiedział, kiedy odsunęła się odrobinę, ale nadal miała czoło lekko przysunięte do jego czoła.

Usłyszeli szybkie pukanie i przez drzwi głowę wsadził Alex, a potem weszli wszyscy jego kumple: David, Billy, Sam i Oli.

Eva odwróciła się i wstała, po czym przysiadła bokiem biodra przy jego ramieniu, trzymając jego dłoń w obu swoich.

- No tak - stwierdził głośno Alex - ledwo się wywinął z płonącego domu, a ty już się do niego dobierasz.

Jimmy poczuł irytację i miał ochotę warknąć na kretyna, ale, kiedy zobaczył, że Eva z cichym śmiechem przewraca oczami do sufitu, rozluźnił się i uśmiechnął się lekko.

Jego żona, najwidoczniej, w czasie, kiedy on był nieprzytomny, dostała wsparcie od chłopaków, więc wybaczała nawet Alexowi głupkowate komentarze.

- No, facet - zaczął Sam, obchodząc łóżko z drugiej strony - Myślałem, że nie będziesz już taki przystojny, a tobie nawet to się upiekło.

- Ups - zawołał, obejrzał na Billy’ego i niby z przestrachem zatkał sobie usta dłonią - miałem nie mówić o pieczeniu.

- Zamknijcie się - mruknął David, podchodząc do nóg łóżka i patrząc uważnie na Jimmy’ego.

- Wszystko okej? - zapytał go, przenosząc wzrok między nim a Evą.

- Okej - mruknął Jimmy, ale poczuł, że Eva sztywnieje.

Zmarszczył brwi (znowu zabolało) i spojrzał na nią, a potem na Oliviera, który stał z boku i patrzył w stronę drzwi.

Eva zagryzła wargę.

Oli nie patrzył na niego, a Alex i Sam spoważnieli.

- Co jest? - zapytał niby swobodnie, ale jego głos był napięty.

- Dzieciak - mruknął Oli.

Jimmy pamiętał, jak Josh rzucił się do płonącego budynku bez kurtki ochronnej, w koszulce, bez kasku i tylko spodnie miał ognioodporne, kiedy usłyszeli krzyk jakiejś kobiety „tam jest dziecko”.

Kurwa.

Pobiegł za nim, wołając, by się zatrzymał.

Był już ubrany w strój ochronny, miał kask i rękawice, ale nie miał ochraniacza na twarz.

Dzieciak pobiegł pieprzonym korytarzem w stronę sypialni, o których wiedzieli, że były zamieszkałe przez kilkoro dzieci.

Większość pokoi, położonych w bliższej części domu, sprawdzili koledzy z innej jednostki, ale wiedzieli, że dzieci ze strachu zwykle chowają się pod łóżkiem, albo do szafy.

Nie wiedzieli, że w ostatniej sypialni, na końcu korytarza, było szeroko otwarte okno.

I zamknięte drzwi.

Jezu Chryste!

Josh gwałtownie, jednym szarpnięciem szeroko otworzył te drzwi.

Ognisty podmuch.

Podejrzewał, że Josh o nim słyszał.

Po tej akcji wiedział, że nigdy wcześniej go nie widział.

Wiedziałby, jak postąpić.

Zamknął powoli oczy.

Przypomniał sobie huczący ogień buchający korytarzem z głębi mieszkania wprost na nich dwóch i Josha ciśniętego na podłogę.

Kurwa.

Sam w porę uskoczył w otwarte drzwi innej sypialni, przy których się znajdował, ale i tak go odrzuciło na jakieś meble.

Nie widział potem, co się stało z Dzieciakiem, bo w tym pokoju na podłodze przeturlał się i zobaczył pod łóżkiem dziewczynkę.

- Jimmy - usłyszał cichy głos Evy i poczuł jej rękę w swojej dłoni.

Zacisnął na niej palce.

Otworzył oczy i spojrzał na Davida, a potem na Oli’ego.

- Mów do mnie - rzucił do kapitana.

Eva oddała mu uścisk.

- Jest mocno poparzony, ma ranę głowy - Oli mówił krótko i wprost - Jest nieprzytomny, boją się wstrząśnienia mózgu, ale najgorsze są te oparzenia.

Gówno!

Jimmy to zrozumiał.

Był strażakiem już tak długo, że zrozumiał więcej niż ktokolwiek z nich chciał mu powiedzieć.

- Koniec wizyty - usłyszeli głos dochodzący od drzwi.

Weszła inna pielęgniarka, zaczęła wyganiać chłopaków, ale uśmiechnęła się do Evy.

Przyniosła jego kolację.

Eva wstała z łóżka, podeszła do niej, więc stały obok parapetu i cicho rozmawiały.

Kumple po kolei podchodzili do niego się krótko pożegnać.

Kiedy nadeszła kolej kapitana, uścisnął mu rękę.

- Zajmij się sobą - powiedział - Josh to przejdzie.

- Tak - mruknął Jimmy.

Oli bez słów wiedział, co on czuje i prawdopodobnie sam również czuł to samo.

Nie było słów, by to wyrazić, więc nie dodali  nic więcej.

Ostatni podszedł do niego David.

- Poczekam na telefon - powiedział cicho do niego - Może Eva będzie chciała jechać po Matta.

- Okej - mruknął Jimmy, oglądając się na nią - Dzięki.

Kiedy zostali sami, Eva podeszła do niego, usiadła znowu na łóżku przodem do niego i dotknęła ustami jego ust.

Tym razem objął ją za szyję prawą ręką i przyciągnął jej twarz do swojej szyi, mimo że poczuł kłucie wenflonu wbitego w zgięcie łokcia.

- Zjedz kolację, Słońce - mruknęła i zaczęła się odsuwać.

- Eva - zapytał - Wszystko dobrze?

- Jak z tobą jest dobrze… - powiedziała, patrząc mu ciepło prosto w oczy i gładząc jego prawy policzek - …to jest dobrze.

Kurwa, ale to było dobre.

Jego kochana Eva.

- Jedyne, co jest niedobre - zaczęła znowu, więc się napiął - to to, że musisz tu zostać, a ja muszę pojechać.

O kurwa, nie pomyślał o tym.

- Będę musiała pozwolić ci zasnąć i obudzić się beze mnie w pobliżu… - dokończyła swoją wcześniejszą myśl - …a przysięgałam tego nie robić.

- Aniele - zamruczał czule - przetrwamy to. To nie z naszego wyboru.

- Tak - szepnęła, pocałowała go jeszcze raz, a potem poszła do przenośnego stolika, na którym pielęgniarka zostawiła jego kolację.

Przesunęła całość nad jego łóżko i odkryła talerze.

- A ty? - zapytał - Jesteś głodna.

- Jedz - powiedziała, uśmiechając się do niego słodko - Mogę zjeść trochę z tobą. Później zjem kolację z Mattem.

Tak, wiele razy mówił jej, że lubi jak ona je z nim.

Przynajmniej wtedy wiedział, że coś zjadła.

Zaczęła go karmić łyżką, skubiąc trochę jedzenia dla siebie.

Nie powiedział jej, że ma prawą rękę sprawną.

Podejrzewał, że potrzebowała się nim zająć.

Opowiadała przy tym o meczu Matta cichym, ale pogodnym głosem.

Kiedy jedli, poczuł, że ogarnia go coraz większa senność.

Oczy same mu się zamykały.

Zobaczyła to, a wiedział o tym, kiedy odstawiła stolik starając się być jak najciszej, a potem podeszła, usiadła obok niego, pogłaskała go znowu po policzku, jak lubił najbardziej.

Wreszcie powiedziała:

- Śpij, Słońce, odpoczywaj, a jutro wróć do mnie, do domu.

- Taaa… - wyszeptał sennie - myślałem, że nie dam rady spać bez ciebie, twojego zapachu.

Miał zamknięte oczy, więc nie zwrócił uwagi na to, że znieruchomiała, a potem zasnął, więc nie widział tego, co zrobiła dla niego.

Odleciał.

*****

David

David stał przed pokojem Josha i patrzył przez ścianę szkła na kumpla ukrytego pod foliowym namiotem i szpitalną aparaturą, kiedy zobaczył kątem oka zbliżającą się Evę.

Patrzyła na niego i wyglądała, jakby się spieszyła.

Odwrócił się do niej przodem i przyjrzał ze zdziwieniem, które szybko zamieniło się w złość.

Była tylko w sportowym staniku.

Bez koszulki, którą miała na sobie wcześniej.

Półnaga.

Zmarszczył brwi.

Co do cholery?

- Eva… - zaczął.

- David - przerwała mu, jakby z pośpiechem - nie wiesz gdzie są jakieś ubrania Jimmy’ego?

- Tu nie ma nic - odparł - Jak były osmalone, brudne, to zabrali do pralni, jak były nadpalone to wyrzucili.

- Och - posmutniała, odwróciła głowę na bok i zagryzła wargę.

- Eva, co do cholery? - zapytał zły na nią, że tak paraduje po szpitalu bez koszulki - Gdzie twoja koszulka?

Spojrzała na niego ponownie.

- Ja… bo… - zaczęła niepewnie, założyła włosy za ucho, a potem objęła oburącz swoje ramiona i potarła dłońmi skórę.

- Jimmy potrzebował… - dodała cicho i urwała.

Przez Davida przeszło zrozumienie, więc się wyprostował i poczuł jak cała złość wyparowała.

Nie było ważne dlaczego i po co, zrobiła to dla jego kumpla.

Zrobiłaby dla niego wszystko.

Nie wahał się dłużej.

Kiedy po akcji wrócili do bazy, wziął w remizie szybki prysznic i przebrał się, zanim przyjechał do szpitala.

Więc miał na sobie świeży t-shirt i dresową bluzę sportową, owiniętą na biodrach.

Spodziewał się wieczornego chłodu, bo przecież był dopiero marzec.

Zdjął ją teraz bez słowa i zwinął jej dół, a następnie wetknął ją Evie przez głowę na ramiona.

- David… - zatchnęła się.

- Przełóż tu ręce - rozkazał, nadstawiając jej rękawy.

Kiedy naciągnął na nią bluzę, okazało się, że wisi na niej, a rękawy zakrywały jej dłonie.

Zaczerwieniona zaczęła je podwijać.

- Dzięki - wymamrotała.

Kiedy już była ubrana, odwrócili się razem przodem do szyby.

- Jak Josh? - zapytała.

- Wprowadzili go w śpiączkę - odpowiedział, patrząc na leżącego gdzieś tam Dzieciaka, całkowicie schowanego pod plastikowym namiotem, z wystającymi na boki kablami i rurkami.

- Zobaczymy za dwa, trzy dni - dodał.

- Tak - szepnęła.

- Sandra jest w poczekali - kiwnął brodą w prawo - Ma przy sobie rodzinę. Odwiozę cię do domu - powiedział, odwracając się do niej.

- Ja… - znowu zawahała się i przesunęła dłonią po włosach - …muszę pojechać do Alice po Matta.

Spojrzała na niego niepewnie - Jeśli to dla ciebie nie jest kłopot.

Kurwa, tak, Jimmy miał szczęście.

David nie zazdrościł kumplowi.

Cieszył się, że on to ma.

Obaj długo żyli w swoich głowach, każdy zajęty własnym dramatem.

- Żaden kłopot - powiedział do niej łagodnie i złapał ją za łokieć - Chodźmy.

Szli do jego Grand Cherokee, zapakowali się, zapinali pasami, powiedziała mu gdzie mieszkają jej przyjaciele, ale potem jechali w całkowitym milczeniu.

Eva była zamyślona i patrzyła w boczne okno.

W czasie drogi David wspominał, jak zobaczył Evę po raz pierwszy wiele, wiele miesięcy temu.

Prawdopodobnie wtedy nawet go nie zauważyła, albo nie zapamiętała.

Pojechał do Jimmy’ego, bo mieli oglądać mecz footballu na jego dużym telewizorze.

Często to robili.

Miał ze sobą zgrzewkę piwa, a potem mieli zamówić pizzę na kolację.

Eva była przy tym swoim śmiesznym Priusie i grzebała coś w bagażniku, a potem usłyszał, jak zamykała go i zapiszczała w zamki.

Wszedł na schody i stał przed drzwiami kumpla, kiedy weszła na górę.

Jimmy wyszedł, miał wpuścić Davida, ale ten nie wszedł, bo kumpel wyszedł do Evy na galerię.

I dla niej to było tak, jakby nikt inny nie istniał na całym świecie.

Jej twarz nagle rozjaśniła się i patrzyła tylko na Jimmy’ego, słuchała go, przechylając głowę, zaczesując włosy tym samym gestem, co teraz.

Uśmiechała się do niego nieśmiało, a on mówił coś o jakiejś trasie na wycieczkę rowerową.

Gówniana gadka do tak zapatrzonej kobiety.

To prawda, że wtedy jej włosy były krótkie i szare, nijakie.

Nie była w ogóle kobieca, ale te jej oczy, uśmiech i przechylenie głowy…

Było widać, że jest w nim zabujana i było widać, że jest ładna.

I tyle.

W tym momencie David uświadomił sobie, że Jimmy już wtedy nie zarywał żadnych suk w barze, kiedy wychodzili na piwo.

Nie był zainteresowany żadną cipką.

To było rok temu.

Od tamtej pory Eva i Jimmy stali się praktycznie nierozłączni.

David pamiętał jawny, głośny zachwyt Evy, kiedy Jimmy ratował tamtego faceta na drodze.

Jej dumę.

Nigdy nie czuł czegoś takiego od żadnej kobiety.

Jimmy spędził kilka dni śpiąc w fotelu w szpitalu, kiedy była chora.

David pamiętał strach w jego oczach, kiedy myśleli, że to coś poważniejszego.

I ten szalony ślub.

A potem tamto.

David pomógł Jimmy’emu znaleźć ją, kiedy wyjechała.

Uśmiechnął się w duchu na wspomnienie tego.

Jego kumpel był prawdziwym pieprzonym wariatem, jeśli poważnie myślał, że ona go kiedykolwiek zostawi.

Po prostu wyjechała.

Może głupio, może reagując nadmiernie, ale nie chciała go zostawić.

Wyjechała rysując wyraźną, szeroką ścieżkę z okruszków, żeby było łatwo ją znaleźć.

A teraz mają dom i rodzinę.

To, jak Eva opiekowała się Jimmy’m, jak zajęła się jego wnukiem, kurwa, jak dbała o każdego z nich.

To było wprost niesamowite.

Tylko Lena tak opiekowała się nimi wszystkimi, ale Lena była z Olim od tylu lat, że David podejrzewał, że znali się od dzieciństwa.

Oboje zachowywali się w specyficzny sposób, mieli ukształtowane zasady dotyczące wiary i rodziny, więc David podejrzewał, nie sprawdzając, że oboje pochodzili z kręgu mormonów.

Albo byli wyrzutkami z tamtej społeczności, albo uciekinierami albo ich potomkami.

To nie było istotne.

Nie było jasne, jaka jest przeszłość Evy, dopóki nie został poproszony o naprostowanie tej historii z byłym popieprzonym szefem jej syna.

To również nie byłoby istotne dla Davida, bo uważał, że przeszłość nie musi mieć znaczenia.

Najważniejsze było to, jakim człowiekiem był ktoś w danej chwili.

A dzisiaj jej zachowanie wyjaśniło Davidowi bardzo dużo.

Widział to już wcześniej u innych, również u facetów na misjach.

Nie była histeryczką.

Czekała z nimi na lekarza w poczekalni, pozwoliła się pocieszyć, słuchała ich opinii i zadawała konkretne pytania.

Była nerwowa, ale bardziej niecierpliwa niż załamana.

Kiedy wszedł lekarz, przyskoczyła do niego.

A kiedy lekarz powiedział im o złamanej nodze i innych urazach, a potem pozwolił jej w końcu pójść do Jimmy’ego, nie wahała się ani sekundy.

Rzuciła im krótkie podziękowanie, pożegnanie i pobiegła, a oni poszli do Josha.

Po prostu poprzednio właśnie dowiedziała się, co czuje do Jimmy’ego, a myślała, że on nie żyje.

Zresztą zaraz okazało się, że była chora.

David czuł to tak samo.

Śmierć była końcem.

Dopóki Jimmy żył, był z nią.

Kiedy ktoś, kogo kochasz żyje, możesz to mieć, nawet, jeśli nie ma nogi lub nie widzi.

Dzisiaj Eva pokazała, że zamierza to mieć nawet, jeśli Jimmy nie będzie miał nogi lub nie będzie widział.

I David szanował ją za to i za to, że w widoczny, troskliwy sposób opiekowała się swoim mężczyzną.

Wysiedli przed domem gliniarza.

David odprowadził ją do drzwi.

- Może wejdziesz - powiedziała Eva - Alice ma moje ubrania, które zostawiłam na meczu. Przebiorę się, to ci oddam…

- Nie - przerwał jej - zostaw. Oddasz mi jutro, jak Jimmy będzie wychodził.

- Och - zawahała się, a potem uśmiechnęła i, kurwa, przysunęła się do niego, by go objąć i przytulić.

Kurwa!

Nikt go tak nie przytulał od lat.

Wspomniał Maggie, jej smutne oczy i nieśmiały uśmiech.

Ją przytulał, ale to było coś innego.

To było ich.

- Dobranoc, David - wyszeptała Eva.

- Noc, Evie - wymamrotał, odsuwając się.

Patrzył, jak dzwoni do drzwi, a potem wymienił kiwnięcie brodą z Eddiem, który jej otworzył, machnął jej ręką, kiedy wchodziła i odwrócił się do swojego samochodu.

I wystartował.

*****

Eva

Wieczorem Alice i Eddie wmusili we mnie rybę i frytki, a ja poddałam się, chociaż nie byłam głodna.

Matt siedział w pokoju Berta i kończyli jakąś grę.

Podczas jedzenia opowiedziałam Alice i Eddiemu trochę o stanie Jimmy’ego i o Joshu, więc wróciliśmy z Mattem do domu dosyć późno.

Matt był bardzo milczący, ale, nie czekając na jego pytania, jeszcze w samochodzie, powiedziałam mu delikatnie i oględnie o pożarze, wybuchu, co się stało i że Jimmy wróci do domu następnego dnia.

Bardzo się potem ożywił, zadał kilka pytań, zrobił zadanie domowe na poniedziałek w kuchni i posiedział chwilę ze mną, kiedy robiłam dla Jimmy’ego scones.

Nawet trochę mi pomagał.

Kiedyś, kiedy zapytałam Jimmy’ego co do jedzenia zapamiętał z dzieciństwa, za czym tęskni, powiedział mi o tych bułeczkach, ale nigdy do tego nie wróciliśmy.

Postanowiłam je dla niego (i dla Matta) robić na jutrzejszy lunch.

Kiedy scones były w piekarniku, zagoniłam Matta, by szykował się do łóżka, a sama przygotowałam się do snu i do wyprawy jutro po mojego męża, by odebrać go ze szpitala.

Nie miał w szpitalu ubrań, bo wczorajsze były wyrzucone lub gdzieś w praniu.

Sięgnęłam do jego szuflady, włożyłam z niej wszystko, co uznałam za potrzebne do torby podróżnej i „zawisłam”.

Na półce w garderobie leżała koszulka, którą Jimmy miał na sobie w domu przed wyjściem do pracy.

Wzięłam ją do rąk i zanurzyłam w niej twarz.

Pachniała jak Jimmy.

Zrozumiałam, czemu Jimmy tak często mówił o moim zapachu i dlaczego tak lubił z nim zasypiać.

To była intymność bez obecności.

Naszykowałam się do snu, poszłam do kuchni, by w odpowiednim czasie wyjąć bułeczki z piekarnika, by stygły na blacie w kuchni, a potem pomyślałam, że przecież Jimmy nie będzie mógł chodzić po schodach.

Weszłam do pokoju gościnnego.

Mieliśmy tam podwójne łóżko i właściwie wszystko, co potrzebne na co dzień, również dostęp do łazienki, by Michał i Dorota mogli tam spać, kiedy przyjeżdżali do nas w odwiedziny.

Uśmiechnęłam się do siebie.

Tak.

To było dobre rozwiązanie.

Naszykowałam wszystko.

Potem położyłam się spać w naszym łóżku, wtulona w zapach Jimmy’ego z jego używanej koszulki, którą założyłam do snu.

Miałam nadzieję, że on też to lubił.

Nie zasnęłam od razu, ale to zrobiłam.

*****

Jimmy

Trochę później tej nocy

Jimmy obudził się, kiedy w środku nocy usłyszał jakieś tupanie, bieganie, naglące głosy.

Coś się działo na korytarzu.

Nikt nie wszedł do jego pokoju.

Westchnął, zamknął oczy i pomyślał, że nie zaśnie z powrotem bez możliwości zmiany pozycji, bez ciepłego ciała Evy obok siebie i bez jej zapachu.

Wciągnął powietrze przez nos, by westchnąć jeszcze raz, kiedy to poczuł.

Zapach Evy był wszędzie dookoła niego.

Otworzył oczy, zmarszczył brwi, powąchał, żeby się dowiedzieć skąd go czuje, przekręcił głowę i w słabym świetle, kątem oka spojrzał na poduszkę.

Pomarańczowe.

Koszulka, którą Eva miała na sobie wczoraj.

Jezu Chryste!

Zostawiła mu pod głową swoją koszulkę.

Zacisnął usta.

W czym ona wyszła ze szpitala?

Nie pamiętał, żeby miała jakąś bluzę lub kurtkę.

Przecież na pewno zmarzła.

Zamknął oczy i przytulił prawy policzek do jej miękkiej koszulki na swojej poduszce.

Nadal był pod wpływem środków przeciwbólowych, więc po pewnym czasie zaczął odlatywać.

Wdychał jej zapach i myślał o tym, że ona kolejny raz zadbała o niego, martwiła się i znalazła rozwiązanie jak „zasypiać i budzić się obok niego”.

Tak dobrze było mieć kogoś, kto o niego dbał.

Środki przeciwbólowe wciąż płynęły kroplówką, więc stopniowo zrelaksował się, aż w końcu zasnął uśmiechnięty i śnił, że jest z nią.

Nie obudził się, kiedy przyszła pielęgniarka i odłączyła mu kroplówkę.

Obudził się powtórnie o świcie i wtedy to zauważył.

Jego łóżko poruszało się, bo ktoś się na nie wdrapywał.

Spojrzał na swój prawy bok.

Jezu pierdolony Chryste!

Oparta drobnymi rączkami o jego klatkę piersiową, wpatrywała się w niego czarnymi oczkami ta drobinka, którą wyciągnął spod tamtego łóżka i, wtuloną w siebie, wyniósł z płomieni, kuśtykając na zranionej, bolącej (jak się później okazało, pękniętej) nodze, zanim koledzy nie przejęli jej i nie położyli go na noszach.

Potem już nic nie pamiętał.

- Ppuedo dormir aqui?

Jezu, znał trochę hiszpański, ale nie był pewien, czy dobrze zrozumiał.

Chce tutaj spać?

W jego łóżku?

Z nim?

- Por favor. - wyszeptała, a on nie mógł się oprzeć temu spojrzeniu.

- Okej - wymruczał i odrzucił róg kołdry, a kiedy wtuliła się, nakrył ją i owinął jej plecki ramieniem.

Wtuliła się szybko pod jego pachę i, zanim zdążył zareagować, spała, lekko posapując przez nos.

Może powinien był zadzwonić po pielęgniarkę, ale nie zdążył podjąć jakiejkolwiek decyzji.

Zasnął.

*****

Eva

Rano następnego dnia

Przyjechałam do szpitala zaraz po odwiezieniu Matta do Alice i Eddiego.

Weszłam rano do pokoju Jimmy’ego, spojrzałam na jego łóżko i zatrzymałam się w progu jak wryta.

Dosłownie zabrakło mi tchu.

Weszłam głębiej, podeszłam do okna, położyłam torbę na podłodze i odwróciłam się do łóżka.

Jimmy nie spał.

Patrzył na mnie i się uśmiechał.

- Hej, Słońce - powiedziałam cicho i podeszłam do niego.

- Hej, Aniele - odpowiedział.

Nachyliłam się nad nim od strony jego poranionego boku i delikatnie pocałowałam go w usta.

- Kto to? - zapytałam łagodnie, czule zerkając na czarną główkę wtuloną pod jego pachę.

- Maleństwo, które wyciągnąłem spod łóżka w płonącym domu - powiedział.

A mnie w tym momencie ponownie całe powietrze uszło z płuc.

Uratował ją.

- Jimmy - wyszeptałam oszołomiona.

- Eva, poproś tu pielęgniarkę - mówił cicho Jimmy - myślę, że mogą jej szukać.

- Okej - powiedziałam nadal szeptem, wciąż oszołomiona odwróciłam się i poszłam w stronę drzwi.

Obejrzałam się jeszcze raz, zobaczyłam, że mój wspaniały mąż leży nieruchomo, delikatnie obejmując ramieniem małe, wtulone w niego ciałko i patrzy na mnie z łagodnym uśmiechem na ustach.

Wybiegłam z pokoju.

Wracałam po tym, jak poinformowałam pielęgniarkę o znalezisku.

Pobiegła znaleźć kogoś z oddziału dziecięcego.

Weszłam i powitało mnie ponownie ciepłe, łagodne spojrzenie Jimmy’ego.

Boże kochany!

Przypomniałam sobie te kilka godzin, kiedy myślałam, że nie zobaczę więcej tego pięknego, krystalicznie niebieskiego spojrzenia, skierowanego na mnie.

Uśmiechnęłam się do niego.

Chowałam jego rzeczy, ułożone na szafce obok łóżka oraz moją koszulkę z wczoraj, szykowałam jego rzeczy, które przywiozłam z domu, ale nie rozmawialiśmy, a ja starałam się nie robić hałasu, by kruszynka spała obok Jimmy’ego jak najdłużej.

Podeszłam do jego łóżka ponownie od strony usztywnionego ramienia i nogi, przysiadłam z boku na krześle przy nim i patrzyłam cicho na maleństwo, opierając brodę na rękach.

W końcu obudziła się i podniosła główkę, oparła na jednej rączce, drugą przecierając zaspane, czarne oczka.

Przysunęłam twarz do twarzy Jimmy’ego.

- Hej, Kociątko - powiedziałam delikatnie.

Popatrzyła na mnie spłoszona i usteczka wygięły jej się w podkówkę, ale potem spojrzała na Jimmy’ego i oparła się rączką na jego klatce piersiowej.

- Hola - powiedziała poważnie.

Zaskoczenie przeniknęło mnie, kiedy pomyślałam, że maleństwo może nie znać angielskiego.

- Umiesz mówić po angielsku? - zapytał łagodnym pomrukiem Jimmy.

- - szepnęła, opuściła oczka i zaczęła się bawić tasiemką przy szpitalnej koszuli Jimmy’ego.

- Aniele - powiedział Jimmy, odwracając się delikatnie do mnie - nie wiesz gdzie są tamte? Może ona czegoś potrzebuje.

Pomyślałam, że może mieć rację.

Podwójnie.

Po pierwsze mała mogła chcieć siusiu lub jeść, a po drugie mogła się bać pielęgniarek, więc lepiej było przy niej o nich nie wspominać.

- Tak, Słońce - odpowiedziałam - Zaraz pójdę.

Wyprostowałam się i zaczęłam podnosić.

- Tú eres un Ángel - powiedziała nagle mała zdecydowanie pokazując na Jimmy’ego, a potem dodała pokazując na mnie - tu eres el Sol.

Ponownie czułam, zdziwienie i jakąś radość.

Znałam dobrze angielski i francuski, bo moi rodzice nalegali na naukę języków obcych (które sami znali bardzo dobrze).

Potem w liceum uczyłam się łaciny, więc w czasie podróży po Europie, w czasie rozmów z mieszkańcami, poznałam hiszpański i włoski wystarczająco dobrze, by je rozumieć.

Jimmy nawał mnie Aniołem, a ona uważała jego za Anioła (i pewnie miała rację).

Nazwałam go Słońce, a ona powiedziała, że ja byłam Słońce.

No, dobrze, więc rozumiała co mówiliśmy.

Pora na dowiedzenie się czegoś o niej.

- Jak masz na imię? - zapytałam po angielsku z uśmiechem.

- María - odparła, a ja kolejny raz poczułam, jakby w pokoju zabrakło powietrza.

Ścisnęłam konwulsyjnie wystające z usztywnienia palce Jimmy’ego, które wcześniej delikatnie głaskałam.

W tej samej chwili do pokoju weszły pielęgniarki.

Jedna z nich niosła tacę ze śniadaniem dla Jimmy’ego, a druga uśmiechała się do małej.

- Dzień dobry - powiedziały obie, a my odpowiedzieliśmy takim samym powitaniem.

W tej samej chwili Maria zaczęła się dąsać.

- No quiero - powiedziała i wtuliła się mocniej w bok Jimmy’ego.

Najwyraźniej znała je i wiedziała, co miało się stać.

- Idziemy, mały diabełku - powiedziała pulchna, sympatyczna pielęgniarka i po prostu wzięła ją na ręce.

Maria zrezygnowała z oporu, usadowiła się na jej biodrze, a potem ponad jej ramieniem przesłała nam słodki uśmiech i machała do nas rączką.

- Adiós Ángel, adiós Sol - zawołała i wyszły.

Kiedy pielęgniarka krzątająca się koło Jimmy’ego sprawdzała mu temperaturę i opatrunek, odsunęłam się do okna, ale po cichu pytałam, by dowiedzieć się jak najwięcej o dziecku.

Dowiedziałam się, że była to czteroletnia sierota, której ciocia - jedyna opiekunka - zginęła właśnie w tym pożarze.

Dziecko miało trafić do rodziny zastępczej.

Jimmy nie zadawał pytań, nie odzywał się, ale przez cały czas nie zwracał uwagi na pielęgniarką, tylko przypatrywał mi się bardzo uważnie.

Wiedziałam po jego spojrzeniu, że chyba rozumiał, co czułam i o czym myślałam, jak zawsze znając mnie i wyczuwając moje emocje.

Podziękowałam pielęgniarce i powiedziałam, że ja podam Jimmy’emu śniadanie.

Kiedy pielęgniarka wyszła, dosunęłam stolik z jego śniadaniem do łóżka, wyjęłam swoje zapiekane kanapki i termos z herbatą, które specjalnie zabrałam z domu, by zjeść z nim śniadanie tak, jak lubił i ja lubiłam i usiadłam na krześle obok łóżka.

- Aniele - wymruczał Jimmy, wpatrując się w moją twarz.

- Matt przejął się tym, że cię nie ma - zaczęłam pogodnie, aby odwrócić jego uwagę i rozstawiałam nadal nakrycia na stoliku - ale mu ulżyło, jak powiedziałam, że dzisiaj wracamy do domu.

- Spójrz na mnie - Jimmy nie dał się zwieść - chcesz tego…

Zagryzłam wargę i pochyliłam się do niego.

- Jimmy… - szepnęłam, patrząc w jego oczy - …ona nie ma nikogo.

- A jeśli ma? - zapytał Jimmy.

- To będzie miała z kim być - powiedziałam stanowczo, ale łagodnie.

Odsunęłam się po pocałowaniu delikatnie jego ust i zajęłam się jego śniadaniem.

I tak myślałam, to była prawda, a w danej chwili i tak najważniejsze dla mnie było przewiezienie mojego bohaterskiego, wspaniałego mężczyzny do domu, bym mogła sama się nim zaopiekować.

Musiałam poczekać na lekarza.

Jedliśmy więc razem jajka sadzone z kiełbaskami, zapiekane kanapki, scones z musem jabłkowym i rozmawialiśmy o tym, jak Matt przyjął wiadomość o wypadku Jimmy’ego.

A potem poszłam, by dowiedzieć się o stan zdrowia Josha.

Niestety, nie było zmian.

Trzeba było czekać.


 


2 komentarze: