Rozdział
5
Garden party
Trzy tygodnie później
Jechałam
swoim Priusem do Carson City, gdzie pracodawca Michała i Doroty wyprawiał
przyjęcie (z okazji jakiejś ich rocznicy, czy coś), aby przy okazji przywitać
nowych pracowników.
Polityka
firmy miała na celu integrację z całymi rodzinami.
Więc
zostałam zaproszona.
W
ciągu tygodnia codziennie rano szykowałam śniadanie dla siebie i Berta, zjadałam
z nim to śniadanie, szykowałam mu lunch i zawoziłam go do szkoły.
Rozmawialiśmy,
pomagałam mu z niektórymi pracami domowymi, jeśli nie miał ich zrobionych i
miał wystarczająco dużo czasu, a potem opiekę nad nim przejmowała Alice i to
ona go odbierała ze szkoły.
Przekazywałam
jej czasami uwagi dotyczące lekcji lub jego problemów z kolegami, uzgadniałyśmy,
co Bert powinien wziąć na lunch.
Czasem
przynosiła do mnie jakieś ciasto, ciastka lub inne produkty, które miały mi
pomóc w przygotowaniu dla niego śniadania lub lunchu, albo były przeznaczone do
szkoły na kiermasze.
Przez
ten czas już kilka razy byliśmy z Jimmy’m na dalszych i bliższych wycieczkach
rowerowych.
Rozmawialiśmy
o nich i planowaliśmy je, co dało mi ukierunkowanie w moich poszukiwaniach
informacji w Internecie.
Lubiłam
to wszystko.
Jednak
większość moich myśli (i czas) ostatnio zajmowało garden party Michała i
Dorotki.
Denerwowałam
się tym (początkowo samotnie) przez dwa tygodnie, czyli odkąd się dowiedziałam,
że miałam jechać, bo Michał zaprosił mnie telefonicznie, kiedy tylko dowiedział
się o tym od swojego pracodawcy.
Najbardziej
denerwowałam się dlatego, że dawno nie byłam na żadnym oficjalnym (lub nawet
półoficjalnym) przyjęciu.
Od
wielu miesięcy nie uczestniczyłam w spotykaniach z ludźmi, które wymagałyby innych
strojów, niż luźne, sportowe lub wręcz robocze.
Nie
miałam w Stanach żadnych strojów na oficjalne (bardziej lub mniej) wyjścia, a
nawet te, jakie miałam w Polsce, prawie wszystkie wyrzuciłam lub rozdałam, bo przez
te dwa lata schudłam tak bardzo, że nic na mnie nie pasowało.
Więc
w dobraniu stroju na to garden party pomogli mi Alek i Sam, którym w końcu,
tydzień temu, powiedziałam, że jechałam, opowiedziałam, co to miała być za
impreza i czego tam ode mnie oczekiwano.
Spodziewałam
się, że pojechałabym do ich butiku i po prostu pokazaliby mi, co tam mieli, ale
Alek zaangażował się w przygotowanie mnie z takim entuzjazmem, że denerwowałam
się jeszcze bardziej.
Namówili
mnie na fryzjera i kosmetyczkę.
Wreszcie
wybrałam się do ich butiku na większe zakupy i tam dobrali mi między innymi sukienkę,
buty i torebkę (oraz wiele innych strojów nie tylko na tę okazję).
A
później nawet dodatki wybieraliśmy wspólnie.
Aleka
zachwyciła moja kolekcja pereł, łańcuszków, pierścionków i bransoletek, które
systematycznie dostawałam od męża w ciągu tych kilkudziesięciu lat małżeństwa.
Nigdy
przy nich (ani w ogóle tutaj) nie nosiłam biżuterii, więc, kiedy otwierałam
przed jego szeroko otwartymi oczami kolejne pudełka, dosłownie płakał z
zachwytu.
Mnie
chciało się śmiać, bo zachowywał się jak sroka.
Na
przełomie kwietnia i maja rano w Salt Lake City bywało chłodno, ale jechałam do
Nevady, na granicę z Kalifornią, gdzie zawsze jest gorąco, a nawet w Utah miało
być w ciągu dnia ponad 20˚C.
Dlatego
o dziewiątej rano tego dnia wyszłam z mojego mieszkania wystrojona w
przylegającą do ciała sukienkę z lekkiej bawełny w kolorze trawiastym -
ciemnej, soczystej zieleni, z wąskimi, czarnymi, aksamitnymi wykończeniami przy
krótkich rękawkach, dekolcie i na dole.
W
pasie od lewej strony miała kilka poziomych, skośnych zaszewek, rozchodzących
się niczym wachlarz w stronę prawego ramienia i piersi, w które był wszyty ten
sam czarny materiał.
Miała
niewielki, asymetryczny, zaokrąglony dekolt i sięgała tuż nad kolano.
Z
tyłu miała lekkie rozcięcie do połowy uda, dzięki czemu mogłam swobodnie się
poruszać.
By
zabezpieczyć się przed porannym chłodem, założyłam na nią czarny, nie zapinany kardigan,
sięgający mi za biodra i tak ukształtowany, że podkreślał talię.
Miał
szeroki, szalowy kołnierz i był ciepły.
Mogłam
go później zostawić w samochodzie.
Alek
autorytatywnie zdecydował, że muszę do tego włożyć zawieszkę - prawdziwy, dosyć
duży, nieregularny turkus na długim złoty łańcuszku o ciekawym splocie.
Miałam
do niego złoty pierścionek z podobnym turkusem (o ponad połowę mniejszym) na
szerokiej obrączce i niewielkie, guziczkowate złote kolczyki z maleńkimi
turkusami.
Odziedziczyłam
ten komplet po mamie mnie też, jak i Alekowi, bardzo się podobał, a dodatkowo
miał dla mnie wartość sentymentalną.
Dodałam
do tego zegarek na rękę, który był z kolei dawnym prezentem urodzinowym od
moich przyjaciółek z Polski, a był prosty, czarny ze złotymi wskazówkami,
cyframi rzymskimi i wykończeniami.
Prosta,
czarna torebka koktajlowa na długim, złotym, łańcuszkowym pasku i czarne, proste,
zapinane w kostce sandałki na średnio wysokim obcasie dawały efekt eleganckiej
prostoty.
Na
oficjalne garden party w sam raz.
Po
raz pierwszy od miesięcy wydepilowałam nogi i natarłam je olejkiem różanym,
więc wyglądały bosko.
Poczułam
się z tym wszystkim może nieco za bardzo wystrojona, ale zadbana tak, jak nie
byłam od wielu, wielu miesięcy.
Prawie
zapomniałam to uczucie.
Czemu
tak szybko zapomniałam, o ile lepiej się czułam, jeśli zajęłam się sobą chociaż
trochę?
Dzień
przed zakupami w butiku u chłopaków byłam w zakładzie fryzjerskim, który mi
poradzili i przekonałam się, że faktycznie pracujący tam fryzjer, a
jednocześnie stylista był prawdziwym mistrzem w swoim fachu.
Kazałam
tam sobie ufarbować włosy na kolor miedzi, a ponieważ miałam tylko trochę
srebrnych, więc w efekcie takiego farbowania moje włosy były jakby cieniowane,
o różnych odcieniach rudości.
Mieniły
się.
Moim
naturalnym kolorem włosów był taki pośredni między brązowym a czarnym, a mnie
wydawał się mdły, więc je farbowałam i robiłam to od lat.
Przez
cały czas trwania mojego małżeństwa farbowałam włosy na jakiś ciemny odcień czerwieni,
głównie kasztanowy, lub na brązowo.
Mój
mąż wolał, jak miałam ciemne włosy.
Więc
nigdy nie miałam miedzianych, a podobał mi się ten kolor.
Włosy
z nim były wyraziste i wydawało mi się, że dobrze pasowały do mojej osobowości,
chociaż ją skrywałam.
A
do tego wyglądały jak naturalne, zwłaszcza z tymi pasemkami.
Fryzjer,
którego poradzili mi chłopaki, podciął lekko (bardzo lekko, bo powiedziałam mu,
że je zapuszczam - zauważyłam, że szybko rosły) moje, już trochę dłuższe, włosy
tak, że ukształtował fryzurę przez cieniowanie i nawet ja mogłam ją potem
odtworzyć w miarę nie psując efektu.
A
efekt był niesamowity.
Alek
miał rację, ten fryzjer był mistrzem.
Włosy
naturalnie mi falowały, więc ich układanie nie wymagało lokówki, ale wymagały
suszenia na szczotce, jeśli chciałam, żeby wyglądały porządnie, a z fryzurą,
którą miałam teraz, wyglądałam, jakbym miała dużo włosów.
Dawniej
zwykle je prostowałam i przygładzałam, bo wolałam je ujarzmiać.
Po
strzyżeniu została mi grzywka i całkiem dużo dłuższych pasm, muskających mi
szyję, co bardzo lubiłam.
W
tym samym salonie tego samego dnia zrobiłam sobie manikiur i pedikiur (również
dawno ich nie robiłam).
Po
krótkim namyśle wybrałam jeden lakier o pastelowym odcieniu różu, który był
prawie nude, uniwersalny.
Największy
problem dla mnie stanowił makijaż, który powinnam mieć zrobiony tuż przed
wyjazdem.
Nie
umiałam się malować i nie lubię tego, nigdy nie lubiłam.
Kiedy
mu się do tego przyznałam, trochę ze wstydem i niechętnie, Alek nie pozwolił mi
się samej do tego zabrać.
Zaczął
od tego, że kupił mi kuferek z kosmetykami, który zawierał fluid, puder, róż,
kredkę do rzęs, eyeliner, tusz do rzęs, cienie do oczu, szminkę, błyszczyk i
inne cuda.
A
potem przyszedł na godzinę przed moim wyjazdem z domu i posadził mnie przed
sobą przy stole, na którym rozłożył te cuda.
Bałam
się, że mnie nadmiernie wymaluje, ale efekt był oszałamiający.
Nie
wiedziałam, że mogłam tak wyglądać.
Alek
był genialny!
Podkreślił
mi rzęsy i nałożył eyeliner, przyciemnił brwi i dodał tylko odrobinę brązowego
cienia na górną powiekę.
Spakowałam
ten kuferek do swojej torby podróżnej, ale wiedziałam, że nigdy, przenigdy nie zdołam odtworzyć tego
efektu.
Powiedziałam
mu o tym, a on wyglądał na super zadowolonego z tego, że mi się podobało, ale oczywiście
stwierdził, ze przesadzałam z niedocenianiem siebie.
Przeglądając
się w dużym lustrze, które było na drzwiach szafy w sypialni, stwierdziłam, że
wyglądałam naprawdę właściwie na takie garden party.
Na
moje usilne żądanie Alek i Sam wyszli z mojego mieszkania piętnaście minut
wcześniej, bym mogła pozamykać je, sprawdzić, uspokoić się i spakować na
podróż.
Zabierałam
ze sobą torbę turystyczną, bo miałam zostać na kilka dni u moich dzieci, oraz
torbę z laptopem.
A
potem nagle, cóż, było wpół do dziesiątej i musiałam wyjeżdżać.
Więc
sprawdziłam po raz ostatni czy wyłączyłam wszystkie lampki, zakręciłam wodę
oraz gaz, wyszłam na galerię i zamknęłam za sobą drzwi na klucz.
Zaaferowana,
sprawdzając, czy miałam wszystko ze sobą, wyciągając z torebki okulary i
chowając do niej klucz od mieszkania, poszłam w stronę schodów i zaczęłam po
nich schodzić.
Patrzyłam
uważnie pod nogi, żeby się nie potknąć na obcasach, w których nie czułam się
tak pewnie jak dawniej, kiedy wyczułam go na dole.
Podniosłam
głowę i zobaczyłam, że był tam.
O
Boże kochany!
Jimmy
wchodził po schodach i patrzył, jak szłam
w jego stronę.
Tymi
swoimi pięknymi, niebieskimi oczami zmierzył mnie od stóp do głów bez większego
zainteresowania.
Wręcz
wrogo.
Co
było dziwne.
Przełknęłam
ślinę.
Sądziłam,
że bardziej się zaprzyjaźniliśmy.
A
może… choćby polubiliśmy.
Zrobiło
mi się nieswojo, przykro.
Kiedy
ostrożnie zeszłam niżej, ponownie patrząc pod nogi, i był tylko o trzy stopnie
niżej ode mnie, spojrzałam na niego i powiedziałam cicho - „Hej”.
Jego
głowa dziwnie podskoczyła.
Zatrzymał
się w miejscu jak wryty.
Zagryzłam
wargę, ale nie zatrzymałam się.
Powoli
przeszłam w jego stronę jeszcze dwa stopnie i już byliśmy ze sobą twarzą w
twarz.
Jego
twarz wyrażała całkowite zaskoczenie, jakby dopiero wtedy mnie rozpoznał.
Uśmiechnęłam
się lekko i przechyliłam głowę.
Popatrzyłam
na niego.
Otwartymi
szeroko oczyma zmierzył mnie jeszcze raz od stóp do głów i powiedział - „Hej”,
przy czym zatrzymał mnie, odcinając mi drogę.
Jego
spojrzenie, skierowane ostatecznie wprost w moje oczy, było…
Było
takie…
Intensywne.
Jak
dotyk.
Gorące.
Poczułam
się seksowna, piękniejsza.
To
było tak, jakby mnie delikatnie i bardzo, bardzo
powoli pieścił, gładząc mnie czubkami palców.
Poczułam,
że policzki mi się rozgrzały, sutki mi stwardniały, a skóra zaczęła mnie mrowić.
Oblizałam
wargi, odwróciłam wzrok, odgarnęłam włosy w niepotrzebnym geście i w końcu
ruszyłam się i przeszłam obok niego.
-
Do zobaczenia za kilka dni - wymamrotałam prawie do siebie i poszłam dalej w
dół schodami i w stronę parkingu.
Nie
wiedziałam, czemu to powiedziałam.
Widzieliśmy
się ostatnio jakieś trzy lub cztery dni wcześniej i to przelotnie, bo żadne z
nas nie miało czasu, więc nie rozmawialiśmy ze sobą.
Rozmijaliśmy
się.
Ja
byłam ciągle zajęta przez Aleka i Sama, przejętych moim wyjazdem.
On
pracował.
Owszem,
byliśmy już na wielu wycieczkach rowerowych od czasu tamtej pierwszej i często o
nich rozmawialiśmy.
Wydawało
mi się, że on też polubił na nich moje towarzystwo, jak ja jego.
Owszem,
zaprosił mnie kiedyś do siebie na kolację na pizzę i piwo w rewanżu za kolację,
którą dla niego zrobiłam (chociaż ja nadal uważałam, że miałam u niego dług).
Byłam
u niego w mieszkaniu, jedliśmy siedząc obok siebie na kanapie, a otwarte pudełko
pizzy stało między nami.
Piłam
z nim piwo.
Z
butelki.
Rozmawialiśmy
swobodnie, jak koledzy i śmialiśmy się.
Przekonałam
się wtedy, że Jimmy, jak prawdziwy mężczyzna, nie dbał o wystrój swojego
mieszkania.
Może
nawet za bardzo, bo nie miał w nim nic oprócz stolika pod wielkim (gigantycznym) płaskim telewizorem i
dwóch brązowych, skórzanych, olbrzymich,
miękkich kanap.
Nie
zmieniało to faktu, że byliśmy tylko
sąsiadami.
Nawet
nie przyjaciółmi.
Nic
zobowiązującego.
Jednak…
To
przypadkowe, krótkie spotkanie na schodach, jego gorące oczy, wyraz twarzy, były
wszystkim, co wypełniało moje myśli przez większość drogi do Carson City.
Miałam
przed sobą osiem godzin jazdy, więc właściwie można powiedzieć, że myślałam o
tym przez pół dnia.
A
potem postanowiłam więcej o tym nie myśleć.
I
tak nie mogłam tego mieć.
Więc…
hm.
Nie myśleć o tym.
*****
Jimmy
Jimmy
wszedł do swojego mieszkania i natychmiast podszedł do okna w salonie, które
wychodziło na parking.
Patrzył
przez nie, jak Eva zapikała w zamki, żeby otworzyć swój samochód, włożyła swoją
torbę podróżną i torbę z laptopem na tylne siedzenie i wsiadała do swojego
Priusa.
Opatuliła
się tym seksownym swetrem, podkreślającym jej biodra, posadziła swój kształtny,
chociaż chudy tyłek na siedzeniu kierowcy i dopiero wtedy włożyła obie nogi pod
kierownicę.
I
te okulary.
Czysta
klasa.
Seksowna
jak cholera.
Podobała
mu się już wcześniej.
Ale
była jakby… aseksualna.
Pamiętał,
że kiedy zobaczył ją pierwszy raz, zwrócił szczególną uwagę na jej smutne,
piwne, zmieniające kolor oczy i łagodny uśmiech na pięknych ustach.
Była
wtedy w tej dziwnie bezkształtnej kurtce, a jej włosy nie miały określonego
koloru.
Zero
makijażu.
Później
widywał ją w stroju sportowym, więc wiedział, że była zgrabna, chociaż bardzo
szczupła.
Nie
wiedział, czemu go zaabsorbowała.
Czemu
chciał ją chronić i przed czym.
Zaczął
zwracać na nią uwagę.
Szukał
jej.
Więc
dowiedział się, że była prosta, szczera i naturalna.
Kiedy
rozmawiali ze sobą, kiedy obserwował ją, rozmawiającą z innymi, zauważył to jej
spojrzenie spod oka z przechyloną głową, z uśmieszkiem lub poważne, które było
tak nieświadomie kokieteryjne, że tylko dodawało jej uroku.
Tak
samo jak drobne zmarszczki wokół oczu, pogłębiające się, kiedy się uśmiechała,
a uśmiechała się często.
Uśmiechała
się właściwie cały czas i ten uśmiech zwykle rozjaśniał całą twarz, swoim
ciepłem sięgając również jej oczu.
Zero
fałszu.
Nie
miała innych zmarszczek, chociaż raczej nie była młoda, co mógł stwierdzić po
jej włosach.
Z
tego, co zauważył, nigdy i przed nikim nie udawała; nie udawała zainteresowanej
ani znudzonej.
Kiedy
coś ją ciekawiło, pytała.
Kiedy
nie, nie słuchała.
Ale
zwykle interesowała się wszystkim.
Patrzyła
zawsze wszystkim prosto w oczy i z jej twarzy mógł wyczytać każdą emocję, kiedy
coś mówił.
Kiedy
ktokolwiek coś mówił.
Ale
wyglądało na to, że jego lubiła
słuchać.
I
to ciepło, którego chciał czuć więcej.
Ciepło
w oczach, w uśmiechu, w łagodnym głosie.
Te
nieliczne wycieczki rowerowe, na które z nią jeździł, były dla niego prawdziwym
odpoczynkiem z dobrym kumplem.
Nie
zmuszała go do rozmowy i nie wymagała specjalnej uwagi.
Po
prostu była.
Słyszał,
jak rozmawiali o niej chłopaki z ekipy remontowej, a właściwie przechwalali się
który zjadł więcej mufinek i jaką dobrą robiła kawę, chociaż też mówili o tym,
jaka była fajna i miła.
Właściwie
wszyscy mówili o jej poczęstunkach, z którymi często wychodziła na galerię.
Zauważył,
że interesowała się ludźmi i lubiła pomagać.
Jak
Alekowi i Samowi, jak Bert’owi, a nawet jemu.
To,
jak zajęła się Bertem, zaprzyjaźniła z samotną matką, Alice, było cholernie niesamowite.
Proste
i skuteczne.
I
była jedyną z sąsiadów, do której te dwie Chinki krzyczały swoje pozdrowienia,
uśmiechając się z drugiej strony galerii i machając rękoma.
Kolacja,
którą wtedy przygotowała dla niego - w niecałe pół godziny, a bez odgrzewania -
była gównem, a przecież nie musiała nic robić, bo to on jej się narzucił.
Poszedł
tam tylko dlatego, bo był jej ciekawy.
A
ona nałożyła mu porcję, jakby wiedziała, że mógł być głodny, a był głodny,
chociaż zamierzał po prostu zjeść coś kupionego po drodze do pracy.
Martwiła
się o niego.
Nie
popisywała się sztuką kulinarną, to było
proste.
A
jeszcze potem, następnego dnia rano, ta jej troska, że był zmęczony, śpiący i
głodny po pracy.
I
to, jak jadła rękoma pizzę prosto z kartonu położonego na jego kanapie,
popijając ją piwem prosto z butelki.
Nie
przejmując się, że sos pomidorowy kapie jej na brodę.
Jak
kumpel, bez cienia nadmiernej, sztucznej zalotności, której Jimmy nienawidził u
wielu znanych mu kobiet.
Rozmawiając
z nim przy tym szczerze i swobodnie, uśmiechając się i wypytując go o miniony
dzień.
Nigdy
nie mówiła o sobie, a zawsze miała coś do powiedzenia o innych.
O
Bercie, Alice, Maggie, Aleku, Samie, Dominiku, chłopakach z ekipy remontowej.
Nie
znał takiej drugiej kobiety.
A
teraz zobaczył inną Evę.
Kobiecą,
seksowaną, piękną i z klasą.
Jezu.
Kiedy
patrzył od dołu na jej nogi, miał ochotę przeciągnąć palcami wzdłuż wewnętrznej
strony uda do góry, by sprawdzić, czy miała majtki.
Piękne,
gładkie, lśniące, długie nogi.
Jezu,
czemu nigdy wcześniej nie widział jej nóg?
I
te włosy jak ogień.
Nigdy
nie widział takiego koloru.
Jakby
były żywe.
Zastanawiał
się, czy pod tym spokojem, refleksyjnością, smutkiem mógł kryć się temperament,
który byłby tak ognisty, jak te włosy.
W
pierwszym odruchu był zły, bo pomyślał, że to nowa sąsiadka.
Że
pojawiła się w okolicy cholerna nowa suka, z którą znowu wpadnie w jakieś popieprzone
kłopoty, bo zawsze zbyt łatwo poddawał się pokusie przelecenia cholernie łatwej
cipki.
Bo
był idiotą.
Kiedy
zauważył, że to Eva, jego kutas się obudził, stwardniał i podskoczył.
Kurwa,
bolał go teraz, kiedy pomyślał o niej i marzył o tych nogach rozłożonych dla
niego na jego kanapie.
Kurwa.
Ona
nigdy nie będzie jego.
Nie
z jego przeszłością.
Spowijał
ją smutek.
Jimmy
nie przegapił tego, jak ochronnie owijała swój brzuch przedramionami i kuliła
plecy, kiedy była niepewna lub zmartwiona, chociaż starała się to ukrywać pod
pozorem wesołości.
Nie
mógł jej tego zrobić.
Kurwa!
Nie
powinien o tym nawet myśleć, ale wciąż i wciąż wracał do niego jej cichy, niski,
seksowny głos Do zobaczenia za kilka dni.
Wracał
do tego myślami przez kolejne dni, dopóki Eva nie wróciła z tego wyjazdu,
dokądkolwiek wtedy pojechała.
*****
Eva
Wieczorem tego samego
dnia
Byłam
już w Carson City.
Według
wskazówek GPS’a dojechałam do domu, a właściwie posiadłości przełożonego
Michała i Doroty.
Była
piąta trzydzieści wieczorem.
Zaparkowałam
tuż przy wyznaczonym wejściu dla gości na olbrzymim podjeździe, zastawionym
licznymi samochodami, włosy przeczesałam palcami po raz ostatni, odetchnęłam
głęboko i wysiadłam.
Zostawiłam
kluczyk do samochodu parkingowemu, schowałam do torebki numerek, który mi dał w
zamian i poszłam w kierunku wskazanym przez kogoś w rodzaju recepcjonisty.
Kardigan,
zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, zostawiłam w samochodzie, bo było gorąco, więc tylko pasek torebki
przewiesiłam przez ramię.
Przeszłam
wygodną, krętą ścieżką, która była wyłożona dużymi, gładkimi, granitowymi płytami,
na drugą stronę domu, do ogrodu zacienionego wysokimi krzewami.
Niby
się nie spóźniłam, ale chyba wszyscy już byli.
Zobaczyłam
tłum ludzi.
Obcych
ludzi.
Z
niechcianą wprawą, nabytą doświadczalnie w moim poprzednim życiu, wzięłam z
tacy przechodzącego obok kelnera wysoką, wysmukłą, oszronioną szklankę z długą,
kręconą, szklaną rurką, z wodą z lodem i limonką, żeby zająć ręce i wtopić się
w tłum.
Otoczenie
było wspaniałe, co potrafiłam docenić.
Ogród
był najwidoczniej urządzony przez architekta krajobrazu, bo każdy element był
na swoim, przemyślanym miejscu i jeszcze bardziej podkreślał urok tarasu domu.
Rabaty
kwiatowe, przycięte krzewy, skały i alejki komponowały się z trawnikami i
małymi fontannami, dającymi przyjemny chłód.
Wszystko
było niezwykle dobrze zadbane, jakby minimum raz w tygodniu zajmowała się tym
specjalna firma ogrodnicza.
Zaczęłam
wolnym krokiem, wyprostowana, ale nie sztywna, przemierzać przestrzeń,
rozglądając się, podziwiając zadbane kwiaty i szukając wzrokiem Michała lub
Doroty, a jedocześnie rozdając roztargnione uśmiechy i skinienia głową.
Dryfując
swobodnie w tłumie, nie zatrzymywałam się przy nikim, bo nikogo jeszcze nie
znałam.
W
końcu zauważyłam w oddali Michała, zajętego rozmową z kilkoma osobami, ale wciąż
nie widziałam Doroty.
Skierowałam
się w stronę mojego syna, kiedy zaczepił mnie gentelman w wieku zbliżonym do
mojego.
Był
ciemnowłosy i lekko szpakowaty.
Włosy
miał przycięte krótko i bardzo dobrze.
Był
ubrany w ciemno szare chinosy, takie same mokasyny i zauważalnie drogą, kremową
koszulkę polo.
Na
jego ręku, z zadbanymi dłońmi, starannie utrzymanymi paznokciami, zauważyłam bardzo
drogi zegarek.
Brak
obrączki.
-
Witam. My się chyba nie znamy - zagadnął mnie uprzejmie, ale bezosobowo.
-
Dzień dobry - odparłam, odwracając się do niego - Raczej nie, jestem tu nowa.
-
Zauważyłem, że podziwiała pani rabaty. Interesują panią kwiaty? - zapytał
konwencjonalnie.
Zaśmiałam
się lekko.
-
Obawiam się, że bardziej niż komputery - odparłam, ujawniając, że wiedziałam,
jakiego rodzaju było to spotkanie.
-
Och - wydawał się być szczerze zmartwiony i zaciekawiony - Więc musi się tu pani
tutaj nudzić.
-
Eva - powiedziałam i podałam mu prawą dłoń, którą uwolniłam, przekładając
szklankę do lewej.
-
Miło mi. Jacob - przedstawił się.
Lekko
uścisnął moją rękę i kontynuował - Jeśli nie interesują cię komputery, to co
tutaj robisz?
-
Mój syn pracuje dla tej firmy od niedawna. Sprowadziliśmy się z Polski -
wyjaśniłam.
-
Cześć mamo. - usłyszałam za plecami wołanie Michała i odwróciłam się w tamtą
stronę, by zobaczyć mojego syna o kilka kroków ode mnie.
-
Widzę, że poznałaś mojego szefa - dodał, kiedy w końcu podszedł i powitał mnie
pocałunkiem w policzek.
W
tej chwili poczułam głównie zaskoczenie.
Przeniosłam
wzrok z powrotem na Jacoba.
Nie
spodziewałam się, że szefem moich dzieci jest mężczyzna w takim wieku, tak
dystyngowany a jednocześnie przystępny.
Po
tym, jak Michał wspominał o nim, wyobrażałam go sobie raczej jako młodego,
niechlujnego introwertyka.
Kogoś
w stylu Sundar’a Pichai lub Marka Zuckerberga (sprzed kilku lat).
Jacob
był jednak szpakowaty, wysoki i dobrze ubrany (chociaż nadal casual).
Trzymał
się prosto, pewnie i właśnie wtedy patrzył mi w oczy z lekkim uśmiechem, który naprawdę
wyglądał na szczery.
-
Mick, nie powiedziałeś, że twoja mama jest taką piękną kobietą. - powiedział
bez nacisku, tak prosto, że ten komplement mi się wydawał nawet bardziej
wartościowy.
Boże
kochany!
Przecież
ja nie szukam ani nie potrzebuję
mężczyzny.
Czemu
znowu czuję to mrowienie, ten przyjemny szmerek w głowie?
Może
dlatego, że miło było po prostu znowu poczuć się kobietą?
W
tym momencie, niespodziewanie, chociaż nie niechętnie, zobaczyłam w myślach
oczy Jimmy’ego.
To
gorąco, ten wyraz jego twarzy z
dzisiejszego poranka.
I
usłyszałam jego niski, cichy głos, wypowiadający moje imię.
To
sprawiało, że nie tylko czułam się kobietą, ale czułam się piękną i pożądaną kobietą.
Rozmawialiśmy
z szefem Michała we trójkę jeszcze przez chwilę, a potem zaprosił nas do stołu
szwedzkiego i przeprosił, bo poszedł porozmawiać z innymi gośćmi.
Michał
i Dorota przedstawili mi jeszcze kilka osób.
Rozmawialiśmy
wszyscy razem, śmialiśmy się, a potem usiedliśmy przy stoliku i zjedliśmy kolację.
Ale
właściwie cały czas na dnie moich myśli był Jimmy.
Kiedy
miałam chwilę dla siebie, poszłam na ubocze, aby wysłać SMS’a do Aleka i Sama i
poinformować ich, że wszystko jest cudowne.
Kiedy
skończyłam pisać, zza moich pleców podszedł do mnie Jacob.
-
Informujesz swojego chłopaka, że nadal o nim myślisz? - zapytał poufale.
-
Och, Jacob - zaskoczona zawołałam cicho, a potem dodałam - Melduję się
przyjaciołom, że dojechałam i jest naprawdę wspaniale.
-
Więc podoba ci się tutaj?
-
O, tak. To piękny ogród i fantastyczne przyjęcie. - powiedziałam szczerze i z
przejęciem.
-
I to znaczy, że nie masz chłopaka? - dorzucił Jacob, jakby kończył swoją myśl,
ale też tak, jakby mnie nie słuchał.
W
tym momencie nie bardzo wiedziałam, jak się zachować.
-
Umm… - zamruczałam.
Nie
wiedziałam, ile mój syn powiedział o naszej rodzinie swojemu szefowi.
O
naszej byłej rodzinie i o powodach,
dla których znaleźliśmy się w Stanach.
Nie
chciałam dzielić się z nim moimi prywatnymi sprawami, nawet jeśli był miły i
wydawał się być szczerze zainteresowany.
Nie
chciałam o tym mówić, a nawet o tym myśleć.
-
Tak, widzę, że za wcześnie na taką rozmowę - powiedział Jacob, jakby czytał mi
w myślach.
Pomilczeliśmy
jednak tylko kilka sekund.
-
Co powiesz na spotkanie jutro na brunchu i rozmowie tylko we dwójkę? - Jacob zmienił
temat.
Znowu
nie wiedziałam, co miałam z tym począć.
Nie
miałam na to ochoty, ale z drugiej strony: czemu
nie.
Był
miły, a być może więcej się nie spotkamy.
-
Cóż, właściwie… - zaczęłam.
-
Nie mów nie! - wyszeptał, a ja zamarłam z zaskoczenia i zamrugałam szybko,
jednocześnie rozchylając wargi.
W
jego głosie bowiem usłyszałam namiętność, której nigdy bym się po nim nie
spodziewała.
-
Umm… - zająknęłam się - No może…
Zastanowiłam
się.
-
No, dobrze - wystękałam w końcu niechętnie, natychmiast przeklinając w myślach
swój brak asertywności.
-
Cudownie - powiedział głośno.
Rozpromienił
się i wyprostował.
-
Więc odprowadzę cię do syna, a jutro przyjadę po ciebie o jedenastej i
pojedziemy na brunch - dodał energicznym głosem.
Boże
kochany, co to było?
Czy
to była jakaś gra, czy był taki zmienny?
Co
ja narobiłam?
Jak
miałam z tego wybrnąć?
Postanowiłam,
że poradzę sobie z tym jutro, a dzisiaj postanowiłam płynąć dalej z nurtem.
-
Okej, niech będzie - wymamrotałam, patrząc pod swoje nogi.
A
potem postarałam się nie myśleć o tym.
-
Pójdźmy do Michała - dodałam, podnosząc głowę.
Po
czym, nie patrząc na Jacoba, skierowałam się z powrotem w stronę stolików.
*****
Przedpołudnie następnego
dnia
-
Mamo, proszę cię uważaj. - Michał brzmiał znowu na zmartwionego i zakłopotanego.
Czegoś
mi nie mówił.
-
Kochanie - odpowiedziałam, przykładając dłoń do jego policzka i patrząc mu
prosto w oczy - przecież wiesz, że nie szukam mężczyzny.
Opuściłam
rękę i spojrzałam na stojącą obok Dorotę.
-
Po prostu idę na brunch. Nic więcej - zapewniłam ich, ponownie spoglądając na
mojego syna.
Michał
westchnął.
Jeśli
chciał mnie ostrzec przed swoim szefem, a nie chciał być wobec niego
nielojalny, to miał prawo tak się zachowywać.
Nie
wiedział, że oprócz tego, co sprowadziło mnie do Stanów, miałam jeszcze jeden
powód, by nie zainteresować się
Jacobem, a ten powód został w Salt Lake City, nawet, jeśli sama przed sobą się
do tego nie przyznawałam.
Byłam
ubrana w brązowe, obcisłe spodnie 7/8 i obcisły, miętowo zielony t-shirt z
niewielkim dekoltem w łódkę (koło którego były, jako jedyna ozdoba, drobne,
ciekawe marszczenia), bez nadruku, bo nic innego nie miałam ze sobą.
Mój
strój uzupełniały proste, czarne sandałki bez obcasa i czarna, nieduża torebka
na długim pasku na ramię.
Był
to strój casual, chociaż być może za bardzo swobodny jak proszony na brunch z
mężczyzną, który był szefem moich dzieci.
Ale
jadąc tu, nie spodziewałam się ani trochę zaproszenia od jakiegoś mężczyzny na
mniej lub bardziej elegancki brunch.
Więc
nie miałam się w co ubrać.
Zresztą
nie zależało mi.
Była
godzina jedenasta przed południem i byłam gotowa.
Zadzwonił
gong do drzwi.
Dorota
poszła, żeby otworzyć, a ja ruszyłam po torebkę i poprawić szminkę.
Usłyszałam
odgłosy powitania i poszłam w stronę drzwi.
Jacob
ogarnął mnie wzrokiem od stóp do głów i wydawał się być niezadowolony i, być
może, rozczarowany.
Nie
zastanawiałam się, jak się z tym czułam.
Po
prostu podeszłam do niego, przywitałam się, odwróciłam się do dzieci i rzuciłam
im krótkie pożegnanie.
Wyszliśmy
przed dom i wtedy zobaczyłam, że przyjechał po mnie limuzyną.
Przy
tylnych drzwiach stał szofer, z ręką za plecami i otwierał je dla nas,
uśmiechając się uprzejmym, bezosobowym, zawodowym uśmiechem.
Westchnęłam
w duchu.
Nie
moje klimaty.
Tak,
jakoś będę musiała to przetrwać, a
potem zakończyć.
Wsiadłam
pierwsza i Jacob, wciąż stojąc przy samochodzie, wydał kierowcy polecenie,
którego nie zrozumiałam.
Musiałam
zdać się na jego wybór.
Wsiadł,
kierowca zajął miejsce i ruszyliśmy.
Przez
całą drogę prowadziliśmy pustą rozmowę typu „Jak ci się podoba w Stanach” i
wyczuwałam, że, podobnie jak ja, Jacob mógłby tak rozmawiać godzinami z osobą,
z którą nie miał o czym rozmawiać.
Tylko,
że ja tego nie lubiłam, a on chyba
tak.
Jechaliśmy
około piętnastu minut, kiedy poczułam, że skręciliśmy na parking.
Wysiedliśmy
przed klubem golfowym.
Ponownie
Jacob mnie zaskoczył, ale, na szczęście, nie spodziewał się, że będę grała z
nim w golfa.
Po
prostu była tam restauracja Mallards.
Wprowadził
mnie, trzymając dłoń w dole moich placów, hostessa zaprowadziła nas do stolika,
który stał przy oknie z widokiem na pole golfowe, rozłożyłam płócienną serwetkę
na kolanach i dostaliśmy menu.
Moje
nie miało cen, co dobitnie świadczyło
o cenach dań w tym miejscu.
Ponownie
westchnęłam w duchu.
Absolutnie
nie moje klimaty.
Wybraliśmy
dania dla siebie i zaczęliśmy kolejną pustą rozmowę.
Kiedy
przyszła kelnerka, zamówiliśmy.
Wzięłam
dla siebie sałatkę Cesar i espresso, Jacob wziął owoce morza i również
espresso.
Dla
nas obojga (nie pytając mnie) Jacob zamówił czerwone wino.
Kiedy
kelnerka odeszła i czekaliśmy na przyniesienie nam wina, Jacob zdecydował się
na ofensywę.
Jego
pytania przestały być ogólne i uprzejme, a stały się osobiste i natrętne.
-
Więc jak to jest z twoim chłopakiem? - wystartował.
-
Jacob… - zaczęłam, ale mi przerwał.
-
A może narzeczonym? - zapytał.
Nadal
nie odpowiadałam.
-
Ten pierścionek na twoim palcu - wskazał głową, popychając to.
Wtedy
zrozumiałam.
Pierścionek
z turkusem po mojej mamie, był tak mały, że pasował mi tylko na środkowy palec
lewej dłoni.
Tak
go założyłam, nie zastanawiając się co to mogło dla niektórych znaczyć i nie
zdjęłam go, bo nie miałam go jak schować: był za duży do portmonetki, a za mały
do torby.
Więc
miałam go na sobie również na tym brunchu.
Podobnie
jak zawieszkę (ale pod koszulką) i kolczyki.
Mogłabym
skłamać i pozbyć się jego niechcianych zalotów.
Tylko
że ja nie lubiłam kłamać.
-
Nie, to nie jest pierścionek zaręczynowy - przyznałam.
-
Więc jesteś wolna? - zapytał z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku, który mi
się nie spodobał.
-
Jacob… - zaczęłam znowu, ale tym razem sama przerwałam.
Dowiedziałam
się bowiem poprzedniego wieczoru, że Michał opowiedział szefowi, dlaczego zostawiliśmy
całe poprzednie życie i przeprowadziłam się razem z nimi do Stanów.
Więc
wiedział.
Wszystko.
A
ja nie naprawdę miałam ochoty
zagłębiać się z ledwo poznanym mężczyzną w moje uczucia i przeżycia.
Ponownie
westchnęłam w myślach.
Postanowiłam
płynąć z nurtem, nie zachęcać go, a potem wyjechać.
To
był tylko ten jeden brunch.
Więc
dałam mu ogólnikową, pokrętną odpowiedź.
I
nie dałam się już więcej wciągnąć w zbyt osobistą rozmowę.
Jego
kolejne osobiste pytania zbywałam żartami i śmiechem, a potem zaczęłam sama
zadawać dużo pytań.
Jacob,
jak się spodziewałam, sądząc po pokazie stroju, samochodu posiadłości itp., był
typem człowieka, który lubił dużo mówić o sobie, bo myślał głównie o sobie, więc
nie było to trudne.
Zadawałam
tylko drobne pytania, by podtrzymać rozmowę.
Stopniowo
dowiedziałam się tego, jak, właściwie z niczego, tylko na własnych pomysłach
(których podstawą była idea Jacoba), zbudowali razem z kumplem i obecnie byłą
żoną Jacoba firmę, która stopniowo przekształciła się w imperium robotyki.
Jak
wspaniałe pomysły miał Jacob na rozwój tej firmy i na zdobycie większej ilości
pieniędzy, co wydawało się motywem przewodnim jego życia.
Jak
po latach wykupił kumpla i byłą żonę, aby zostać jedynym prezesem i mieć
decydujące zdanie o dalszych losach ich firmy.
Jak
to jego była żona wychowywała ich jedynego syna (i jak przebiegał ich rozwód, i
o szczegółach ich pożycia, czego nie chciałam wiedzieć) oraz jak wyglądały
jego rzadkie, nieregularne kontakty z prawie dorosłym synem, o które ten syn
nie zabiegał, więc wiedziałam swoje.
Rozmawialiśmy,
a właściwie on mówił przez godzinę.
Wystarczyło
mu, że od czasu do czasu rzuciłam Oooo
lub Mhm.
Potem,
szczęśliwie, chociaż niezbyt łatwo, udało mi się przekonać go, że potrzebowałam
spędzić trochę czasu ze swoim synem i jego żoną, których tak rzadko widywałam,
zanim wróciłabym do domu.
Odwiózł
mnie, gentelmeńsko odprowadził do samych drzwi i, na szczęście, pożegnał w
progu, nie wchodząc na kawę, którą zaproponowała mu Dorota.
Resztę
dnia i wieczór spędziłam z moimi dziećmi.
Opowiedziałam
im obszernie i szczerze o samym brunchu, o całej rozmowie i moich odczuciach co
do Jacoba.
W
sobotnie popołudnie wszyscy pojechaliśmy do centrum handlowego, w którym Dorota
znalazła butik, który mi poleciła na zakup ubrań.
Michał
nas tam zostawił we dwie i pojechał w swoich sprawach, czemu się nie dziwiłam,
bo jaki prawdziwy mężczyzna lubiłby zakupy.
Spędziłyśmy
z Dorotą godziny na plotkach i kupiłam kilka strojów typowo na gorące lato, coś
czego nie miałam.
Moje
nastawienie do ubrań zmieniło się odkąd byłam w Stanach.
Mogłam
być swobodniejsza.
Być
sobą.
Więc
kupiłam kilka par szortów (których nigdy w życiu nie nosiłabym wcześniej) i
T-shirtów, letnią, krótką sukienkę, sandałki, a wszystko w jasnych, ciepłych
kolorach słońca.
Moich
ulubionych.
A
następnego dnia niedługo po śniadaniu wyjechałam do domu, aby być na miejscu
przed zmrokiem.
Przyznaję,
że jechałam z radością.
Dokładnie tak się czułam - do domu.
Dziękuję 🙂
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń