wtorek, 11 stycznia 2022

5 - Garden party

 

Rozdział 5

Garden party

 

 

 

 

Trzy tygodnie później

Jechałam swoim Priusem do Carson City, gdzie pracodawca Michała i Doroty wyprawiał przyjęcie (z okazji jakiejś ich rocznicy, czy coś), aby przy okazji przywitać nowych pracowników.

Polityka firmy miała na celu integrację z całymi rodzinami.

Więc zostałam zaproszona.

W ciągu tygodnia codziennie rano szykowałam śniadanie dla siebie i Berta, zjadałam z nim to śniadanie, szykowałam mu lunch i zawoziłam go do szkoły.

Rozmawialiśmy, pomagałam mu z niektórymi pracami domowymi, jeśli nie miał ich zrobionych i miał wystarczająco dużo czasu, a potem opiekę nad nim przejmowała Alice i to ona go odbierała ze szkoły.

Przekazywałam jej czasami uwagi dotyczące lekcji lub jego problemów z kolegami, uzgadniałyśmy, co Bert powinien wziąć na lunch.

Czasem przynosiła do mnie jakieś ciasto, ciastka lub inne produkty, które miały mi pomóc w przygotowaniu dla niego śniadania lub lunchu, albo były przeznaczone do szkoły na kiermasze.

Przez ten czas już kilka razy byliśmy z Jimmy’m na dalszych i bliższych wycieczkach rowerowych.

Rozmawialiśmy o nich i planowaliśmy je, co dało mi ukierunkowanie w moich poszukiwaniach informacji w Internecie.

Lubiłam to wszystko.

Jednak większość moich myśli (i czas) ostatnio zajmowało garden party Michała i Dorotki.

Denerwowałam się tym (początkowo samotnie) przez dwa tygodnie, czyli odkąd się dowiedziałam, że miałam jechać, bo Michał zaprosił mnie telefonicznie, kiedy tylko dowiedział się o tym od swojego pracodawcy.

Najbardziej denerwowałam się dlatego, że dawno nie byłam na żadnym oficjalnym (lub nawet półoficjalnym) przyjęciu.

Od wielu miesięcy nie uczestniczyłam w spotykaniach z ludźmi, które wymagałyby innych strojów, niż luźne, sportowe lub wręcz robocze.

Nie miałam w Stanach żadnych strojów na oficjalne (bardziej lub mniej) wyjścia, a nawet te, jakie miałam w Polsce, prawie wszystkie wyrzuciłam lub rozdałam, bo przez te dwa lata schudłam tak bardzo, że nic na mnie nie pasowało.

Więc w dobraniu stroju na to garden party pomogli mi Alek i Sam, którym w końcu, tydzień temu, powiedziałam, że jechałam, opowiedziałam, co to miała być za impreza i czego tam ode mnie oczekiwano.

Spodziewałam się, że pojechałabym do ich butiku i po prostu pokazaliby mi, co tam mieli, ale Alek zaangażował się w przygotowanie mnie z takim entuzjazmem, że denerwowałam się jeszcze bardziej.

Namówili mnie na fryzjera i kosmetyczkę.

Wreszcie wybrałam się do ich butiku na większe zakupy i tam dobrali mi między innymi sukienkę, buty i torebkę (oraz wiele innych strojów nie tylko na tę okazję).

A później nawet dodatki wybieraliśmy wspólnie.

Aleka zachwyciła moja kolekcja pereł, łańcuszków, pierścionków i bransoletek, które systematycznie dostawałam od męża w ciągu tych kilkudziesięciu lat małżeństwa.

Nigdy przy nich (ani w ogóle tutaj) nie nosiłam biżuterii, więc, kiedy otwierałam przed jego szeroko otwartymi oczami kolejne pudełka, dosłownie płakał z zachwytu.

Mnie chciało się śmiać, bo zachowywał się jak sroka.

Na przełomie kwietnia i maja rano w Salt Lake City bywało chłodno, ale jechałam do Nevady, na granicę z Kalifornią, gdzie zawsze jest gorąco, a nawet w Utah miało być w ciągu dnia ponad 20˚C.

Dlatego o dziewiątej rano tego dnia wyszłam z mojego mieszkania wystrojona w przylegającą do ciała sukienkę z lekkiej bawełny w kolorze trawiastym - ciemnej, soczystej zieleni, z wąskimi, czarnymi, aksamitnymi wykończeniami przy krótkich rękawkach, dekolcie i na dole.

W pasie od lewej strony miała kilka poziomych, skośnych zaszewek, rozchodzących się niczym wachlarz w stronę prawego ramienia i piersi, w które był wszyty ten sam czarny materiał.

Miała niewielki, asymetryczny, zaokrąglony dekolt i sięgała tuż nad kolano.

Z tyłu miała lekkie rozcięcie do połowy uda, dzięki czemu mogłam swobodnie się poruszać.

By zabezpieczyć się przed porannym chłodem, założyłam na nią czarny, nie zapinany kardigan, sięgający mi za biodra i tak ukształtowany, że podkreślał talię.

Miał szeroki, szalowy kołnierz i był ciepły.

Mogłam go później zostawić w samochodzie.

Alek autorytatywnie zdecydował, że muszę do tego włożyć zawieszkę - prawdziwy, dosyć duży, nieregularny turkus na długim złoty łańcuszku o ciekawym splocie.

Miałam do niego złoty pierścionek z podobnym turkusem (o ponad połowę mniejszym) na szerokiej obrączce i niewielkie, guziczkowate złote kolczyki z maleńkimi turkusami.

Odziedziczyłam ten komplet po mamie mnie też, jak i Alekowi, bardzo się podobał, a dodatkowo miał dla mnie wartość sentymentalną.

Dodałam do tego zegarek na rękę, który był z kolei dawnym prezentem urodzinowym od moich przyjaciółek z Polski, a był prosty, czarny ze złotymi wskazówkami, cyframi rzymskimi i wykończeniami.

Prosta, czarna torebka koktajlowa na długim, złotym, łańcuszkowym pasku i czarne, proste, zapinane w kostce sandałki na średnio wysokim obcasie dawały efekt eleganckiej prostoty.

Na oficjalne garden party w sam raz.

Po raz pierwszy od miesięcy wydepilowałam nogi i natarłam je olejkiem różanym, więc wyglądały bosko.

Poczułam się z tym wszystkim może nieco za bardzo wystrojona, ale zadbana tak, jak nie byłam od wielu, wielu miesięcy.

Prawie zapomniałam to uczucie.

Czemu tak szybko zapomniałam, o ile lepiej się czułam, jeśli zajęłam się sobą chociaż trochę?

Dzień przed zakupami w butiku u chłopaków byłam w zakładzie fryzjerskim, który mi poradzili i przekonałam się, że faktycznie pracujący tam fryzjer, a jednocześnie stylista był prawdziwym mistrzem w swoim fachu.

Kazałam tam sobie ufarbować włosy na kolor miedzi, a ponieważ miałam tylko trochę srebrnych, więc w efekcie takiego farbowania moje włosy były jakby cieniowane, o różnych odcieniach rudości.

Mieniły się.

Moim naturalnym kolorem włosów był taki pośredni między brązowym a czarnym, a mnie wydawał się mdły, więc je farbowałam i robiłam to od lat.

Przez cały czas trwania mojego małżeństwa farbowałam włosy na jakiś ciemny odcień czerwieni, głównie kasztanowy, lub na brązowo.

Mój mąż wolał, jak miałam ciemne włosy.

Więc nigdy nie miałam miedzianych, a podobał mi się ten kolor.

Włosy z nim były wyraziste i wydawało mi się, że dobrze pasowały do mojej osobowości, chociaż ją skrywałam.

A do tego wyglądały jak naturalne, zwłaszcza z tymi pasemkami.

Fryzjer, którego poradzili mi chłopaki, podciął lekko (bardzo lekko, bo powiedziałam mu, że je zapuszczam - zauważyłam, że szybko rosły) moje, już trochę dłuższe, włosy tak, że ukształtował fryzurę przez cieniowanie i nawet ja mogłam ją potem odtworzyć w miarę nie psując efektu.

A efekt był niesamowity.

Alek miał rację, ten fryzjer był mistrzem.

Włosy naturalnie mi falowały, więc ich układanie nie wymagało lokówki, ale wymagały suszenia na szczotce, jeśli chciałam, żeby wyglądały porządnie, a z fryzurą, którą miałam teraz, wyglądałam, jakbym miała dużo włosów.

Dawniej zwykle je prostowałam i przygładzałam, bo wolałam je ujarzmiać.

Po strzyżeniu została mi grzywka i całkiem dużo dłuższych pasm, muskających mi szyję, co bardzo lubiłam.

W tym samym salonie tego samego dnia zrobiłam sobie manikiur i pedikiur (również dawno ich nie robiłam).

Po krótkim namyśle wybrałam jeden lakier o pastelowym odcieniu różu, który był prawie nude, uniwersalny.

Największy problem dla mnie stanowił makijaż, który powinnam mieć zrobiony tuż przed wyjazdem.

Nie umiałam się malować i nie lubię tego, nigdy nie lubiłam.

Kiedy mu się do tego przyznałam, trochę ze wstydem i niechętnie, Alek nie pozwolił mi się samej do tego zabrać.

Zaczął od tego, że kupił mi kuferek z kosmetykami, który zawierał fluid, puder, róż, kredkę do rzęs, eyeliner, tusz do rzęs, cienie do oczu, szminkę, błyszczyk i inne cuda.

A potem przyszedł na godzinę przed moim wyjazdem z domu i posadził mnie przed sobą przy stole, na którym rozłożył te cuda.

Bałam się, że mnie nadmiernie wymaluje, ale efekt był oszałamiający.

Nie wiedziałam, że mogłam tak wyglądać.

Alek był genialny!

Podkreślił mi rzęsy i nałożył eyeliner, przyciemnił brwi i dodał tylko odrobinę brązowego cienia na górną powiekę.

Spakowałam ten kuferek do swojej torby podróżnej, ale wiedziałam, że nigdy, przenigdy nie zdołam odtworzyć tego efektu.

Powiedziałam mu o tym, a on wyglądał na super zadowolonego z tego, że mi się podobało, ale oczywiście stwierdził, ze przesadzałam z niedocenianiem siebie.

Przeglądając się w dużym lustrze, które było na drzwiach szafy w sypialni, stwierdziłam, że wyglądałam naprawdę właściwie na takie garden party.

Na moje usilne żądanie Alek i Sam wyszli z mojego mieszkania piętnaście minut wcześniej, bym mogła pozamykać je, sprawdzić, uspokoić się i spakować na podróż.

Zabierałam ze sobą torbę turystyczną, bo miałam zostać na kilka dni u moich dzieci, oraz torbę z laptopem.

A potem nagle, cóż, było wpół do dziesiątej i musiałam wyjeżdżać.

Więc sprawdziłam po raz ostatni czy wyłączyłam wszystkie lampki, zakręciłam wodę oraz gaz, wyszłam na galerię i zamknęłam za sobą drzwi na klucz.

Zaaferowana, sprawdzając, czy miałam wszystko ze sobą, wyciągając z torebki okulary i chowając do niej klucz od mieszkania, poszłam w stronę schodów i zaczęłam po nich schodzić.

Patrzyłam uważnie pod nogi, żeby się nie potknąć na obcasach, w których nie czułam się tak pewnie jak dawniej, kiedy wyczułam go na dole.

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że był tam.

O Boże kochany!

Jimmy wchodził po schodach i patrzył, jak szłam w jego stronę.

Tymi swoimi pięknymi, niebieskimi oczami zmierzył mnie od stóp do głów bez większego zainteresowania.

Wręcz wrogo.

Co było dziwne.

Przełknęłam ślinę.

Sądziłam, że bardziej się zaprzyjaźniliśmy.

A może… choćby polubiliśmy.

Zrobiło mi się nieswojo, przykro.

Kiedy ostrożnie zeszłam niżej, ponownie patrząc pod nogi, i był tylko o trzy stopnie niżej ode mnie, spojrzałam na niego i powiedziałam cicho - „Hej”.

Jego głowa dziwnie podskoczyła.

Zatrzymał się w miejscu jak wryty.

Zagryzłam wargę, ale nie zatrzymałam się.

Powoli przeszłam w jego stronę jeszcze dwa stopnie i już byliśmy ze sobą twarzą w twarz.

Jego twarz wyrażała całkowite zaskoczenie, jakby dopiero wtedy mnie rozpoznał.

Uśmiechnęłam się lekko i przechyliłam głowę.

Popatrzyłam na niego.

Otwartymi szeroko oczyma zmierzył mnie jeszcze raz od stóp do głów i powiedział - „Hej”, przy czym zatrzymał mnie, odcinając mi drogę.

Jego spojrzenie, skierowane ostatecznie wprost w moje oczy, było…

Było takie…

Intensywne.

Jak dotyk.

Gorące.

Poczułam się seksowna, piękniejsza.

To było tak, jakby mnie delikatnie i bardzo, bardzo powoli pieścił, gładząc mnie czubkami palców.

Poczułam, że policzki mi się rozgrzały, sutki mi stwardniały, a skóra zaczęła mnie mrowić.

Oblizałam wargi, odwróciłam wzrok, odgarnęłam włosy w niepotrzebnym geście i w końcu ruszyłam się i przeszłam obok niego.

- Do zobaczenia za kilka dni - wymamrotałam prawie do siebie i poszłam dalej w dół schodami i w stronę parkingu.

Nie wiedziałam, czemu to powiedziałam.

Widzieliśmy się ostatnio jakieś trzy lub cztery dni wcześniej i to przelotnie, bo żadne z nas nie miało czasu, więc nie rozmawialiśmy ze sobą.

Rozmijaliśmy się.

Ja byłam ciągle zajęta przez Aleka i Sama, przejętych moim wyjazdem.

On pracował.

Owszem, byliśmy już na wielu wycieczkach rowerowych od czasu tamtej pierwszej i często o nich rozmawialiśmy.

Wydawało mi się, że on też polubił na nich moje towarzystwo, jak ja jego.

Owszem, zaprosił mnie kiedyś do siebie na kolację na pizzę i piwo w rewanżu za kolację, którą dla niego zrobiłam (chociaż ja nadal uważałam, że miałam u niego dług).

Byłam u niego w mieszkaniu, jedliśmy siedząc obok siebie na kanapie, a otwarte pudełko pizzy stało między nami.

Piłam z nim piwo.

Z butelki.

Rozmawialiśmy swobodnie, jak koledzy i śmialiśmy się.

Przekonałam się wtedy, że Jimmy, jak prawdziwy mężczyzna, nie dbał o wystrój swojego mieszkania.

Może nawet za bardzo, bo nie miał w nim nic oprócz stolika pod wielkim (gigantycznym) płaskim telewizorem i dwóch brązowych, skórzanych, olbrzymich, miękkich kanap.

Nie zmieniało to faktu, że byliśmy tylko sąsiadami.

Nawet nie przyjaciółmi.

Nic zobowiązującego.

Jednak…

To przypadkowe, krótkie spotkanie na schodach, jego gorące oczy, wyraz twarzy, były wszystkim, co wypełniało moje myśli przez większość drogi do Carson City.

Miałam przed sobą osiem godzin jazdy, więc właściwie można powiedzieć, że myślałam o tym przez pół dnia.

A potem postanowiłam więcej o tym nie myśleć.

I tak nie mogłam tego mieć.

Więc… hm.

Nie myśleć o tym.

*****

Jimmy

Jimmy wszedł do swojego mieszkania i natychmiast podszedł do okna w salonie, które wychodziło na parking.

Patrzył przez nie, jak Eva zapikała w zamki, żeby otworzyć swój samochód, włożyła swoją torbę podróżną i torbę z laptopem na tylne siedzenie i wsiadała do swojego Priusa.

Opatuliła się tym seksownym swetrem, podkreślającym jej biodra, posadziła swój kształtny, chociaż chudy tyłek na siedzeniu kierowcy i dopiero wtedy włożyła obie nogi pod kierownicę.

I te okulary.

Czysta klasa.

Seksowna jak cholera.

Podobała mu się już wcześniej.

Ale była jakby… aseksualna.

Pamiętał, że kiedy zobaczył ją pierwszy raz, zwrócił szczególną uwagę na jej smutne, piwne, zmieniające kolor oczy i łagodny uśmiech na pięknych ustach.

Była wtedy w tej dziwnie bezkształtnej kurtce, a jej włosy nie miały określonego koloru.

Zero makijażu.

Później widywał ją w stroju sportowym, więc wiedział, że była zgrabna, chociaż bardzo szczupła.

Nie wiedział, czemu go zaabsorbowała.

Czemu chciał ją chronić i przed czym.

Zaczął zwracać na nią uwagę.

Szukał jej.

Więc dowiedział się, że była prosta, szczera i naturalna.

Kiedy rozmawiali ze sobą, kiedy obserwował ją, rozmawiającą z innymi, zauważył to jej spojrzenie spod oka z przechyloną głową, z uśmieszkiem lub poważne, które było tak nieświadomie kokieteryjne, że tylko dodawało jej uroku.

Tak samo jak drobne zmarszczki wokół oczu, pogłębiające się, kiedy się uśmiechała, a uśmiechała się często.

Uśmiechała się właściwie cały czas i ten uśmiech zwykle rozjaśniał całą twarz, swoim ciepłem sięgając również jej oczu.

Zero fałszu.

Nie miała innych zmarszczek, chociaż raczej nie była młoda, co mógł stwierdzić po jej włosach.

Z tego, co zauważył, nigdy i przed nikim nie udawała; nie udawała zainteresowanej ani znudzonej.

Kiedy coś ją ciekawiło, pytała.

Kiedy nie, nie słuchała.

Ale zwykle interesowała się wszystkim.

Patrzyła zawsze wszystkim prosto w oczy i z jej twarzy mógł wyczytać każdą emocję, kiedy coś mówił.

Kiedy ktokolwiek coś mówił.

Ale wyglądało na to, że jego lubiła słuchać.

I to ciepło, którego chciał czuć więcej.

Ciepło w oczach, w uśmiechu, w łagodnym głosie.

Te nieliczne wycieczki rowerowe, na które z nią jeździł, były dla niego prawdziwym odpoczynkiem z dobrym kumplem.

Nie zmuszała go do rozmowy i nie wymagała specjalnej uwagi.

Po prostu była.

Słyszał, jak rozmawiali o niej chłopaki z ekipy remontowej, a właściwie przechwalali się który zjadł więcej mufinek i jaką dobrą robiła kawę, chociaż też mówili o tym, jaka była fajna i miła.

Właściwie wszyscy mówili o jej poczęstunkach, z którymi często wychodziła na galerię.

Zauważył, że interesowała się ludźmi i lubiła pomagać.

Jak Alekowi i Samowi, jak Bert’owi, a nawet jemu.

To, jak zajęła się Bertem, zaprzyjaźniła z samotną matką, Alice, było cholernie niesamowite.

Proste i skuteczne.

I była jedyną z sąsiadów, do której te dwie Chinki krzyczały swoje pozdrowienia, uśmiechając się z drugiej strony galerii i machając rękoma.

Kolacja, którą wtedy przygotowała dla niego - w niecałe pół godziny, a bez odgrzewania - była gównem, a przecież nie musiała nic robić, bo to on jej się narzucił.

Poszedł tam tylko dlatego, bo był jej ciekawy.

A ona nałożyła mu porcję, jakby wiedziała, że mógł być głodny, a był głodny, chociaż zamierzał po prostu zjeść coś kupionego po drodze do pracy.

Martwiła się o niego.

Nie popisywała się sztuką kulinarną,  to było proste.

A jeszcze potem, następnego dnia rano, ta jej troska, że był zmęczony, śpiący i głodny po pracy.

I to, jak jadła rękoma pizzę prosto z kartonu położonego na jego kanapie, popijając ją piwem prosto z butelki.

Nie przejmując się, że sos pomidorowy kapie jej na brodę.

Jak kumpel, bez cienia nadmiernej, sztucznej zalotności, której Jimmy nienawidził u wielu znanych mu kobiet.

Rozmawiając z nim przy tym szczerze i swobodnie, uśmiechając się i wypytując go o miniony dzień.

Nigdy nie mówiła o sobie, a zawsze miała coś do powiedzenia o innych.

O Bercie, Alice, Maggie, Aleku, Samie, Dominiku, chłopakach z ekipy remontowej.

Nie znał takiej drugiej kobiety.

A teraz zobaczył inną Evę.

Kobiecą, seksowaną, piękną i z klasą.

Jezu.

Kiedy patrzył od dołu na jej nogi, miał ochotę przeciągnąć palcami wzdłuż wewnętrznej strony uda do góry, by sprawdzić, czy miała majtki.

Piękne, gładkie, lśniące, długie nogi.

Jezu, czemu nigdy wcześniej nie widział jej nóg?

I te włosy jak ogień.

Nigdy nie widział takiego koloru.

Jakby były żywe.

Zastanawiał się, czy pod tym spokojem, refleksyjnością, smutkiem mógł kryć się temperament, który byłby tak ognisty, jak te włosy.

W pierwszym odruchu był zły, bo pomyślał, że to nowa sąsiadka.

Że pojawiła się w okolicy cholerna nowa suka, z którą znowu wpadnie w jakieś popieprzone kłopoty, bo zawsze zbyt łatwo poddawał się pokusie przelecenia cholernie łatwej cipki.

Bo był idiotą.

Kiedy zauważył, że to Eva, jego kutas się obudził, stwardniał i podskoczył.

Kurwa, bolał go teraz, kiedy pomyślał o niej i marzył o tych nogach rozłożonych dla niego na jego kanapie.

Kurwa.

Ona nigdy nie będzie jego.

Nie z jego przeszłością.

Spowijał ją smutek.

Jimmy nie przegapił tego, jak ochronnie owijała swój brzuch przedramionami i kuliła plecy, kiedy była niepewna lub zmartwiona, chociaż starała się to ukrywać pod pozorem wesołości.

Nie mógł jej tego zrobić.

Kurwa!

Nie powinien o tym nawet myśleć, ale wciąż i wciąż wracał do niego jej cichy, niski, seksowny głos Do zobaczenia za kilka dni.

Wracał do tego myślami przez kolejne dni, dopóki Eva nie wróciła z tego wyjazdu, dokądkolwiek wtedy pojechała.

*****

Eva

Wieczorem tego samego dnia

Byłam już w Carson City.

Według wskazówek GPS’a dojechałam do domu, a właściwie posiadłości przełożonego Michała i Doroty.

Była piąta trzydzieści wieczorem.

Zaparkowałam tuż przy wyznaczonym wejściu dla gości na olbrzymim podjeździe, zastawionym licznymi samochodami, włosy przeczesałam palcami po raz ostatni, odetchnęłam głęboko i wysiadłam.

Zostawiłam kluczyk do samochodu parkingowemu, schowałam do torebki numerek, który mi dał w zamian i poszłam w kierunku wskazanym przez kogoś w rodzaju recepcjonisty.

Kardigan, zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, zostawiłam w samochodzie, bo było gorąco, więc tylko pasek torebki przewiesiłam przez ramię.

Przeszłam wygodną, krętą ścieżką, która była wyłożona dużymi, gładkimi, granitowymi płytami, na drugą stronę domu, do ogrodu zacienionego wysokimi krzewami.

Niby się nie spóźniłam, ale chyba wszyscy już byli.

Zobaczyłam tłum ludzi.

Obcych ludzi.

Z niechcianą wprawą, nabytą doświadczalnie w moim poprzednim życiu, wzięłam z tacy przechodzącego obok kelnera wysoką, wysmukłą, oszronioną szklankę z długą, kręconą, szklaną rurką, z wodą z lodem i limonką, żeby zająć ręce i wtopić się w tłum.

Otoczenie było wspaniałe, co potrafiłam docenić.

Ogród był najwidoczniej urządzony przez architekta krajobrazu, bo każdy element był na swoim, przemyślanym miejscu i jeszcze bardziej podkreślał urok tarasu domu.

Rabaty kwiatowe, przycięte krzewy, skały i alejki komponowały się z trawnikami i małymi fontannami, dającymi przyjemny chłód.

Wszystko było niezwykle dobrze zadbane, jakby minimum raz w tygodniu zajmowała się tym specjalna firma ogrodnicza.

Zaczęłam wolnym krokiem, wyprostowana, ale nie sztywna, przemierzać przestrzeń, rozglądając się, podziwiając zadbane kwiaty i szukając wzrokiem Michała lub Doroty, a jedocześnie rozdając roztargnione uśmiechy i skinienia głową.

Dryfując swobodnie w tłumie, nie zatrzymywałam się przy nikim, bo nikogo jeszcze nie znałam.

W końcu zauważyłam w oddali Michała, zajętego rozmową z kilkoma osobami, ale wciąż nie widziałam Doroty.

Skierowałam się w stronę mojego syna, kiedy zaczepił mnie gentelman w wieku zbliżonym do mojego.

Był ciemnowłosy i lekko szpakowaty.

Włosy miał przycięte krótko i bardzo dobrze.

Był ubrany w ciemno szare chinosy, takie same mokasyny i zauważalnie drogą, kremową koszulkę polo.

Na jego ręku, z zadbanymi dłońmi, starannie utrzymanymi paznokciami, zauważyłam bardzo drogi zegarek.

Brak obrączki.

- Witam. My się chyba nie znamy - zagadnął mnie uprzejmie, ale bezosobowo.

- Dzień dobry - odparłam, odwracając się do niego - Raczej nie, jestem tu nowa.

- Zauważyłem, że podziwiała pani rabaty. Interesują panią kwiaty? - zapytał konwencjonalnie.

Zaśmiałam się lekko.

- Obawiam się, że bardziej niż komputery - odparłam, ujawniając, że wiedziałam, jakiego rodzaju było to spotkanie.

- Och - wydawał się być szczerze zmartwiony i zaciekawiony - Więc musi się tu pani tutaj nudzić.

- Eva - powiedziałam i podałam mu prawą dłoń, którą uwolniłam, przekładając szklankę do lewej.

- Miło mi. Jacob - przedstawił się.

Lekko uścisnął moją rękę i kontynuował - Jeśli nie interesują cię komputery, to co tutaj robisz?

- Mój syn pracuje dla tej firmy od niedawna. Sprowadziliśmy się z Polski - wyjaśniłam.

- Cześć mamo. - usłyszałam za plecami wołanie Michała i odwróciłam się w tamtą stronę, by zobaczyć mojego syna o kilka kroków ode mnie.

- Widzę, że poznałaś mojego szefa - dodał, kiedy w końcu podszedł i powitał mnie pocałunkiem w policzek.

W tej chwili poczułam głównie zaskoczenie.

Przeniosłam wzrok z powrotem na Jacoba.

Nie spodziewałam się, że szefem moich dzieci jest mężczyzna w takim wieku, tak dystyngowany a jednocześnie przystępny.

Po tym, jak Michał wspominał o nim, wyobrażałam go sobie raczej jako młodego, niechlujnego introwertyka.

Kogoś w stylu Sundar’a Pichai lub Marka Zuckerberga (sprzed kilku lat).

Jacob był jednak szpakowaty, wysoki i dobrze ubrany (chociaż nadal casual).

Trzymał się prosto, pewnie i właśnie wtedy patrzył mi w oczy z lekkim uśmiechem, który naprawdę wyglądał na szczery.

- Mick, nie powiedziałeś, że twoja mama jest taką piękną kobietą. - powiedział bez nacisku, tak prosto, że ten komplement mi się wydawał nawet bardziej wartościowy.

Boże kochany!

Przecież ja nie szukam ani nie potrzebuję mężczyzny.

Czemu znowu czuję to mrowienie, ten przyjemny szmerek w głowie?

Może dlatego, że miło było po prostu znowu poczuć się kobietą?

W tym momencie, niespodziewanie, chociaż nie niechętnie, zobaczyłam w myślach oczy Jimmy’ego.

To gorąco, ten wyraz jego twarzy z dzisiejszego poranka.

I usłyszałam jego niski, cichy głos, wypowiadający moje imię.

To sprawiało, że nie tylko czułam się kobietą, ale czułam się piękną i pożądaną kobietą.

Rozmawialiśmy z szefem Michała we trójkę jeszcze przez chwilę, a potem zaprosił nas do stołu szwedzkiego i przeprosił, bo poszedł porozmawiać z innymi gośćmi.

Michał i Dorota przedstawili mi jeszcze kilka osób.

Rozmawialiśmy wszyscy razem, śmialiśmy się, a potem usiedliśmy przy stoliku i zjedliśmy kolację.

Ale właściwie cały czas na dnie moich myśli był Jimmy.

Kiedy miałam chwilę dla siebie, poszłam na ubocze, aby wysłać SMS’a do Aleka i Sama i poinformować ich, że wszystko jest cudowne.

Kiedy skończyłam pisać, zza moich pleców podszedł do mnie Jacob.

- Informujesz swojego chłopaka, że nadal o nim myślisz? - zapytał poufale.

- Och, Jacob - zaskoczona zawołałam cicho, a potem dodałam - Melduję się przyjaciołom, że dojechałam i jest naprawdę wspaniale.

- Więc podoba ci się tutaj?

- O, tak. To piękny ogród i fantastyczne przyjęcie. - powiedziałam szczerze i z przejęciem.

- I to znaczy, że nie masz chłopaka? - dorzucił Jacob, jakby kończył swoją myśl, ale też tak, jakby mnie nie słuchał.

W tym momencie nie bardzo wiedziałam, jak się zachować.

- Umm… - zamruczałam.

Nie wiedziałam, ile mój syn powiedział o naszej rodzinie swojemu szefowi.

O naszej byłej rodzinie i o powodach, dla których znaleźliśmy się w Stanach.

Nie chciałam dzielić się z nim moimi prywatnymi sprawami, nawet jeśli był miły i wydawał się być szczerze zainteresowany.

Nie chciałam o tym mówić, a nawet o tym myśleć.

- Tak, widzę, że za wcześnie na taką rozmowę - powiedział Jacob, jakby czytał mi w myślach.

Pomilczeliśmy jednak tylko kilka sekund.

- Co powiesz na spotkanie jutro na brunchu i rozmowie tylko we dwójkę? - Jacob zmienił temat.

Znowu nie wiedziałam, co miałam z tym począć.

Nie miałam na to ochoty, ale z drugiej strony: czemu nie.

Był miły, a być może więcej się nie spotkamy.

- Cóż, właściwie… - zaczęłam.

- Nie mów nie! - wyszeptał, a ja zamarłam z zaskoczenia i zamrugałam szybko, jednocześnie rozchylając wargi.

W jego głosie bowiem usłyszałam namiętność, której nigdy bym się po nim nie spodziewała.

- Umm… - zająknęłam się - No może…

Zastanowiłam się.

- No, dobrze - wystękałam w końcu niechętnie, natychmiast przeklinając w myślach swój brak asertywności.

- Cudownie - powiedział głośno.

Rozpromienił się i wyprostował.

- Więc odprowadzę cię do syna, a jutro przyjadę po ciebie o jedenastej i pojedziemy na brunch - dodał energicznym głosem.

Boże kochany, co to było?

Czy to była jakaś gra, czy był taki zmienny?

Co ja narobiłam?

Jak miałam z tego wybrnąć?

Postanowiłam, że poradzę sobie z tym jutro, a dzisiaj postanowiłam płynąć dalej z nurtem.

- Okej, niech będzie - wymamrotałam, patrząc pod swoje nogi.

A potem postarałam się nie myśleć o tym.

- Pójdźmy do Michała - dodałam, podnosząc głowę.

Po czym, nie patrząc na Jacoba, skierowałam się z powrotem w stronę stolików.

*****

Przedpołudnie następnego dnia

- Mamo, proszę cię uważaj. - Michał brzmiał znowu na zmartwionego i zakłopotanego.

Czegoś mi nie mówił.

- Kochanie - odpowiedziałam, przykładając dłoń do jego policzka i patrząc mu prosto w oczy - przecież wiesz, że nie szukam mężczyzny.

Opuściłam rękę i spojrzałam na stojącą obok Dorotę.

- Po prostu idę na brunch. Nic więcej - zapewniłam ich, ponownie spoglądając na mojego syna.

Michał westchnął.

Jeśli chciał mnie ostrzec przed swoim szefem, a nie chciał być wobec niego nielojalny, to miał prawo tak się zachowywać.

Nie wiedział, że oprócz tego, co sprowadziło mnie do Stanów, miałam jeszcze jeden powód, by nie zainteresować się Jacobem, a ten powód został w Salt Lake City, nawet, jeśli sama przed sobą się do tego nie przyznawałam.

Byłam ubrana w brązowe, obcisłe spodnie 7/8 i obcisły, miętowo zielony t-shirt z niewielkim dekoltem w łódkę (koło którego były, jako jedyna ozdoba, drobne, ciekawe marszczenia), bez nadruku, bo nic innego nie miałam ze sobą.

Mój strój uzupełniały proste, czarne sandałki bez obcasa i czarna, nieduża torebka na długim pasku na ramię.

Był to strój casual, chociaż być może za bardzo swobodny jak proszony na brunch z mężczyzną, który był szefem moich dzieci.

Ale jadąc tu, nie spodziewałam się ani trochę zaproszenia od jakiegoś mężczyzny na mniej lub bardziej elegancki brunch.

Więc nie miałam się w co ubrać.

Zresztą nie zależało mi.

Była godzina jedenasta przed południem i byłam gotowa.

Zadzwonił gong do drzwi.

Dorota poszła, żeby otworzyć, a ja ruszyłam po torebkę i poprawić szminkę.

Usłyszałam odgłosy powitania i poszłam w stronę drzwi.

Jacob ogarnął mnie wzrokiem od stóp do głów i wydawał się być niezadowolony i, być może, rozczarowany.

Nie zastanawiałam się, jak się z tym czułam.

Po prostu podeszłam do niego, przywitałam się, odwróciłam się do dzieci i rzuciłam im krótkie pożegnanie.

Wyszliśmy przed dom i wtedy zobaczyłam, że przyjechał po mnie limuzyną.

Przy tylnych drzwiach stał szofer, z ręką za plecami i otwierał je dla nas, uśmiechając się uprzejmym, bezosobowym, zawodowym uśmiechem.

Westchnęłam w duchu.

Nie moje klimaty.

Tak, jakoś będę musiała to przetrwać, a potem zakończyć.

Wsiadłam pierwsza i Jacob, wciąż stojąc przy samochodzie, wydał kierowcy polecenie, którego nie zrozumiałam.

Musiałam zdać się na jego wybór.

Wsiadł, kierowca zajął miejsce i ruszyliśmy.

Przez całą drogę prowadziliśmy pustą rozmowę typu „Jak ci się podoba w Stanach” i wyczuwałam, że, podobnie jak ja, Jacob mógłby tak rozmawiać godzinami z osobą, z którą nie miał o czym rozmawiać.

Tylko, że ja tego nie lubiłam, a on chyba tak.

Jechaliśmy około piętnastu minut, kiedy poczułam, że skręciliśmy na parking.

Wysiedliśmy przed klubem golfowym.

Ponownie Jacob mnie zaskoczył, ale, na szczęście, nie spodziewał się, że będę grała z nim w golfa.

Po prostu była tam restauracja Mallards.

Wprowadził mnie, trzymając dłoń w dole moich placów, hostessa zaprowadziła nas do stolika, który stał przy oknie z widokiem na pole golfowe, rozłożyłam płócienną serwetkę na kolanach i dostaliśmy menu.

Moje nie miało cen, co dobitnie świadczyło o cenach dań w tym miejscu.

Ponownie westchnęłam w duchu.

Absolutnie nie moje klimaty.

Wybraliśmy dania dla siebie i zaczęliśmy kolejną pustą rozmowę.

Kiedy przyszła kelnerka, zamówiliśmy.

Wzięłam dla siebie sałatkę Cesar i espresso, Jacob wziął owoce morza i również espresso.

Dla nas obojga (nie pytając mnie) Jacob zamówił czerwone wino.

Kiedy kelnerka odeszła i czekaliśmy na przyniesienie nam wina, Jacob zdecydował się na ofensywę.

Jego pytania przestały być ogólne i uprzejme, a stały się osobiste i natrętne.

- Więc jak to jest z twoim chłopakiem? - wystartował.

- Jacob… - zaczęłam, ale mi przerwał.

- A może narzeczonym? - zapytał.

Nadal nie odpowiadałam.

- Ten pierścionek na twoim palcu - wskazał głową, popychając to.

Wtedy zrozumiałam.

Pierścionek z turkusem po mojej mamie, był tak mały, że pasował mi tylko na środkowy palec lewej dłoni.

Tak go założyłam, nie zastanawiając się co to mogło dla niektórych znaczyć i nie zdjęłam go, bo nie miałam go jak schować: był za duży do portmonetki, a za mały do torby.

Więc miałam go na sobie również na tym brunchu.

Podobnie jak zawieszkę (ale pod koszulką) i kolczyki.

Mogłabym skłamać i pozbyć się jego niechcianych zalotów.

Tylko że ja nie lubiłam kłamać.

- Nie, to nie jest pierścionek zaręczynowy - przyznałam.

- Więc jesteś wolna? - zapytał z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku, który mi się nie spodobał.

- Jacob… - zaczęłam znowu, ale tym razem sama przerwałam.

Dowiedziałam się bowiem poprzedniego wieczoru, że Michał opowiedział szefowi, dlaczego zostawiliśmy całe poprzednie życie i przeprowadziłam się razem z nimi do Stanów.

Więc wiedział.

Wszystko.

A ja nie naprawdę miałam ochoty zagłębiać się z ledwo poznanym mężczyzną w moje uczucia i przeżycia.

Ponownie westchnęłam w myślach.

Postanowiłam płynąć z nurtem, nie zachęcać go, a potem wyjechać.

To był tylko ten jeden brunch.

Więc dałam mu ogólnikową, pokrętną odpowiedź.

I nie dałam się już więcej wciągnąć w zbyt osobistą rozmowę.

Jego kolejne osobiste pytania zbywałam żartami i śmiechem, a potem zaczęłam sama zadawać dużo pytań.

Jacob, jak się spodziewałam, sądząc po pokazie stroju, samochodu posiadłości itp., był typem człowieka, który lubił dużo mówić o sobie, bo myślał głównie o sobie, więc nie było to trudne.

Zadawałam tylko drobne pytania, by podtrzymać rozmowę.

Stopniowo dowiedziałam się tego, jak, właściwie z niczego, tylko na własnych pomysłach (których podstawą była idea Jacoba), zbudowali razem z kumplem i obecnie byłą żoną Jacoba firmę, która stopniowo przekształciła się w imperium robotyki.

Jak wspaniałe pomysły miał Jacob na rozwój tej firmy i na zdobycie większej ilości pieniędzy, co wydawało się motywem przewodnim jego życia.

Jak po latach wykupił kumpla i byłą żonę, aby zostać jedynym prezesem i mieć decydujące zdanie o dalszych losach ich firmy.

Jak to jego była żona wychowywała ich jedynego syna (i jak przebiegał ich rozwód, i o szczegółach ich pożycia, czego nie chciałam wiedzieć) oraz jak wyglądały jego rzadkie, nieregularne kontakty z prawie dorosłym synem, o które ten syn nie zabiegał, więc wiedziałam swoje.

Rozmawialiśmy, a właściwie on mówił przez godzinę.

Wystarczyło mu, że od czasu do czasu rzuciłam Oooo lub Mhm.

Potem, szczęśliwie, chociaż niezbyt łatwo, udało mi się przekonać go, że potrzebowałam spędzić trochę czasu ze swoim synem i jego żoną, których tak rzadko widywałam, zanim wróciłabym do domu.

Odwiózł mnie, gentelmeńsko odprowadził do samych drzwi i, na szczęście, pożegnał w progu, nie wchodząc na kawę, którą zaproponowała mu Dorota.

Resztę dnia i wieczór spędziłam z moimi dziećmi.

Opowiedziałam im obszernie i szczerze o samym brunchu, o całej rozmowie i moich odczuciach co do Jacoba.

W sobotnie popołudnie wszyscy pojechaliśmy do centrum handlowego, w którym Dorota znalazła butik, który mi poleciła na zakup ubrań.

Michał nas tam zostawił we dwie i pojechał w swoich sprawach, czemu się nie dziwiłam, bo jaki prawdziwy mężczyzna lubiłby zakupy.

Spędziłyśmy z Dorotą godziny na plotkach i kupiłam kilka strojów typowo na gorące lato, coś czego nie miałam.

Moje nastawienie do ubrań zmieniło się odkąd byłam w Stanach.

Mogłam być swobodniejsza.

Być sobą.

Więc kupiłam kilka par szortów (których nigdy w życiu nie nosiłabym wcześniej) i T-shirtów, letnią, krótką sukienkę, sandałki, a wszystko w jasnych, ciepłych kolorach słońca.

Moich ulubionych.

A następnego dnia niedługo po śniadaniu wyjechałam do domu, aby być na miejscu przed zmrokiem.

Przyznaję, że jechałam z radością.

Dokładnie tak się czułam - do domu.


5 komentarzy: