Rozdział
6
Tego samego dnia
wieczorem
Właśnie
dojechałam do Salt Lake City, do kompleksu, w którym miałam moje nowe mieszkanie,
do domu.
Długa
droga nie była dla mnie bardzo męcząca, bo jechałam dokładnie tam, gdzie chciałam być.
Jechałam
więc z radością.
Zatrzymałam
się tylko raz przy stacji benzynowej, na krótko, by coś zjeść, rozprostować
nogi i zatankować.
A
teraz był wczesny wieczór i byłam w domu.
Wjechałam
na swoje miejsce parkingowe przy naszym kompleksie mieszkaniowym, wyłączyłam
silnik, wysiadłam i otworzyłam tylne drzwi, by złapać z tylnego siedzenia moje
torby, kiedy zadzwonił mój telefon.
Wyjęłam
go i zobaczyłam na wyświetlaczu nieznany numer.
-
Halo? - odebrałam obawiając się złych wiadomości.
Czując
na plecach ten zły, zimny dreszcz, który czułam zawsze od półtora roku, kiedy
dzwonił do mnie ktoś, kogo nie znałam i nie oczekiwałam.
-
Eva? - usłyszałam głos Jacoba.
Zwykle
nie klnę, ale tym razem wściekle zasyczałam w myślach (po angielsku) „gówno”.
-
Hej, Jacob, skąd masz mój numer? - przywitałam się niezbyt grzecznie czy też przyjaźnie
i wiedziałam o tym, ale mnie to nie obchodziło.
-
Mam nadzieję, że się nie gniewasz - szef Mochała i Doroty radośnie „zaćwierkał”
mi do ucha - Poszperałem i zdobyłem.
Tym
razem westchnęłam słyszalnie, oparłam sfrustrowana łokieć lewej ręki o dach
samochodu, a na dłoni zwiniętej w pięść oparłam czoło.
Drugą
ręką nadal jednak trzymałam telefon przy uchu.
-
Jacob… - zaczęłam i znowu nie było mi dane dokończyć.
Zauważyłam,
że ten facet często mi przerywał i że mnie nie słuchał.
Chyba
powinnam była zacząć bardziej zdecydowanie dawać mu do zrozumienia, że nie byłam zainteresowana.
-
Dzwonię, żeby sprawdzić, czy dojechałaś bezpiecznie - powiedział mi.
To
byłoby nawet miłe, gdyby nie ta ingerencja w moją prywatność.
-
Tak, właśnie dojechałam, dziękuję. - odpowiedziałam, kiedy poczułam, że za mną
parkuje samochód i zaczęłam się odwracać.
Nie
odwróciłam się, bo Jacob znowu mnie zaskoczył, mówiąc:
-
I jeszcze chciałem cię zaprosić na kolację. Może w ten piątek. Przyleciałbym do
Salt Lake City i przyjechałbym po ciebie, zabrałbym cię w jakieś miłe miejsce.
-
Jacob… - zaczęłam delikatnie - Nie sądzę…
-
Nie odmawiaj mi - znowu usłyszałam ten
szept, jego, jak już wiedziałam, nie-tak-bardzo-wyjątkowy szept pełen
namiętności.
Boże
kochany, czy kobiety często się na to łapały, że ponawiał takie próby
manipulacji emocjonalnej?
Pierwszy
raz, kiedy jeszcze go nie znałam, może to było skuteczne, ale kolejne razy były
tylko irytujące.
-
Po prostu nie mam ochoty - wydobyłam w końcu z siebie, ale, niestety, poczułam
się z tym źle.
Nie
lubiłam sprawiać nikomu przykrości, nawet jeśli był to nachalny snob, który dzień
wcześniej pokazał mi się jako zwykły egoista lub nawet egocentryk i próbował
olśnić mnie piekielnie drogą restauracją, limuzyną z kierowcą i własną
wspaniałością.
Znałam
takich ludzi i nie lubiłam ich.
Tego
typu ludzie nie byli mi dawniej obcy, chociaż zawsze to było gdzieś na
pograniczu naszego życia.
Ale
nadal źle się czułam, odmawiając mu takiego drobiazgu jak moje towarzystwo w
czasie jakiejś tam kolacji.
-
Nie miałem nadziei na to, że dzisiaj mi się uda, ale jeszcze spróbuję - niby zagroził
Jacob, co może miało być w jego mniemaniu żartobliwe, ale dla mnie było realną
groźbą.
-
Jacob, naprawdę, nie potrzebuję tego. Proszę,
nie dzwoń więcej - powiedziałam cicho.
-
Dobrze, dam ci odpocząć. Jutro spojrzysz na to inaczej - usłyszałam jego
absurdalną odpowiedź.
Mówiłam,
że nie słuchał, co się do niego mówi.
-
Do usłyszenia, Eva - powiedział mi prawie radośnie i tym razem w duchu zajęczałam
sfrustrowana.
-
Żegnaj, Jacob - westchnęłam delikatnie i cicho, ale bez nadziei.
Wyłączyłam
telefon i wreszcie się odwróciłam.
A
potem przestraszona podskoczyłam w miejscu, krzyknęłam cicho i podniosłam rękę
do gardła.
Za
moimi placami milcząco, z opuszczoną brodą, stał Jimmy i patrzył na mnie spod
oka z poważnym wyrazem twarzy.
-
Hej - powiedziałam speszona i odwróciłam się, by wyciągnąć wreszcie moje torby
z samochodu.
-
Hej - wymamrotał Jimmy, po czym sięgnął zza moich pleców i złapał torbę
turystyczną z mojej dłoni.
Puściłam
ją, a później oglądałam, jak cofał się i zatrzaskiwał drzwi mojego samochodu,
ciągle czując siłę i ciepło jego ciała.
-
Zamknij - rozkazał mi.
Nacisnęłam
pilota, zapiszczały zamki, odwróciliśmy się i razem ruszyliśmy w stronę
budynku.
Byłam
pewna, że przez cały ten czas miałam otwarte usta.
-
Kto to jest Jacob - spytał swoje buty Jimmy dziwnym tonem, którego nie
rozpoznawałam, idąc obok mnie w stronę schodów.
-
Umm… - zamruczałam niepewnie.
Wreszcie
uznałam, że to nic takiego i zdobyłam się na odpowiedź, odgarniając grzywkę i
patrząc na niego bokiem.
-
Szef Michała i Doroty - mruknęłam.
Przerwałam
na chwilę.
-
Poznałam go na garden party - dodałam.
A
potem irracjonalnie, bo przecież go to nie obchodziło, poczułam nagłą potrzebę
wytłumaczenia się, więc wyprostowałam się i zwróciłam w jego stronę, ciągle
idąc, kiedy byliśmy już przy schodach.
-
Przyczepił się do mnie. Nie chciał słuchać, kiedy mówiłam mu, że nie jestem
zainteresowana - powiedziałam szczerze, ale niechętnie.
-
A nie jesteś? - cicho zapytał Jimmy, cały czas patrząc pilnie pod nogi, kiedy
zaczęliśmy się wspinać.
Zaniemówiłam
na kilka sekund.
-
Jimmy… - wyszeptałam w końcu, otwierając szerzej oczy, patrząc na niego i nie
wiedząc co więcej mogłabym powiedzieć.
Byliśmy
już prawie na górze schodów.
O
wiele za szybko.
Jeszcze
tylko dwa stopnie.
Desperacko
myślałam, co powiedzieć.
Cokolwiek.
Chciałam
jeszcze z nim tylko porozmawiać, więc otworzyłam usta, odwróciłam się do niego,
ale oddał mi torbę.
-
Dobranoc - rzucił krótko.
A
potem odwrócił się i odszedł.
Poczułam
się tak dziwnie samotna, opuszczona, że zaczęły mnie piec oczy.
Zamrugałam.
Nie myśleć o tym.
Powlekłam
się, nagle zmęczona, w stronę swoich drzwi, weszłam, zamknęłam je na klucz.
Potem
przebrałam się w dresy, jednocześnie robiąc sobie herbatę, a potem zadzwoniłam
do dzieci, żeby powiedzieć im, że dojechałam.
Zadzwoniłam
do Aleka, żeby uspokoić go, powiedzieć mu, że jestem z powrotem i umówić się na
„opowiesz mi wszystko, kochaniutka”.
Przeszłam
się po galerii, żeby przypatrzeć się moim kwiatom.
A
potem wróciłam do mieszkania i zajęłam się pracą na laptopie.
Zadzwoniłam
do Janet, by opowiedzieć jej o garden party i o Jacobie, ale nie zająknęłam się
o spotkaniu z Jimmy’m.
Ale
wciąż o tym myślałam.
Jutro
od rana miałam zająć się rutynowymi już sprawami.
Więc
postanowiłam nie myśleć o tym, czego nie mogłam mieć.
Tylko
jakoś nie mogłam wydobyć uśmiechu na usta.
*****
Jimmy
Po
pożegnaniu Evy Jimmy wszedł do swojego ciemnego, pustego mieszkania, zamknął
drzwi na klucz i oparł się o nie czołem.
-
Kurwa, pierdolony skurwiel, pieprzone
piekło - wyszeptał.
Kiedy
słuchał cholernie seksownego, niskiego głosu Evy, mówiącej łagodnie do telefonu
Żegnaj, Jacob, miał wrażenie, jakby
jego cały pieprzony świat się rozpadał.
Kurwa.
Eva
wypowiadająca tak pięknie, nisko, seksownie jak cholera, łagodnie i delikatnie
imię innego mężczyzny, sprawiała mu ból, jakiego się nie spodziewał, kiedy wiele
dni temu postanowił pozwolić jej pójść własną drogą.
Nie
powinien jej w tym cholernie przeszkadzać.
Powinni
być tylko dobrymi przyjaciółmi.
Przyjaciółmi.
Jak
dotąd.
Powinna
znaleźć sobie mężczyznę lepszego niż on.
Cholernie
bogatego jebanego faceta, który zapewni jej pieprzone dobre życie, do którego
najwyraźniej była przyzwyczajona.
Takiego,
który nie miał takiego jak on popierdolonego bagażu i mógłby jej zapewnić
spokój i szczęście.
Usunąłby
smutek z jej oczu.
Faceta
dobrego i łagodnego, bez gówna w przeszłości.
Bez
napadów złości.
Bez
popierdolonych ludzi, którzy by go otaczali.
Jimmy
zajął się przygotowaniem sobie szybkiej kolacji z mikrofalówki, przebrał się w
luźniejsze spodnie, usiadł przy blacie w kuchni, zjadł prosto z pojemnika i wyrzucił
pojemnik do kosza.
Ale
za każdym razem, kiedy myślał o jej mruczącym seksownie głosie, ciepłych,
piwnych, mieniących się oczach, łagodnym uśmiechu i tych cholernie wspaniałych
nogach, jęczał w duchu z pragnienia porwania jej w swoje ramiona i całowania do
utraty tchu.
Do
zmuszenia jej, by to jego imię
mruczała, kiedy będzie dochodziła z jego kutasem w sobie.
Chciał
zetrzeć z jej ust ten cień smutku i usłyszeć, jak się śmieje.
Szczerze
i głośno.
Dla
niego.
Nie
delikatnie i cicho dla kogoś innego z jakiegoś gówna, jak to słyszał wiele
razy, kiedy rozmawiała z cholernymi sąsiadami na pieprzonej galerii.
Chciał
przytulać ją całą noc, aby nie budziła się o świcie i nie siedziała tak
cholernie samotnie w pieprzonym oknie.
Sprawić,
by czuła się bezpieczna.
Oglądał
mecz, ale nie mógł się skupić.
Potem
poszedł do łóżka, ale nie mógł spać.
Całą
noc rzucał się w pustym, zimnym i samotnym
łóżku.
Przez
całą noc nie mógł spać, bo walczył z myślami, a potem nad ranem stwierdził
wbrew sobie i swoim wcześniejszym postanowieniom - chrzanić to.
Podjął
decyzję.
Postanowił,
że ją zdobędzie.
Zacznie
od drobnych spraw.
Odmówiła
tamtemu.
Słyszał
ciągle w głowie jej głos naprawdę, nie
potrzebuję tego… nie jestem zainteresowana i obawiał się, że usłyszy to
samo.
Ale
musiał spróbować.
*****
Eva
Następnego dnia rano
Wstałam,
kiedy zadzwonił mój budzik, bardzo wcześnie rano, po kolejnej prawie
nieprzespanej nocy.
Nie
mogłam spać, ponieważ przy każdej próbie snu budził mnie Jimmy: a raczej
wspomnienia i wyobrażenia jego głosu, oczu i wyrazu twarzy.
Wspomnienie
tego jak patrzył na mnie podczas naszego spotkania na schodach przed moim
wyjazdem do Carson City.
I
to, jak wyglądał, kiedy ostatnio spotkaliśmy się na parkingu.
Jego
niski, ochrypły głos - A nie jesteś?
Więc
zasypiałam na krótko i budziłam się.
Wyobrażałam
sobie, śniłam o tym, że to Jimmy
zaprosił mnie na kolację.
A
potem całował do utraty tchu.
To
się nie stanie.
Nie
byłam w jego typie i wiedziałam o tym.
Nie
miałam piersi ani tyłka.
Włosy
mi ledwo odrosły.
Liczne
zmarszczki na skórze przypominały o moim wieku.
On
mógł mieć każdą.
Taki
mężczyzna.
Nie
myśleć o tym.
Był
poniedziałek i Bert miał przyjść na śniadanie, więc jak tylko wstałam, umyłam
się, lekko umalowałam, ubrałam się w czarne dżinsy i nowy, czerwony, obcisły
t-shirt, który kupiłam w czasie wyprawy z Dorotą i boso poszłam do kuchni, by zrobić
dla niego i dla siebie jajecznicę z kiełbaskami.
Alice
nie pracowała w sobotę, więc miał swoją mamę poprzedniego dnia, ale dzisiaj
chciałby się wygadać.
Wiedziałam
o tym.
Drzwi
zostawiłam otwarte, bo młody ostatnio energicznie wpadał bez pukania, pełnym
pędem, radośnie krzycząc od progu - „Hej, Eva”.
Krzyczał
przy tym od razu, pytając w biegu co jest na śniadanie i zarzucając mnie
informacjami o szkole, kolegach lub różnych innych interesujących go sprawach.
Zwykle
słuchałam go uważnie, by czasem coś doradzić, czasem coś przekazać Alice, ale
mieliśmy „sztamę”, wiedział, że może mi powiedzieć wszystko, a ja nie wygadam,
jeśli byłaby to jakaś tajemnica.
Tego
dnia wszedł cicho, spokojnie, jak nie on, i usłyszałam - „Hej Eva”, ale wydawał
się czymś dziwnie zajęty.
Byłam
zaabsorbowana swoimi myślami, więc w ogóle nie podniosłam na niego oczu od
patelni, na której mieszałam jajka.
Zawołałam
- Chodź, jajecznica gotowa - i dopiero wtedy odwróciłam się i spojrzałam w
stronę drzwi.
Bert
wszedł tam z Jimmy’m.
Miałam
obie ręce zajęte talerzami i to doprawdy był mały cud, że nie upuściłam ich z
wrażenia.
Jimmy
wyglądał świetnie.
Był
ubrany w granatową bluzę termiczną z długimi rękawami i niebieskie dżinsy,
które (jedno i drugie) doprawdy wspaniale podkreślały jego mięśnie.
I
był nie ogolony.
Widywałam
to już u niego wcześniej, ale zawsze, ale to zawsze wywoływało to we mnie jedno pragnienie.
By
przyłożyć dłoń do jego szczęki i poczuć szorstkość jego policzka.
Uznałam,
że nigdy się do tego nie przyzwyczaję.
Postawiłam
oba talerze nieco zbyt głośno na blacie i, zmieszana, odwróciłam się do
kuchenki.
Oparłam
się na chwilę o blat obok niej, wciągnęłam uspokajający oddech, złapałam
szklankę z sokiem dla Berta i odwróciłam się z powrotem do nich.
-
Hej, Eva - powiedział delikatnie i cicho Jimmy, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem
- przepraszam, że wpadłem bez zapowiedzi na wasze śniadanie, ale spotkałem
Berta na galerii i weszliśmy razem.
-
Nie ma sprawy - rzuciłam, starając się brzmieć swobodnie - chcesz jajecznicę?
-
Jeśli masz więcej, chętnie - powiedział i zaskoczył mnie ponownie.
Nie
wpadał do mnie nigdy dotąd na żaden poczęstunek.
Nawet
na ciasta i mufinki przychodzili wszyscy, włącznie z chłopakami z ekipy
remontowej (nawet Maggie była już u mnie), a Jimmy nie.
Podałam
mu swój talerz i odwróciłam się do kuchenki.
-
Sok czy kawa? - zapytałam go, wiedząc, że w Stanach ludzie nie pijali na
śniadania herbaty, jak ja miałam w zwyczaju.
-
A ty? - usłyszałam i obejrzałam się, by zobaczyć, że niezdecydowanie patrzył w
talerz.
-
To twoje śniadanie - dodał i podniósł
wzrok na mnie.
-
Zaraz sobie zrobię więcej - odpowiedziałam.
Natychmiast
sięgnęłam po jajka i kiełbaski do lodówki.
Miałam
jeszcze rozgrzaną patelnię, więc przygotowanie tych dwóch jajek dla mnie nie
stanowiło problemu.
Martwiłam
się tylko, że dla Jimmy’ego mogło to być zbyt małe śniadanie, bo przecież był dużym mężczyzną.
Więc
odwróciłam do niego głowę znad rozbijanych jajek i otworzyłam usta.
Nie
zdążyłam jednak zapytać go, czy chce coś więcej do jedzenia.
Kiedy
jednocześnie z próbą odezwania się wlewałam rozbełtane jajka na patelnię,
odezwał się Bert.
-
Mamy dzisiaj opowiadać o hobby - rzucił, całkowicie nieświadomy tego, co się
działo między nami.
Obejrzałam
się na niego.
Wpychał
sobie jajecznicę do buzi pełnym widelcem.
Na
ten widok uśmiechnęłam się łagodnie i podałam mu gorącego tosta posmarowanego
roztopionym masłem.
-
Jedz wolniej - powiedziałam cicho i sięgnęłam w bok do blatu po rzodkiewki,
które dla niego naszykowałam (a których zwykle nie zjadał).
Kiedy
je kładłam na jego talerzu, poczułam dziwnie ciepły prąd płynący od strony Jimmy’ego.
Spojrzałam
w jego kierunku i zobaczyłam dobre uczucie wypełniające jego piękne, niebieskie
oczy, łagodne uniesienie kącików ust.
Jeszcze
czegoś takiego nie widziałam w jego twarzy.
Jego
wygląd zmienił się i teraz był taki piękny,
że zaparło mi dech w piersi.
Pomyślałam,
że zawsze był bardzo poważny.
Nigdy
nie widziałam, żeby się śmiał, nawet jak opowiadał jakieś historie, które mogły
być zabawne.
Może
się uśmiechał, ale nie śmiał.
Złapałam
się krawędzi blatu, żeby się nie przewrócić.
-
Eva, co to jest hobby? - zapytał mnie Bert.
Zamrugałam
gwałtownie, żeby oprzytomnieć.
-
No, wiesz… hmmm… - zaczęłam, biorąc głęboki wdech i starając się skupić - …to
jak coś zbierasz, co cię interesuje, albo dowiadujesz się więcej na jakiś
temat, bo to lubisz.
-
A ty masz hobby? - dopytywał się Bert.
Uśmiechnęłam
się, już opanowana i skoncentrowana tylko na nim.
-
No, tak - zastanowiłam się - Moim hobby są moje kwiaty, czytanie książek,
poznawanie ludzi. Ale kiedyś zbierałam znaczki pocztowe, a mój syn zbierał
kapsle od piwa.
-
O, to fajne hobby - zachwycił się
Bert. - Dużo piwa musiał wypić?
-
No, nie. Te kapsle zbieraliśmy całą rodziną, on je porządkował i dowiadywał się
skąd pochodziły - w tym momencie poczułam, że wkroczyłam na niebezpieczne
tereny.
Przestałam
się uśmiechać, opuściłam oczy i odwróciłam się po chleb tostowy, by wsunąć go
do tostera.
Właśnie
o tym nie chciałam myśleć.
Więc
postanowiłam zmienić temat.
Odchrząknęłam.
-
Jimmy, a jakie jest twoje hobby? - spytałam, odwracając się do kuchenki, nakładając
sobie jajecznicę i biorąc tosta, który właśnie wyskoczył.
Jimmy
przez chwilę milczał, więc odwróciłam się do nich z talerzem w dłoni i
spojrzałam na niego pytająco.
-
Baseball - rzucił krótko takim dziwnym, nieobecnym tonem i to było tak mało oryginalne, że odrzuciłam głowę
do tyłu i wybuchnęłam cichym śmiechem.
Zapadła
cisza, więc spojrzałam na nich.
Bert
wpychał sobie jajecznicę i kiełbaski do buzi.
Ale
Jimmy…
Jimmy
patrzył na mnie z widelcem uniesionym do ust i taką fascynacją w oczach, że,
speszona, zamilkłam.
-
No, tak - wymamrotałam w końcu.
Milczeliśmy
krótką chwilę, podczas gdy ja jadłam na stojąco, oparta biodrami o blat,
trzymając talerz przed sobą i piłam swoją, już zimną, herbatę.
-
No, tak… - powiedział Jimmy, a potem wyprostował się i dodał szybko - Cóż, wiem
wszystko na temat wszystkich graczy i wszystkich meczy rozegranych przez Utes. Oglądamy
je z kumplami na bieżąco. To…
Mówił
dalej z taką pasją, że zapatrzyłam się na niego z otwartymi ustami, z widelcem
zawieszonym w połowie drogi do ust.
Wyglądało
na to, że dosłownie zapalił się do tego
tematu.
Słuchałam
z podziwem.
I
była to kolejna, znowu inna, twarz Jimmy’ego, jakiej jeszcze nie znałam.
Oczy
mu błyszczały, a twarz się ożywiła.
Nabrał
powietrza i zamierzał mówić dalej, ale przerwał mu Bert, który skończył swoje
jajka i kiełbaski i przełknął właśnie resztkę tostu.
-
Więc mogę powiedzieć - zawołał - …że lubię koszykówkę, drużynę Utah Jazz i że przygotuję
prezentację na jutro! - krzyknął, zeskoczył ze stołka, skierował się z talerzem
i szklanką do zlewu, dodając jeszcze - Super, dzięki! - i nagle szybko zaczął się zbierać do wyjścia.
-
Zaczekaj, lunch - krzyknęłam za nim.
Natychmiast
wrzuciłam widelcem resztkę jajek do ust, szybko przełknęłam to i odstawiłam swój
talerz do zlewu.
Złapałam
jego pudełko na lunch z blatu obok i podałam je młodemu.
Potem
złapałam jego talerz, wstawiłam go do zlewu,
-
Odwożę go do szkoły - powiedziałam, odwracając się do Jimmy’ego.
-
Okej. Mogę jechać z wami? - zapytał mnie Jimmy, patrząc na mnie i ponownie mnie
zaskakując.
Również
odstawił swój, pusty już, talerz do zlewu i wstał.
Odgarnęłam
grzywkę, spojrzałam na Berta, który już był przy drzwiach i powiedziałam bardzo,
bardzo głupio:
-
Pewnie, czemu nie.
*****
Godzinę później
Właśnie
wróciliśmy ze szkoły.
Powinnam
była być mądrzejsza.
Jazda
z Jimmy’m jako pasażerem mojego Priusa była stresująca.
Tak
stresująca, że o mało nie wjechałam w pieszego, uciekającego przede mną na pasach, prawie zapomniałam skręcić do szkoły z głównej ulicy i miałam
trudności z zaparkowaniem przy prawie pustym
krawężniku.
Droga
powrotna była o tyle mniej denerwująca, że nie siedział za mną, rozpraszający
mnie gadaniem, Bert.
Ale
i tak prawie hiperwentylowałam.
Kiedy
wreszcie wysiedliśmy, Jimmy żartobliwie zapytał, jakim cudem nie miałam do tej
pory żadnego mandatu ani stłuczki.
Więc
w jakimś nieuzasadnionym, szalonym przypływie szczerości powiedziałam mu, że to
przez niego, przez jego obecność.
Ciepło
jego niebieskich oczu i delikatny uśmiech na jego pięknych ustach spowodowały,
że bardzo, bardzo głupio brnęłam
dalej.
Paplałam.
Powiedziałam,
że miałam dużo szczęścia, bo droga zwykle bywa pusta i piesi uciekają na
chodnik, jak tylko dowiadują się, że mam jechać tą trasą, a szkołę przestawiają
tam, gdzie akurat danego dnia trafię.
Dodałam,
że czasem biegł przede mną sygnalista z płonącą pochodnią, by ostrzegać
wszystkich, że wyjeżdżałam na drogę.
Że
mój samochód był wyposażony w specjalny system, dający policji znać, że
wyjeżdżałam z parkingu, by czuwali w pogotowiu, jeśli coś bym narozrabiała.
Te
moje głupkowate, bezmyślne żarciki, wyrzucane jakbym nie miała wszystkiego
równo pod sufitem, dały mi w końcu głośny, szczery śmiech Jimmy’ego.
Pierwszy
głośny, szczery śmiech, jaki kiedykolwiek
od niego słyszałam.
Więc
patrzyłam i słuchałam z fascynacją, dopóki nie skończył.
I
postanowiłam starać się o to częściej, bo to było tak, jakby mu odjęto
kilkanaście lat, jakby był o kilkanaście lat młodszy.
Był
zawsze bardzo przystojny.
Śmiejąc
się był przepiękny.
Byliśmy
na schodach przed drzwiami naszych mieszkań.
Nie
chciałam się rozstawać, ale każde z nas miało swoje zajęcia.
Jimmy
wyglądał jakby on nie chciał się
rozstawać i żałował, że ma jakiekolwiek
zajęcia.
-
Umm… - wymamrotałam, odwróciłam na chwilę wzrok i odgarnęłam nerwowo grzywkę.
Podniosłam
głowę i zobaczyłam, że Jimmy stał bliżej mnie.
Dużo
bliżej niż zwykle.
-
Dzisiaj wieczorem idę do pracy, ale jutro chciałbym cię zabrać gdzieś na
kolację - powiedział cicho, ale zdecydowanie, a ja zamarłam na ułamek sekundy.
To
już drugi mężczyzna zaprosił mnie na prawie-randkę w ciągu ostatnich kilku dni.
Tyle
tylko, że o zaproszeniu Jimmy’ego marzyłam od dawna.
Śniłam
o tym.
-
Dobrze - natychmiast odpowiedziałam szeptem.
-
Dobrze? - spytał Jimmy na wydechu, prostując się, jakbym go zaskoczyła.
-
No… t-tak. - powiedziałam zmieszana.
Jeśli
nie chciał, bym się zgodziła, to po co pytał?
-
Wspaniale - wyszeptał z uczuciem, a jego oczy się rozjaśniły takim cudownym
blaskiem.
Jakby…
prawie jakby był… szczęśliwy?
Nie
mogłam patrzeć na to spokojnie.
Poczułam
jak gorąco uderzyło mi na policzki.
Spuściłam
głowę i wymamrotałam do swoich butów - To na razie.
-
Tak, na razie, Eva. - niskim, schrypniętym głosem powiedział Jimmy i podniosłam
głowę, by zobaczyć, że był jeszcze bliżej.
I
był bardzo blisko mnie.
Ponownie
miałam to dziwne uczucie, że pocałuje mnie na pożegnanie, jakby to było coś, co
robiliśmy zawsze, od lat.
Zauważyłam,
że mam rozchylone usta i dyszę lekko.
A
on odwrócił się i odszedł.
Poszłam
do swojego mieszkania.
I,
opierając się o nie z uśmiechem jak zakochana nastolatka, uznałam, że uwielbiałam, jak wymawiał moje imię
takim schrypniętym głosem.
*****
Dwadzieścia cztery
godziny później
Właśnie
wróciłam ze szkoły po odwiezieniu tam Berta i nie zdążyłam nawet wejść do końca
do mieszkania, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
Uch!
Miałam
zamontować dzwonek.
Wyjrzałam
przez wizjer i zobaczyłam, że stał tam Jimmy.
Otworzyłam
je, a on wyglądał, jakby czatował na mnie, wracającą ze szkoły, jakby wiedział,
że dopiero weszłam.
-
Hej, Eva. Przepraszam, ale nici z dzisiejszego wyjścia. Muszę coś załatwić -
powiedział i brzmiał, jakby naprawdę żałował.
-
Och, trudno - wymamrotałam, naprawdę tego żałując.
Wciągnęłam
powietrze do płuc, żeby się uspokoić.
-
…innym razem? - zapytałam z nadzieją, starając się nie brzmieć jakbym miała nadzieję i postarałam się uśmiechnąć.
Włożyłam
włosy za ucho i opuściłam głowę, by ukryć swoje rozczarowanie.
Nie
byłam bowiem pewna, czy to odwołanie nie znaczyło, że zaproszenie było tylko
rodzajem sąsiedzkiej, przyjacielskiej troski o samotną kobietę, a niespodziewane
zajęcie było ulgą i mile wyglądaną wymówką na wycofanie się.
-
Jutro rano idę do pracy i wrócę po szóstej wieczorem. Chyba będzie za późno na
kolację, więc może umówimy się na sobotę? - powiedział, a kiedy to usłyszałam,
podniosłam gwałtownie głowę i spojrzałam na niego, czując radość wypełniającą
mi serce.
Uśmiechnęłam
się.
-
Tak, dobrze - zgodziłam się zbyt gorliwie, ale nie dbałam o to.
Ucieszyłam
się, że to zrobiłam, kiedy zobaczyłam jego radosny uśmiech.
Był
taki miły.
-
To do zobaczenia - powiedział jeszcze - Muszę iść.
I
zrobił krok do tyłu.
-
Och. Okej - odparłam i wycofałam się do mieszkania.
Patrzyłam
jeszcze, jak się odwracał od moich drzwi, a potem powoli, delikatnie zamknęłam je
i przekręciłam w nich klucz.
*****
Cztery i pół dnia później
Czekałam
na Jimmy’ego w swoim mieszkaniu.
Z
mojego okna widywałam go, tak jak poprzednio, wychodzącego do samochodu i
wracającego z pracy.
Spotkałam
go raz na schodach, a raz na galerii.
W
przelocie.
Wymieniliśmy
kilka uśmiechów (bardzo miłych uśmiechów) i zwykłych, uprzejmych (chociaż bardzo uprzejmych) słów.
Nic
nadzwyczajnego.
Jak
to znajomi, a może prawie przyjaciele.
Może
z wyjątkiem jednej bardzo uprzejmej
sąsiedzkiej pomocy.
Widzicie,
do Carson City jechałam w kurzu, do Denver raz w deszczu, a po Salt Lake City
też jeździłam w różnych warunkach atmosferycznych.
Mój
Prius był brudny.
Pojechałam
do myjni i umyłam go w niej po przyjeździe od moich dzieci, ale stało się coś
jeszcze.
Otóż
wycieraczki w moim aucie w czasie tych dwóch dalekich i kilku śródmiejskich wypraw
(chociaż było to duże miasto) pracowały
jak szalone.
Zużyłam
więc cały płyn do spryskiwaczy i musiałam go uzupełnić.
Umiałam
to zrobić sama i nawet nie przyszło mi do głowy, żeby jechać do serwisu czy na
stację benzynową, żeby ktoś to zrobił za mnie.
Więc
kupiłam odpowiedni płyn w Wallmarcie i któregoś dnia na parkingu przy
kompleksie otworzyłam klapę maski, by to zrobić.
Byłam
nachylona nad silnikiem i mocowałam się z korkiem wlewu, kiedy usłyszałam, jak
podjeżdżał Highlander.
Wychyliłam
się i wyjrzałam dookoła podniesionej maski mojego auta, więc zobaczyłam, jak
wysiadł z niego Jimmy.
Wyprostowałam
się i poczułam ciepło koło serca.
Zatrzasnął
swoje drzwi, zapiszczał w zamki i obszedł mój samochód, a ja uśmiechnęłam się
na powitanie.
Podszedł
do mnie.
-
Hej, Eva - przywitał się, patrząc mi w oczy z lekkim uśmiechem.
-
Hej - przywitałam się i w ostatniej chwili powstrzymałam dłoń od podniesienia
się do włosów.
Nie
mogłam ich odgarnąć, skoro miałam rękę prawdopodobnie usmarowaną brudem z auta.
-
Jakiś problem? - zapytał Jimmy, nachylając się nad silnikiem mojego Priusa obok
mnie.
-
Nie - odsunęłam się o pół kroku, trochę speszona jego bliskością, chociaż
bardzo chciałam być bliżej niego.
Był
spocony, jakby wrócił z siłowni, a ja chciałam się zaciągnąć jego męskim
zapachem.
Obawiałam
się jednak, że zechciałabym wtedy...
O
Boże, o czym ja myślałam!
-
Tylko uzupełniam płyn do spryskiwaczy - wyjaśniłam głosem, w którym chrypka
dawała znać (może tylko mi), że ogarniało mnie podniecenie.
-
Daj - wyciągnął rękę i zabrał mi butelkę z płynem.
-
Mogę sama… - próbowałam oponować.
Zanim
się obejrzałam, płyn był dolany, korek na pojemniku zakręcony, a maska zatrzaśnięta.
-
Dzięki - wymamrotałam.
-
Nie ma za co, to męskie zadanie - stwierdził Jimmy, a ja nie powiedziałam mu,
że zwykle robiłam to sama i że robiłam to sama przez dziesięć lat, skoro
mieszkałam z dala od męża.
-
Idziemy? - zapytał i odwrócił się w stronę schodów.
-
Och… tak - odpowiedziałam jeszcze bardziej speszona.
-
Zamknij - rozkazał.
Nacisnęłam
pilota, zapiszczały zamki i poszliśmy.
Bardzo
chciałam coś powiedzieć.
Nie
wiedziałam, co mogłabym powiedzieć lub o co zapytać, żeby nie wyjść na natrętną
czy wścibską.
Wracał
w środku dnia i nie wiedziałam skąd, ale to nie była moja sprawa, nawet jeśli
byliśmy prawie przyjaciółmi.
Więc
po prostu szłam obok niego bez słowa.
Jimmy
najprawdopodobniej czuł to samo, bo zerkał na mnie spod oka, ale nie odzywał
się więcej.
Poszliśmy
potem razem na górę, ale tam pożegnaliśmy się, rozeszliśmy się do swoich zajęć
i nie widzieliśmy się więcej tego dnia.
Nie
wiedziałam, co o tym wszystkim miałam sądzić.
Za
to Jacob dzwonił do mnie kilka razy dziennie, by przekonać mnie swoim
natręctwem i umówić się ze mną na kolację.
Rozmawiałam
o Jacobie z Janet, a ona, niestety, będąc dobrą przyjaciółką, bardzo namawiała
mnie na tę kolację.
Cały
czas powtarzała mi, że muszę ruszyć naprzód, znaleźć sobie mężczyznę, a ja nie
powiedziałam jej o Jimmy’m.
Również
Alekowi i Samowi nie powiedziałam, że umówiłam się i wychodzę z Jimmy’m na
prawie-randkę, bo by ześwirowali ze szczęścia.
Wiedziałam
to.
Już
dawno mówili o takiej możliwości i nie drążyli tematu tylko przez to, że nie
powiedziałam im o swoim poprzednim życiu, a oni czuli, że coś było nie tak.
Nie
mogli zrozumieć tego, że nie byłam w typie Jimmy’ego, więc to nie mogło się
wydarzyć.
A
nawet jeśli, to będzie tylko przyjacielskie spotkanie dwojga sąsiadów.
Dlatego
też na to wyjście ubrałam się w jedną ze swoich starych trochę-wyjściowych /
prawie-codziennych sukienek.
Większość
na mnie nie pasowała, więc je oddałam lub wyrzuciłam jeszcze przed wylotem.
Ta
była stosunkowo nowa, bardzo prosta, elastyczna, przylegająca do ciała (teraz
luźno), bez rękawów, z małym, okrągłym dekoltem i sięgająca do kolan i z
rozcięciem z tyłu.
Jej
jedyne ozdoby stanowiły ciekawie wykończone czarnymi nićmi zaszewki przy
biuście, dekolcie, w talii i na dole.
Jej
szary kolor czynił ją prawie srebrną, więc dodałam do niej srebrny, modernistyczny
w kształcie naszyjnik i czarne sandałki na niezbyt wysokim obcasie, które
kupiłam na garden party Michała i Doroty.
I
czarną torebkę, chociaż inną niż wtedy.
Było
bardzo ciepło, więc nie zabierałam swetra ani żakietu.
Jimmy
wpadł do mnie wcześniej i powiedział, że przyjdzie po mnie o piątej, bo
rezerwacja jest na piątą trzydzieści, a podobno mieliśmy dojechać.
Potem
znowu zadzwonił przeklęty Jacob i znowu próbował się ze mną umówić na
kolację.
Stałam
przed lustrem w łazience i próbowałam poprawić swój makijaż.
Nie
dość, że nie umiałam tego zrobić, ze zdenerwowania trzęsły mi się ręce i bałam
się, że Jimmy’emu nie spodobałoby się, jeśli bym przesadziła.
Wydawało
mi się, że lubił, kiedy byłam umalowana delikatnie tak, jak malowałam się na co
dzień, a z jakiegoś powodu chciałam, żeby on to lubił.
Kiedy
usłyszałam pukanie do drzwi i dosłownie podskoczyłam, czując, że serce próbowało
wyskoczyć mi z piersi.
Psiknęłam
raz perfumami, odrzuciłam flakonik na półkę, podniosłam lekko palcami włosy, pobiegłam
tam, z rozmachem otworzyłam swoje drzwi i zobaczyłam Jimmy’ego.
I
zabrakło mi tchu.
Był
taki przystojny!
Był
ubrany w ciemne dżinsy, lekki, niebieski sweter z dekoltem w serek, z rękawami
podciągniętymi do łokci i czarne sportowe buty.
Jego
krystalicznie niebieskie oczy zabłyszczały wesoło na widok mojego zauważalnego podekscytowania.
Wyglądał
tak męsko i seksownie, że zaschło mi
w ustach.
Chrząknęłam
i powiedziałam - Hej.
Stał
na lekko rozstawionych nogach, trzymał ręce w tylnych kieszeniach spodni i
zjeżdżał wzrokiem od góry do dołu mojej sukienki.
Potem
spojrzał mi w oczy i powiedział cicho - Hej, mała. Zanim otworzysz drzwi, mogłabyś
zapytać kto tam lub, lepiej, spojrzeć przez wizjer.
No
tak, mogłabym, ale dzisiaj nie miałam do tego głowy.
Na
dodatek nie chciałam myśleć o tym, jak się czułam, kiedy Jimmy nazywał mnie
„mała”, co mogło być ot tak rzucone, ale wiedziałam, że często było uznawane za
czułostkę.
-
Tak - powiedziałam głupio, odgarnęłam grzywkę i odwróciłam się - Mhm. Wezmę
tylko torebkę.
Zabrałam
ją, otworzyłam, by sprawdzić, czy wszystko do niej spakowałam, wzięłam klucz i
wyszłam za próg swojego mieszkania.
Jimmy
wziął klucz z mojej ręki i zamknął nim moje drzwi.
Potem
oddał mi klucz, schowałam go do torebki, a on ujął mnie pod łokieć i
poprowadził w stronę schodów.
Pomyślałam
wtedy, że właściwie nigdy mnie nie dotykał.
A
pomyślałam o tym, bo poczułam jego lekki dotyk na całej skórze.
Jak
rozchodzące się fale elektryczności.
O
Boże!
Z
całej siły skoncentrowałam się na miarowym oddychaniu i stawianiu kroków na
stopniach tak, by się nie potknąć.
Nie
mogłam myśleć o niczym innym, jak tylko o jego cudownie męskich, długich i
silnych palcach, dotykających mojego nagiego
łokcia.
Kiedy
wreszcie doszliśmy do jego Highlandera puścił mnie, otworzył drzwi swojego
samochodu, a następnie podał mi rękę i pomógł mi wsiąść.
Usiadłam
na siedzeniu pasażera, zapinałam się pasem i wreszcie mogłam zebrać myśli, by uspokoić
się trochę.
Jego
samochód w środku pachniał nowością i mężczyzną.
Seksownie.
Kiedy
Jimmy wsiadł za kierownicę i uruchomił silnik, spojrzałam na niego i zapytałam
- Dokąd jedziemy?
Jimmy
spojrzał w moją stronę, tajemniczo się uśmiechnął i odpowiedział tym swoim
cudownie niskim głosem - Niespodzianka.
A
potem zarzucił prawe ramię na oparcie mojego fotela, by spojrzeć do tyłu, wymanewrował
i wyjechał z parkingu.
Pytał
mnie o drogę do Carson i o to, jak przebiegało tamto garden party, ale robił to
delikatnie, bez nacisku.
Powiedziałam
mu o tym kilka słów, a on nie dopytywał się, kiedy zbyłam jakimś ogólnikiem
temat Jacoba.
Jednak,
kiedy przyznałam się, że byłam z nim następnego dnia na brunchu, Jimmy zacisnął
zęby i zobaczyłam mięsień drgający na jego szczęce.
Więc
o tym również więcej nie mówiłam.
Chciałam
go lepiej poznać, więc zapytałam go o jego pracę, o to, z kim oglądał mecze Utes.
Odpowiedział
mi na to krótko, nie rozgadując się o sobie, ale też bez robienia wielkiej
tajemnicy.
Pytałam
o inne niż zwiedzane przez nas dotąd, ciekawe miejsca z Salt Lake, o których
czytałam w Internecie, a które chciałam zobaczyć, o szlaki górskie i dowiedziałam
się, że również po nich jeździ rowerem tak jak po szlakach miejskich.
Przyznałam,
że chciałabym kiedyś tego spróbować.
Rozmowa
była prosta i lekka.
Żartowaliśmy
oboje z siebie, droczyliśmy się na tematy, które wiedzieliśmy, że możemy
poruszyć.
Żadne
z nas nie wspomniało o naszych rodzinach.
To
było jak swobodna pogawędka z
przyjacielem, chociaż może nie nazbyt bliskim, ale zawsze.
Czułam
się całkiem inaczej niż z Jacobem.
Bez
porównania.
Jimmy
jechał wolno, ale nie ślamazarnie, prowadząc samochód pewnie, zwracając uwagę
na drogę, ale co chwilę odwracając się do mnie.
Czułam
się bezpiecznie.
Widziałam
jego piękny uśmiech, jego ręka co chwilę lądowała blisko mojej na podłokietniku
między siedzeniami.
Miałam
ochotę wsunąć swoje palce miedzy jego, poczuć ciepło jego dłoni.
Było
mi bardzo dobrze.
Po
piętnastu minutach zaparkowaliśmy na sporym parkingu przed niską, szarą
restauracją Bricks Corner.
I
prawie oszalałam ze szczęścia, więc wciągnęłam powietrze do płuc.
O
Boże kochany!
Czytałam
o niej dużo dobrego w Internecie, kiedy szukałam jakiejś godnej polecenia restauracji
z włoskim jedzeniem.
Miała
świetne recenzje.
Zwłaszcza
jej kucharz, Chef Josh.
Ludzie
pisali w Internecie peany na jego cześć i to nie tylko na ich stronie, co
mogłoby być ustawione, ale również na innych forach.
Bardzo
lubiłam włoskie jedzenie i sama robiłam niektóre dania.
Wiele
osób z tych, którzy mieli okazję go spróbować, zachwalało moje spaghetti
bolognese, do którego sos robiłam sama od podstaw.
Jimmy
wysiadł pierwszy, obszedł maskę auta, kiedy siedziałam i patrzyłam na niego,
czekając, by mi otworzył i pomógł wysiąść nie dlatego, bo nie dałabym rady sama
zejść, ale dlatego, że tak byłam nauczona, by robić.
Wysiadłam,
opierając się na jego dłoni, a potem czekałam, żeby Jimmy zamknął samochód,
podał mi rękę i poszliśmy razem przez niewielki parking w stronę drzwi
wejściowych.
Czekałam
na okazję, żeby opowiedzieć o tym, co wiedziałam o tej restauracji, ale wciąż
coś się działo obok nas.
Jimmy
uśmiechał się na widok mojego oczywistego podekscytowania, ale nie zdążyłam mu
powiedzieć o przeczytanych recenzjach, kiedy już dotarliśmy do drzwi.
Zastanawiałam
się, dlaczego przyjechaliśmy tak wcześnie, bo do rezerwacji mieliśmy jeszcze
dobre piętnaście minut, ale uznałam, że albo Jimmy sądził, że się spóźnię, albo
pomyślał, że droga mogła zająć nam więcej czasu, a może po prostu lubił być wcześniej.
Kiedy
przechodziliśmy przez drzwi, Jimmy nagle, trochę dziwnie, złapał się za tylną
kieszeń spodni i odwrócił się do mnie przodem.
-
Zostawiłem telefon w samochodzie, zaraz wrócę - stwierdził, a po czym, nie
czekając na moją reakcję, wyszedł i zostawił mnie tam samą.
Byłam
tym bardzo zaskoczona, ale w tej samej chwili znalazła się koło mnie hostessa i
pytała w czym mogła pomóc.
Odgarnęłam
grzywkę, obejrzałam się i powiedziałam:
-
Umm… zdaje się, że mamy rezerwację na nazwisko Spark.
Nazwisko
Jimmy’ego usłyszałam przypadkiem kiedyś od Dominika, ale nie byłam całkiem
pewna, czy to było jego nazwisko.
Kiedy
się odezwałam, okazało się, że usłyszał mnie zażywny, czerwony na twarzy
jegomość w fartuchu, który przechodził obok nas.
-
Jesteś z Jimmy’m! - wykrzyknął do mnie niezrozumiale entuzjastycznie - Emily,
dla tej wyjątkowej pary naszykowaliśmy nasz najlepszy
stolik.
Podszedł
do mnie tak szybko, że nie zdążyłam nic zrobić, wziął mnie za rękę i prawie zaczął
ciągnąć w stronę sali.
-
Już jest przygotowany. Zaprowadzę cię - mówił z wyraźnym akcentem.
Zawahałam
się i nie drgnęłam.
-
Jimmy poszedł do SUV’a - powiedziałam - powinnam...
-
Och, nie szkodzi, mia cara, -
przerwał mi - znajdzie nas. Jimmy jest mio
amico. To najlepszy człowiek na świecie. - jegomość mówił, a właściwie krzyczał, cały czas ciągnąc mnie za rękę w
stronę stolików.
Nie
miałam wyjścia, musiałam pójść za nim, jeśli nie chciałam się z nim szarpać
publicznie i robić widowiska.
Emily
szła za nami, uśmiechając się, jakby bywała już świadkiem takich głośnych scen,
takich jego wybuchów.
Jakby
to było normalne.
-
Jestem Alberto, Jimmy bohatersko uratował
naszą małą kuchnię przed całkowitym i nieuchronnym
spaleniem się do cna. To byłaby prawdziwa tragedia!
- mówił bez przerwy, a ja zaczęłam uważniej słuchać (bo chciałam jak najwięcej usłyszeć
o Jimmy’m), chociaż nadal oglądałam się w stronę drzwi.
-
Dosłownie! - kontynuował - Rzucił się
na ratunek w pojedynkę, zanim przyjechała jakakolwiek straż, a nie był wtedy nawet na służbie. Pomagał nam później bardzo
w uporządkowaniu wszystkiego.
Działamy od 2012 roku, a wtedy zanosiło się, że będziemy musieli zamknąć. To byłoby nieszczęście! Poczekaj aż Chef Josh dowie się, że jesteście -
trajkotał Alberto nieustannie, więc nie miałam okazji wtrącić choćby jedno
słowo.
Chciało
mi się niekontrolowanie, histerycznie chichotać, bo to było śmieszne, ale jednocześnie zwalczałam chęć panicznej ucieczki.
Ciągle
oglądałam się w stronę drzwi wejściowych, w których, szczęśliwie dla mnie,
właśnie pojawił się powracający Jimmy.
Patrzył
na mnie i to mnie rozproszyło.
Nagle
usłyszałam - Llascia che ti guardi,(pokaż
mi się) - i poczułam, że Alberto rozłożył mi szeroko ręce, trzymając mnie za
nadgarstki.
Czułam
się skrępowana.
Bardzo.
Wiedziałam,
jak wyglądałam, więc taka parada tylko bardziej mnie peszyła.
Odsunął
się, a potem zakręcił mną w miejscu i cały czas pokrzykiwał - Sei così bella (jesteś taka piękna).
Ja?
Bella?
Och,
chyba nie!
-
Jimmy! - krzyknął nagle na całą salę, więc rozejrzałam się, czując, że na
policzki wypłynął mi rumieniec - ona jest cudowna!
-
Alberto, może mógłbyś jej nie straszyć. - sugestywnie powiedział do niego Jimmy,
podchodząc, biorąc mnie za rękę i prowadząc w stronę krzesła.
Odsunął
je, pomógł mi zająć miejsce i podszedł do jegomościa.
Usiadłam,
ale nadal patrzyłam z niepokojem w stronę Alberto, będąc niezbyt pewna, czy go
lubiłam, bo był nieco zbyt wylewny.
Rozkładałam
sobie na kolanach płócienną serwetkę i oglądałam zwyczajowy pokaz szczerej męskiej
przyjaźni.
Uściskali
sobie z Jimmy’m prawe dłonie, przyklepując je lewymi, potem objęli się
ramionami i jednocześnie poklepali dłońmi po plecach, pomamrotali sobie do
ucha, a potem Alberto wreszcie zawołał:
-
No, dobrze, zostawię was pod opieką Emily - i odszedł.
Emily
zostawiła nam menu, ale - skoro byłam w prawdziwej włoskiej restauracji -
wiedziałam, co będę chciała zjeść, więc nie zajrzałam do niego.
-
Więc prywatnie też ratujesz ludzi i ich dobytek - zagadnęłam Jimmy’ego, ustawiając
szklankę z wodą obok mojego nakrycia.
-
Ach ten Alberto, gaduła. Przywiozłem cię tu, bo to najlepsza włoska restauracja
w mieście, ale miałem nadzieję, że go dzisiaj nie będzie - odparł Jimmy i
wyglądał na skrępowanego.
Nie
miałam nic przeciwko temu, by poznawać go przez oczy innych ludzi.
To
zawsze daje lepszy, bardziej obiektywny obraz osoby, niż dowiadywanie się od niej
samej lub nawet własne obserwacje.
Miałam
potwierdzenie tego, co zauważałam wcześniej, że Jimmy był naprawdę dobrym
człowiekiem.
I
skromnym.
Przyszła
Emily i zamówiłam lasagne i czerwone wino, a Jimmy zamówił carpaccio i rigatoni.
Potem
przyszedł do nas przywitać się szef kuchni, Chef Josh, znowu witał się z
Jimmy’m wylewnie i głośno (ponownie z klepaniem po plecach), a ze mną ciszej,
poprzez uścisk dłoni i, na końcu, po wymianie kilku słów, przez niskie
pochylenie się w moją stronę z takim gorącym błyskiem w oku, że spojrzałam na
Jimmy’ego zażenowana.
Ja
tylko powiedziałam mu, co czytałam o jego wybitnej kuchni i mojej radości z
możliwości skosztowania tego, co ugotuje.
Przecież
to była prawda.
A
potem odszedł, życząc nam buon appetito.
Czekając
na nasze dania, rozmawialiśmy.
Ja
opowiedziałam Jimmy’emu o mojej przyjaźni z Janet, o tym jak się poznałyśmy,
jak wyglądało nasze spotkanie w Denver i drugie tutaj, kiedy przyjechała mnie
odwiedzić i zwiedzałyśmy atrakcje Salt Lake City, o naszej historii.
Również
o moich tłumaczeniach i fascynacji literaturą.
W
trakcie tego odstałam swoje pinot noir, więc zanurzyłam w nim wargi, kiedy
Emily stawiała na naszym stole koszyk ze sztućcami.
Wino
było pyszne.
Jimmy
opowiedział mi o swojej pracy w straży (chociaż niezbyt dużo) oraz kilka zabawnych
anegdotek o swoich kumplach.
A
opowiadał o nich tak ciepło i dowcipnie, że zapragnęłam ich poznać.
Kiedy mu to szczerze powiedziałam, bez namysłu
stwierdził, że powinnam go kiedyś odwiedzić w ich remizie.
Jego
miała numer 13, dokładniej FS 13.
Nie
mogłam się doczekać.
Kiedy
o tym mówił, przyniesiono do stolika nasze dania.
Nie
myśląc o tym, co robiłam, pochyliłam się nad swoim talerzem, powąchałam danie,
obejrzałam je i zamruczałam z zachwytem.
Kiedy
oblizywałam wargi, rozejrzałam się, bo poczułam dziwne skupienie na mnie
czyjejś uwagi.
O
Boże, co mnie napadło?!
A
wtedy zobaczyłam, że Chef Josh wyglądał przez okienko w drzwiach kuchni i uśmiechał
się do mnie z zadowoleniem.
Szeroko
uśmiechnęłam się do niego w odpowiedzi i podniosłam kciuk, żeby mu pokazać
swoje zadowolenie.
A
potem wyjęłam widelec i nóż z koszyczka, skosztowałam i zamknęłam z zachwytu
oczy (chyba zamruczałam z zadowolenia - no dobrze, to było krępujące, ale nie mogłam się powstrzymać).
Niebo
w gębie.
Kiedy
otworzyłam oczy, zobaczyłam rozbawiony i zafascynowany wzrok Jimmy’ego, a w
okienku drzwi do kuchni, super
zadowoloną twarz Chef’a Josha.
No
dobra, to było krępujące.
Poczułam
gorąco wypływające na moje policzki, więc, żeby to ukryć, uśmiechnęłam się krzywo
do nikogo, opuściłam głowę i zajęłam się jedzeniem.
A
potem już jedliśmy i rozmawialiśmy bez większych sensacji.
Nie
czułam się skrępowana, kiedy Jimmy, na moje zachwyty pysznym lasagne, pochwalił
swoje carpaccio i dał mi je do spróbowania ze swojego widelca.
Mhm,
również przepyszne.
Nie
czułam się skrępowana, kiedy, w odpowiedzi, chwaląc lasagne, poczęstowałam go
ze swojego widelca i popatrzyłam na jego piękne, seksowne wargi, zaciskające
się na nim, a potem czubek języka, wysuwający się, by je oblizać.
To
było właściwe, naturalne, przyjacielskie,
chociaż bardzo seksowne.
W
trakcie tej ożywionej rozmowy, umawiając się na kolejną wędrówkę, wymieniliśmy
się numerami telefonów.
To
wyszło tak jakoś naturalnie.
Po
przyjacielsku.
Jako
konsekwencja tego, co sobie mówiliśmy, więc nie poczułam się ani przez moment
skrępowana.
Zamówiliśmy
desery.
Skusiłam
się na tiramisu, a Jimmy wziął pana cotta.
Do
tego prawdziwe włoskie espresso.
Znowu
jedliśmy ze swoich talerzy, śmialiśmy się i przekrzykiwaliśmy.
A
potem, o wiele za wcześnie, nadszedł czas wyjścia z restauracji.
I
dopiero wtedy zauważyłam, że z kąta obserwował nas Alberto, uśmiechając się
szczęśliwie i dobrotliwie.
Więc
uznałam, że może go polubiłam.
*****
Trochę później tego
wieczoru
To
było po kolacji i po przyjechaniu do naszego kompleksu mieszkalnego.
Weszliśmy
po schodach, w trakcie czego Jimmy asekurował mnie dłonią położoną na dole
moich pleców, co spowodowało, że było mi ciężko oddychać.
Staliśmy
pod moimi drzwiami, a ja, dochodząc do siebie po jego dotyku, dziękowałam
Jimmy’emu za kolację i cudowne towarzystwo.
Jimmy
powiedział dobranoc, ale nie odchodził.
Stał
bardzo blisko mnie, a ja znowu miałam
to przemożne uczucie, że zaraz mnie pocałuje.
Więc
odwróciłam się, schyliłam głowę i wyjęłam klucz.
Kiedy
przekręciłam klucz w zamku, wyjęłam go, by otworzyć drzwi i wejść, podniosłam
ponownie głowę, żeby mu powiedzieć dobranoc i wtedy zauważyłam, że był jeszcze bliżej mnie.
Tuż
obok.
A
potem, o, Boże kochany, złapał mnie
jedną ręką za talię, a drugą za tył mojej głowy i przyciągnął mnie do siebie.
Oparłam
obie ręce (jedną z zaciśniętym w garści kluczem) na jego ramionach, trzymając
się rozpaczliwie.
Popatrzyłam
mu w oczy, rozchyliłam usta w strachu, radości, oczekiwaniu, rozpaczy i zachwycie.
Chciałam
tego i bałam się.
A
potem Jimmy się pochylił, ciągnąc moją głowę do siebie.
Nasze
usta złączyły się gwałtownie w pocałunku, który nie był słodki ani delikatny.
Był
namiętny, gorący, naglący, głodny.
Odsunęliśmy
się od siebie tylko na parę sekund.
Jimmy
zdjął rękę z mojej talii, sięgnął w bok do moich drzwi, otworzył je i wepchnął mnie
tyłem do środka.
Potem
kopniakiem zatrzasnął drzwi za sobą, sięgnął ręką, by zamknąć zasuwę, a później
wpił się znowu w moje usta, kiedy upuściłam z trzaskiem klucz na podłogę i toczyliśmy
się po ścianach w kierunku sypialni, nie przerywając pocałunku.
Nikt
nigdy tak mnie nie całował.
Chciałam
tego.
Dążyłam
tam.
Tak
dawno tego nie miałam.
Więc
rzuciłam torebkę na podłogę w progu sypialni i zaczęłam szarpać sweter
Jimmy’ego w górę, aż podniósł ramiona, ściągnęłam go przez jego głowę i miałam
dostęp do jego nagiej, gładkiej, gorącej
skóry.
Nie
miał włosków na klatce piersiowej.
Może
kilka.
Przyłożyłam
tam dłoń z rozłożonymi palcami i przesunęłam je do bicepsów, cały czas wodząc
oczami za moją ręką.
Oblizałam
wargi.
Wtedy
znowu mnie pocałował.
O
Boże kochany!
Wspaniałe!
Poczułam
jego obie dłonie na plecach, a potem suwak sukienki zjechał na dół i usta
Jimmy’ego znalazły moje nagie ramiona.
Sukienka
zsunęła się na podłogę i zostałam tylko w bieliźnie.
O…
Boże… kochany!
Gorące!
Jimmy
odsunął się na tyle, żeby na mnie spojrzeć z góry i zaczęłam dyszeć.
I
znowu mnie objął i całował.
Czułam
jego język głęboko w ustach, mój język owijał jego i tańczył.
Nie
wiedziałam nawet, że tak umiałam.
Potem
nagle, nie wiedziałam w jaki sposób, byliśmy w przy łóżku i łydkami uderzyłam w
nie, więc usiadłam.
Miałam
jego pasek na wysokości oczu, więc zaczęłam go szarpać.
Pomógł
mi.
O Boże kochany!
Tak!
Po
sekundzie stał przede mną w samych bokserkach, w których było ciekawe
wybrzuszenie, a potem oparł kolano na łóżku i musiałam się położyć, wiec nic
nie widziałam.
Całował
mnie po szyi, po ramionach, a potem zsunął jedno ramiączko stanika, wodząc za
nim ustami.
Czułam
pod palcami cudowne, silne mięśnie opinające jego żebra.
Fantastyczne!
Poczułam
delikatne muśnięcie warg na górze piersi, a potem drugą jego dłoń na drugim
ramieniu, gdy zsuwał drugie ramiączko stanika.
O
Boże kochany!
Tak,
tak, tak!
Odgięłam
głowę do tyłu i zajęczałam.
Gorąco
uderzyło mi między nogi i całe moje ciało się napięło.
Jimmy sięgnął za moje plecy, lekko się obróciłam,
rozpiął mi stanik i uwolnił moje piersi, cały czas całując mnie, potem zsuwając
usta coraz niżej, po mojej szyi, dekolcie aż dotarł do sutków.
Wygięłam
kręgosłup w jego stronę, wpychając mu piersi do ust.
O Boże kochany!
Tak, tak, tak!
Jimmy
oparł się na jednym przedramieniu z boku mnie, by patrzeć na moje ciało, ale nie
czułam się skrępowana.
Przechyliłam
się lekko na bok, by lepiej go widzieć.
Dotykałam
jedną ręką gorącej skóry jego pleców, wyczuwając pod nią twarde, napięte
mięśnie, a drugą zjechałam po klatce piersiowej na równie co plecy twardy brzuch.
Od
pępka w dół ciągnął się wąski pasek włosków, który chciałam poznać, a może
nawet posmakować.
Wysunęłam
czubek języka, by polizać swoje wargi.
Jimmy
gładził mój brzuch, patrzył na mnie, całował
mnie, a ja sięgnęłam do jego bokserek, zagryzając dolną wargę.
Jimmy
mi na to nie pozwolił.
Położył
mnie na plecach, pochylił się nade mną i gładził mnie palcami coraz niżej, cały
czas obserwując.
Przejechał
czubkami palców nad granicą moich majtek.
Tak
bardzo tego chciałam!
Potem
poczułam jego oddech na ustach.
-
Eva? - wyszeptał i wiedziałam, o co pyta.
-
Tak - odpowiedziałam.
Przysunął
się do mnie i sięgnął niżej.
Poczułam,
jak jego dłoń wślizguje się w moje majtki, potem była na szparce, potem między
wargami, a potem…
Tak!
Tam!
Ponownie
wygięłam się w łuk i zajęczałam.
Tym
razem przycisnęłam biodra do jego ręki i rozłożyłam nogi, aby ułatwić mu
dostęp.
-
Tak? - zapytał.
-
Tak! - wydyszałam.
Zacisnęłam
palce na jego cudownej twardości przez bokserki, a potem nie sięgałam jej, bo się
podniósł.
Patrzyłam
zamglonym wzrokiem jak zdejmował bokserki i oto był, widziałam go w całej
okazałości.
Jaki
piękny.
Piękny,
sztywny, duży, gotowy na mnie.
Idealny.
Dla
mnie.
O Boże kochany!
Tak!
Schylił
się po spodnie.
-
Co robisz? - zapytałam, dysząc ciężko.
-
Gumka - wymruczał grubym głosem.
-
Ja nie muszę - powiedziałam mu, nagle ochrypła, i zrozumiał.
I
nie musiałam, nie potrzebowałam, skoro od dwóch lat nie miałam miesiączki, a
moim jedynym partnerem od lat był mój
mąż.
-
Badałem się niedawno - odpowiedział mi i zrozumiałam.
Robił
test po ostatniej kobiecie, więc mówił mi, że był bezpieczny, czysty.
Więc
mogliśmy być bez gumki.
Jego
oczy błysnęły.
Bosko.
Uśmiechnęłam
się.
Złapał
mnie pod pachami, podciągnął mnie wyżej na łóżko, więc nogi nie zwisały mi już
z niego, rzucił mnie tam i wszedł za mną na kolanach.
Znowu
mnie całował, zdejmował mi majtki, głaszcząc przy tym po biodrach i pośladkach,
a potem był między moimi nogami, oplotłam go zarzucając pięty na jego tyłek i
już był we mnie.
Wbił
się powoli, ale jednym ruchem.
Zajęczałam
niskim głosem.
Czułam
jego twardość wszystkimi ściankami, na całej długości.
Wypełniał
mnie, więc ścisnęłam go całą sobą, a wtedy zawarczał.
Zatrzymał
się, a ja ruszyłam niecierpliwie biodrami.
-
Jimmy, proszę - wystękałam z trudem i
uszczypnęłam go w dolną wargę zębami.
I
wtedy zaczął pompować.
Czułam!
O
Boże!
Czułam
to tarcie!
Pierwotnie
to był powolny rytm, który stopniowo narastał, dołączały się nasze dłonie
wędrujące po skórze i usta zgniatające się wzajemnie.
Nasze
języki zaczęły wojnę i ogarnął nas ogień.
Wsuwał
się i wysuwał.
Czułam
to!
I
znowu, i znowu, i znowu…
Chciałam
to przedłużyć, ale byłam taka spragniona.
Zaczęłam
pić z jego ust.
Czerpałam
jego namiętność z jego wędrujących dłoni.
Wtedy
to poczułam.
Narastało.
Wznosiło
mnie.
Ogarniał
mnie żar.
Wzlatywałam
tak wysoko, jakbym nigdy nie miała opaść.
-
Jimmy - zajęczałam nisko i kilka
ruchów później doszłam.
Rozpadałam
się i rodziłam na nowo.
Szybowałam
między gwiazdami, odnajdując swoje miejsce w kosmosie.
Wiedziałam,
że przez długi, bardzo długi czas
byłam zagubiona.
A
teraz właśnie się odnalazłam.
W
trakcie swojego szczytowania poczułam, jak Jimmy wzmógł rytm, a potem osadził
się wewnątrz mnie i zadrgał.
I
było mi jeszcze lepiej, bo czułam, że się we mnie wlewał.
Leżałam
tak, owijając go nogami i rękoma, czując jego ciężar na sobie i słysząc ciężki
oddech, a potem zaczęłam się uspokajać, wyciszać.
I
wracała rzeczywistość, i zaczęłam myśleć.
Co ja zrobiłam!
Nie,
nie chciałam myśleć.
Odsunęłam
to od siebie i rozluźniłam nogi, objęłam jego biodra jednym udem, aby leżeć z
nim i obok niego.
Przesunął
się lekko, opadł obok mnie, leżeliśmy zwróceni twarzami do siebie, głaskał bok
mojej głowy i całował delikatnie mój nos, policzki i oczy.
Był
nadal we mnie, a jego oczy były takie piękne.
Przesunęłam
dłonią po jego obciętych niedawno włosach, westchnęłam i wtuliłam się czołem w
jego gardło i tak trwałam długą chwilę.
Potem
poczułam, że się ze mnie wyślizgnął, ale nadal nie drgnęłam.
Położył
się na plecach, a ja leżałam na jego klatce piersiowej, z jedną nogą
przerzuconą przez jego uda.
-
Nie potrzebujesz się umyć? - zapytał cicho.
-
Nie - mruknęłam.
Leżeliśmy
tak jeszcze długą chwilę i byłam pewna, że zaczęłam zasypiać.
Wtedy
poczułam, że Jimmy wysuwał się spode mnie.
Uniosłam
głowę i zobaczyłam, że faktycznie zaczął wstawać.
Podniósł
się z łóżka, a ja, nie podnosząc głowy, patrzyłam co robił.
Wstał
i poruszał się wokół łóżka z dziwną, zamkniętą, pustą twarzą.
Naciągnął
na mnie częściowo kołdrę nie patrząc na moje ciało.
Coś
było nie tak.
Czułam
to.
Założył
bokserki, sięgnął spodnie i szarpnął je na nogi, a potem znalazł buty, które
zrzucił jakoś po drodze.
Ja
nadal miałam na sobie sandałki.
Sięgnęłam,
aby je zdjąć, rozpinałam paski trzymając nogi bokiem na łóżku i wtedy dotarło
do mnie, co on robi.
O,
nie, nie, nie!
Wychodził.
Kiedy
miał na sobie buty, spojrzał na mnie przez ramię.
-
Hej - mruknął.
Patrzyłam
zdezorientowana i niezdolna do jakiejkolwiek reakcji.
Bałam
się.
Nie,
byłam przerażona.
A
kiedy skierował się do drzwi sypialni, przyciągnęłam poduszkę do swojego
brzucha i objęłam ją ramionami.
-
Zamknij za mną - usłyszałam jego pomruk z korytarza, a kilka sekund później
usłyszałam trzaśnięcie.
Zamknął
moje wejściowe drzwi.
Odszedł.
I
w tym momencie pękło mi serce.
Dziękuję 🙂 kończyć rozdział w takim momencie??? Nie, nie, nie. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń