środa, 12 stycznia 2022

6 - Kolacja

 

Rozdział 6

Kolacja

 

 

 

Tego samego dnia wieczorem

Właśnie dojechałam do Salt Lake City, do kompleksu, w którym miałam moje nowe mieszkanie, do domu.

Długa droga nie była dla mnie bardzo męcząca, bo jechałam dokładnie tam, gdzie chciałam być.

Jechałam więc z radością.

Zatrzymałam się tylko raz przy stacji benzynowej, na krótko, by coś zjeść, rozprostować nogi i zatankować.

A teraz był wczesny wieczór i byłam w domu.

Wjechałam na swoje miejsce parkingowe przy naszym kompleksie mieszkaniowym, wyłączyłam silnik, wysiadłam i otworzyłam tylne drzwi, by złapać z tylnego siedzenia moje torby, kiedy zadzwonił mój telefon.

Wyjęłam go i zobaczyłam na wyświetlaczu nieznany numer.

- Halo? - odebrałam obawiając się złych wiadomości.

Czując na plecach ten zły, zimny dreszcz, który czułam zawsze od półtora roku, kiedy dzwonił do mnie ktoś, kogo nie znałam i nie oczekiwałam.

- Eva? - usłyszałam głos Jacoba.

Zwykle nie klnę, ale tym razem wściekle zasyczałam w myślach (po angielsku) „gówno”.

- Hej, Jacob, skąd masz mój numer? - przywitałam się niezbyt grzecznie czy też przyjaźnie i wiedziałam o tym, ale mnie to nie obchodziło.

- Mam nadzieję, że się nie gniewasz - szef Mochała i Doroty radośnie „zaćwierkał” mi do ucha - Poszperałem i zdobyłem.

Tym razem westchnęłam słyszalnie, oparłam sfrustrowana łokieć lewej ręki o dach samochodu, a na dłoni zwiniętej w pięść oparłam czoło.

Drugą ręką nadal jednak trzymałam telefon przy uchu.

- Jacob… - zaczęłam i znowu nie było mi dane dokończyć.

Zauważyłam, że ten facet często mi przerywał i że mnie nie słuchał.

Chyba powinnam była zacząć bardziej zdecydowanie dawać mu do zrozumienia, że nie byłam zainteresowana.

- Dzwonię, żeby sprawdzić, czy dojechałaś bezpiecznie - powiedział mi.

To byłoby nawet miłe, gdyby nie ta ingerencja w moją prywatność.

- Tak, właśnie dojechałam, dziękuję. - odpowiedziałam, kiedy poczułam, że za mną parkuje samochód i zaczęłam się odwracać.

Nie odwróciłam się, bo Jacob znowu mnie zaskoczył, mówiąc:

- I jeszcze chciałem cię zaprosić na kolację. Może w ten piątek. Przyleciałbym do Salt Lake City i przyjechałbym po ciebie, zabrałbym cię w jakieś miłe miejsce.

- Jacob… - zaczęłam delikatnie - Nie sądzę…

- Nie odmawiaj mi - znowu usłyszałam ten szept, jego, jak już wiedziałam, nie-tak-bardzo-wyjątkowy szept pełen namiętności.

Boże kochany, czy kobiety często się na to łapały, że ponawiał takie próby manipulacji emocjonalnej?

Pierwszy raz, kiedy jeszcze go nie znałam, może to było skuteczne, ale kolejne razy były tylko irytujące.

- Po prostu nie mam ochoty - wydobyłam w końcu z siebie, ale, niestety, poczułam się z tym źle.

Nie lubiłam sprawiać nikomu przykrości, nawet jeśli był to nachalny snob, który dzień wcześniej pokazał mi się jako zwykły egoista lub nawet egocentryk i próbował olśnić mnie piekielnie drogą restauracją, limuzyną z kierowcą i własną wspaniałością.

Znałam takich ludzi i nie lubiłam ich.

Tego typu ludzie nie byli mi dawniej obcy, chociaż zawsze to było gdzieś na pograniczu naszego życia.

Ale nadal źle się czułam, odmawiając mu takiego drobiazgu jak moje towarzystwo w czasie jakiejś tam kolacji.

- Nie miałem nadziei na to, że dzisiaj mi się uda, ale jeszcze spróbuję - niby zagroził Jacob, co może miało być w jego mniemaniu żartobliwe, ale dla mnie było realną groźbą.

- Jacob, naprawdę, nie potrzebuję tego. Proszę, nie dzwoń więcej - powiedziałam cicho.

- Dobrze, dam ci odpocząć. Jutro spojrzysz na to inaczej - usłyszałam jego absurdalną odpowiedź.

Mówiłam, że  nie słuchał, co się do niego mówi.

- Do usłyszenia, Eva - powiedział mi prawie radośnie i tym razem w duchu zajęczałam sfrustrowana.

- Żegnaj, Jacob - westchnęłam delikatnie i cicho, ale bez nadziei.

Wyłączyłam telefon i wreszcie się odwróciłam.

A potem przestraszona podskoczyłam w miejscu, krzyknęłam cicho i podniosłam rękę do gardła.

Za moimi placami milcząco, z opuszczoną brodą, stał Jimmy i patrzył na mnie spod oka z poważnym wyrazem twarzy.

- Hej - powiedziałam speszona i odwróciłam się, by wyciągnąć wreszcie moje torby z samochodu.

- Hej - wymamrotał Jimmy, po czym sięgnął zza moich pleców i złapał torbę turystyczną z mojej dłoni.

Puściłam ją, a później oglądałam, jak cofał się i zatrzaskiwał drzwi mojego samochodu, ciągle czując siłę i ciepło jego ciała.

- Zamknij - rozkazał mi.

Nacisnęłam pilota, zapiszczały zamki, odwróciliśmy się i razem ruszyliśmy w stronę budynku.

Byłam pewna, że przez cały ten czas miałam otwarte usta.

- Kto to jest Jacob - spytał swoje buty Jimmy dziwnym tonem, którego nie rozpoznawałam, idąc obok mnie w stronę schodów.

- Umm… - zamruczałam niepewnie.

Wreszcie uznałam, że to nic takiego i zdobyłam się na odpowiedź, odgarniając grzywkę i patrząc na niego bokiem.

- Szef Michała i Doroty - mruknęłam.

Przerwałam na chwilę.

- Poznałam go na garden party - dodałam.

A potem irracjonalnie, bo przecież go to nie obchodziło, poczułam nagłą potrzebę wytłumaczenia się, więc wyprostowałam się i zwróciłam w jego stronę, ciągle idąc, kiedy byliśmy już przy schodach.

- Przyczepił się do mnie. Nie chciał słuchać, kiedy mówiłam mu, że nie jestem zainteresowana - powiedziałam szczerze, ale niechętnie.

- A nie jesteś? - cicho zapytał Jimmy, cały czas patrząc pilnie pod nogi, kiedy zaczęliśmy się wspinać.

Zaniemówiłam na kilka sekund.

- Jimmy… - wyszeptałam w końcu, otwierając szerzej oczy, patrząc na niego i nie wiedząc co więcej mogłabym powiedzieć.

Byliśmy już prawie na górze schodów.

O wiele za szybko.

Jeszcze tylko dwa stopnie.

Desperacko myślałam, co powiedzieć.

Cokolwiek.

Chciałam jeszcze z nim tylko porozmawiać, więc otworzyłam usta, odwróciłam się do niego, ale oddał mi torbę.

- Dobranoc - rzucił krótko.

A potem odwrócił się i odszedł.

Poczułam się tak dziwnie samotna, opuszczona, że zaczęły mnie piec oczy.

Zamrugałam.

Nie myśleć o tym.

Powlekłam się, nagle zmęczona, w stronę swoich drzwi, weszłam, zamknęłam je na klucz.

Potem przebrałam się w dresy, jednocześnie robiąc sobie herbatę, a potem zadzwoniłam do dzieci, żeby powiedzieć im, że dojechałam.

Zadzwoniłam do Aleka, żeby uspokoić go, powiedzieć mu, że jestem z powrotem i umówić się na „opowiesz mi wszystko, kochaniutka”.

Przeszłam się po galerii, żeby przypatrzeć się moim kwiatom.

A potem wróciłam do mieszkania i zajęłam się pracą na laptopie.

Zadzwoniłam do Janet, by opowiedzieć jej o garden party i o Jacobie, ale nie zająknęłam się o spotkaniu z Jimmy’m.

Ale wciąż o tym myślałam.

Jutro od rana miałam zająć się rutynowymi już sprawami.

Więc postanowiłam nie myśleć o tym, czego nie mogłam mieć.

Tylko jakoś nie mogłam wydobyć uśmiechu na usta.

*****

Jimmy

Po pożegnaniu Evy Jimmy wszedł do swojego ciemnego, pustego mieszkania, zamknął drzwi na klucz i oparł się o nie czołem.

- Kurwa, pierdolony skurwiel, pieprzone piekło - wyszeptał.

Kiedy słuchał cholernie seksownego, niskiego głosu Evy, mówiącej łagodnie do telefonu Żegnaj, Jacob, miał wrażenie, jakby jego cały pieprzony świat się rozpadał.

Kurwa.

Eva wypowiadająca tak pięknie, nisko, seksownie jak cholera, łagodnie i delikatnie imię innego mężczyzny, sprawiała mu ból, jakiego się nie spodziewał, kiedy wiele dni temu postanowił pozwolić jej pójść własną drogą.

Nie powinien jej w tym cholernie przeszkadzać.

Powinni być tylko dobrymi przyjaciółmi.

Przyjaciółmi.

Jak dotąd.  

Powinna znaleźć sobie mężczyznę lepszego niż on.

Cholernie bogatego jebanego faceta, który zapewni jej pieprzone dobre życie, do którego najwyraźniej była przyzwyczajona.

Takiego, który nie miał takiego jak on popierdolonego bagażu i mógłby jej zapewnić spokój i szczęście.

Usunąłby smutek z jej oczu.

Faceta dobrego i łagodnego, bez gówna w przeszłości.

Bez napadów złości.

Bez popierdolonych ludzi, którzy by go otaczali.

Jimmy zajął się przygotowaniem sobie szybkiej kolacji z mikrofalówki, przebrał się w luźniejsze spodnie, usiadł przy blacie w kuchni, zjadł prosto z pojemnika i wyrzucił pojemnik do kosza.

Ale za każdym razem, kiedy myślał o jej mruczącym seksownie głosie, ciepłych, piwnych, mieniących się oczach, łagodnym uśmiechu i tych cholernie wspaniałych nogach, jęczał w duchu z pragnienia porwania jej w swoje ramiona i całowania do utraty tchu.

Do zmuszenia jej, by to jego imię mruczała, kiedy będzie dochodziła z jego kutasem w sobie.

Chciał zetrzeć z jej ust ten cień smutku i usłyszeć, jak się śmieje.

Szczerze i głośno.

Dla niego.

Nie delikatnie i cicho dla kogoś innego z jakiegoś gówna, jak to słyszał wiele razy, kiedy rozmawiała z cholernymi sąsiadami na pieprzonej galerii.

Chciał przytulać ją całą noc, aby nie budziła się o świcie i nie siedziała tak cholernie samotnie w pieprzonym oknie.

Sprawić, by czuła się bezpieczna.

Oglądał mecz, ale nie mógł się skupić.

Potem poszedł do łóżka, ale nie mógł spać.

Całą noc rzucał się w pustym, zimnym i samotnym łóżku.

Przez całą noc nie mógł spać, bo walczył z myślami, a potem nad ranem stwierdził wbrew sobie i swoim wcześniejszym postanowieniom - chrzanić to.

Podjął decyzję.

Postanowił, że ją zdobędzie.

Zacznie od drobnych spraw.

Odmówiła tamtemu.

Słyszał ciągle w głowie jej głos naprawdę, nie potrzebuję tego… nie jestem zainteresowana i obawiał się, że usłyszy to samo.

Ale musiał spróbować.

*****

Eva

Następnego dnia rano

Wstałam, kiedy zadzwonił mój budzik, bardzo wcześnie rano, po kolejnej prawie nieprzespanej nocy.

Nie mogłam spać, ponieważ przy każdej próbie snu budził mnie Jimmy: a raczej wspomnienia i wyobrażenia jego głosu, oczu i wyrazu twarzy.

Wspomnienie tego jak patrzył na mnie podczas naszego spotkania na schodach przed moim wyjazdem do Carson City.

I to, jak wyglądał, kiedy ostatnio spotkaliśmy się na parkingu.

Jego niski, ochrypły głos - A nie jesteś?

Więc zasypiałam na krótko i budziłam się.

Wyobrażałam sobie, śniłam o tym, że to Jimmy zaprosił mnie na kolację.

A potem całował do utraty tchu.

To się nie stanie.

Nie byłam w jego typie i wiedziałam o tym.

Nie miałam piersi ani tyłka.

Włosy mi ledwo odrosły.

Liczne zmarszczki na skórze przypominały o moim wieku.

On mógł mieć każdą.

Taki mężczyzna.

Nie myśleć o tym.

Był poniedziałek i Bert miał przyjść na śniadanie, więc jak tylko wstałam, umyłam się, lekko umalowałam, ubrałam się w czarne dżinsy i nowy, czerwony, obcisły t-shirt, który kupiłam w czasie wyprawy z Dorotą i boso poszłam do kuchni, by zrobić dla niego i dla siebie jajecznicę z kiełbaskami.

Alice nie pracowała w sobotę, więc miał swoją mamę poprzedniego dnia, ale dzisiaj chciałby się wygadać.

Wiedziałam o tym.

Drzwi zostawiłam otwarte, bo młody ostatnio energicznie wpadał bez pukania, pełnym pędem, radośnie krzycząc od progu - „Hej, Eva”.

Krzyczał przy tym od razu, pytając w biegu co jest na śniadanie i zarzucając mnie informacjami o szkole, kolegach lub różnych innych interesujących go sprawach.

Zwykle słuchałam go uważnie, by czasem coś doradzić, czasem coś przekazać Alice, ale mieliśmy „sztamę”, wiedział, że może mi powiedzieć wszystko, a ja nie wygadam, jeśli byłaby to jakaś tajemnica.

Tego dnia wszedł cicho, spokojnie, jak nie on, i usłyszałam - „Hej Eva”, ale wydawał się czymś dziwnie zajęty.

Byłam zaabsorbowana swoimi myślami, więc w ogóle nie podniosłam na niego oczu od patelni, na której mieszałam jajka.

Zawołałam - Chodź, jajecznica gotowa - i dopiero wtedy odwróciłam się i spojrzałam w stronę drzwi.

Bert wszedł tam z Jimmy’m.

Miałam obie ręce zajęte talerzami i to doprawdy był mały cud, że nie upuściłam ich z wrażenia.

Jimmy wyglądał świetnie.

Był ubrany w granatową bluzę termiczną z długimi rękawami i niebieskie dżinsy, które (jedno i drugie) doprawdy wspaniale podkreślały jego mięśnie.

I był nie ogolony.

Widywałam to już u niego wcześniej, ale zawsze, ale to zawsze wywoływało to we mnie jedno pragnienie.

By przyłożyć dłoń do jego szczęki i poczuć szorstkość jego policzka.

Uznałam, że nigdy się do tego nie przyzwyczaję.

Postawiłam oba talerze nieco zbyt głośno na blacie i, zmieszana, odwróciłam się do kuchenki.

Oparłam się na chwilę o blat obok niej, wciągnęłam uspokajający oddech, złapałam szklankę z sokiem dla Berta i odwróciłam się z powrotem do nich.

- Hej, Eva - powiedział delikatnie i cicho Jimmy, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem - przepraszam, że wpadłem bez zapowiedzi na wasze śniadanie, ale spotkałem Berta na galerii i weszliśmy razem.

- Nie ma sprawy - rzuciłam, starając się brzmieć swobodnie - chcesz jajecznicę?

- Jeśli masz więcej, chętnie - powiedział i zaskoczył mnie ponownie.

Nie wpadał do mnie nigdy dotąd na żaden poczęstunek.

Nawet na ciasta i mufinki przychodzili wszyscy, włącznie z chłopakami z ekipy remontowej (nawet Maggie była już u mnie), a Jimmy nie.

Podałam mu swój talerz i odwróciłam się do kuchenki.

- Sok czy kawa? - zapytałam go, wiedząc, że w Stanach ludzie nie pijali na śniadania herbaty, jak ja miałam w zwyczaju.

- A ty? - usłyszałam i obejrzałam się, by zobaczyć, że niezdecydowanie patrzył w talerz.

- To twoje śniadanie - dodał i podniósł wzrok na mnie.

- Zaraz sobie zrobię więcej - odpowiedziałam.

Natychmiast sięgnęłam po jajka i kiełbaski do lodówki.

Miałam jeszcze rozgrzaną patelnię, więc przygotowanie tych dwóch jajek dla mnie nie stanowiło problemu.

Martwiłam się tylko, że dla Jimmy’ego mogło to być zbyt małe śniadanie, bo przecież był dużym mężczyzną.

Więc odwróciłam do niego głowę znad rozbijanych jajek i otworzyłam usta.

Nie zdążyłam jednak zapytać go, czy chce coś więcej do jedzenia.

Kiedy jednocześnie z próbą odezwania się wlewałam rozbełtane jajka na patelnię, odezwał się Bert.

- Mamy dzisiaj opowiadać o hobby - rzucił, całkowicie nieświadomy tego, co się działo między nami.

Obejrzałam się na niego.

Wpychał sobie jajecznicę do buzi pełnym widelcem.

Na ten widok uśmiechnęłam się łagodnie i podałam mu gorącego tosta posmarowanego roztopionym masłem.

- Jedz wolniej - powiedziałam cicho i sięgnęłam w bok do blatu po rzodkiewki, które dla niego naszykowałam (a których zwykle nie zjadał).

Kiedy je kładłam na jego talerzu, poczułam dziwnie ciepły prąd płynący od strony Jimmy’ego.

Spojrzałam w jego kierunku i zobaczyłam dobre uczucie wypełniające jego piękne, niebieskie oczy, łagodne uniesienie kącików ust.

Jeszcze czegoś takiego nie widziałam w jego twarzy.

Jego wygląd zmienił się i teraz był taki piękny, że zaparło mi dech w piersi.

Pomyślałam, że zawsze był bardzo poważny.

Nigdy nie widziałam, żeby się śmiał, nawet jak opowiadał jakieś historie, które mogły być zabawne.

Może się uśmiechał, ale nie śmiał.

Złapałam się krawędzi blatu, żeby się nie przewrócić.

- Eva, co to jest hobby? - zapytał mnie Bert.

Zamrugałam gwałtownie, żeby oprzytomnieć.

- No, wiesz… hmmm… - zaczęłam, biorąc głęboki wdech i starając się skupić - …to jak coś zbierasz, co cię interesuje, albo dowiadujesz się więcej na jakiś temat, bo to lubisz.

- A ty masz hobby? - dopytywał się Bert.

Uśmiechnęłam się, już opanowana i skoncentrowana tylko na nim.

- No, tak - zastanowiłam się - Moim hobby są moje kwiaty, czytanie książek, poznawanie ludzi. Ale kiedyś zbierałam znaczki pocztowe, a mój syn zbierał kapsle od piwa.

- O, to fajne hobby - zachwycił się Bert. - Dużo piwa musiał wypić?

- No, nie. Te kapsle zbieraliśmy całą rodziną, on je porządkował i dowiadywał się skąd pochodziły - w tym momencie poczułam, że wkroczyłam na niebezpieczne tereny.

Przestałam się uśmiechać, opuściłam oczy i odwróciłam się po chleb tostowy, by wsunąć go do tostera.

Właśnie o tym nie chciałam myśleć.

Więc postanowiłam zmienić temat.

Odchrząknęłam.

- Jimmy, a jakie jest twoje hobby? - spytałam, odwracając się do kuchenki, nakładając sobie jajecznicę i biorąc tosta, który właśnie wyskoczył.

Jimmy przez chwilę milczał, więc odwróciłam się do nich z talerzem w dłoni i spojrzałam na niego pytająco.

- Baseball - rzucił krótko takim dziwnym, nieobecnym tonem i to było tak mało oryginalne, że odrzuciłam głowę do tyłu i wybuchnęłam cichym śmiechem.

Zapadła cisza, więc spojrzałam na nich.

Bert wpychał sobie jajecznicę i kiełbaski do buzi.

Ale Jimmy…

Jimmy patrzył na mnie z widelcem uniesionym do ust i taką fascynacją w oczach, że, speszona, zamilkłam.

- No, tak - wymamrotałam w końcu.

Milczeliśmy krótką chwilę, podczas gdy ja jadłam na stojąco, oparta biodrami o blat, trzymając talerz przed sobą i piłam swoją, już zimną, herbatę.

- No, tak… - powiedział Jimmy, a potem wyprostował się i dodał szybko - Cóż, wiem wszystko na temat wszystkich graczy i wszystkich meczy rozegranych przez Utes. Oglądamy je z kumplami na bieżąco. To…

Mówił dalej z taką pasją, że zapatrzyłam się na niego z otwartymi ustami, z widelcem zawieszonym w połowie drogi do ust.

Wyglądało na to, że dosłownie zapalił się do tego tematu.

Słuchałam z podziwem.

I była to kolejna, znowu inna, twarz Jimmy’ego, jakiej jeszcze nie znałam.

Oczy mu błyszczały, a twarz się ożywiła.

Nabrał powietrza i zamierzał mówić dalej, ale przerwał mu Bert, który skończył swoje jajka i kiełbaski i przełknął właśnie resztkę tostu.

- Więc mogę powiedzieć - zawołał - …że lubię koszykówkę, drużynę Utah Jazz i że przygotuję prezentację na jutro! - krzyknął, zeskoczył ze stołka, skierował się z talerzem i szklanką do zlewu, dodając jeszcze - Super, dzięki! - i nagle szybko zaczął się zbierać do wyjścia.

- Zaczekaj, lunch - krzyknęłam za nim.

Natychmiast wrzuciłam widelcem resztkę jajek do ust, szybko przełknęłam to i odstawiłam swój talerz do zlewu.

Złapałam jego pudełko na lunch z blatu obok i podałam je młodemu.

Potem złapałam jego talerz, wstawiłam go do zlewu,

- Odwożę go do szkoły - powiedziałam, odwracając się do Jimmy’ego.

- Okej. Mogę jechać z wami? - zapytał mnie Jimmy, patrząc na mnie i ponownie mnie zaskakując.

Również odstawił swój, pusty już, talerz do zlewu i wstał.

Odgarnęłam grzywkę, spojrzałam na Berta, który już był przy drzwiach i powiedziałam bardzo, bardzo głupio:

- Pewnie, czemu nie.

*****

Godzinę później

Właśnie wróciliśmy ze szkoły.

Powinnam była być mądrzejsza.

Jazda z Jimmy’m jako pasażerem mojego Priusa była stresująca.

Tak stresująca, że o mało nie wjechałam w pieszego, uciekającego przede mną na pasach, prawie zapomniałam skręcić do szkoły z głównej ulicy i miałam trudności z zaparkowaniem przy prawie pustym krawężniku.

Droga powrotna była o tyle mniej denerwująca, że nie siedział za mną, rozpraszający mnie gadaniem, Bert.

Ale i tak prawie hiperwentylowałam.

Kiedy wreszcie wysiedliśmy, Jimmy żartobliwie zapytał, jakim cudem nie miałam do tej pory żadnego mandatu ani stłuczki.

Więc w jakimś nieuzasadnionym, szalonym przypływie szczerości powiedziałam mu, że to przez niego, przez jego obecność.

Ciepło jego niebieskich oczu i delikatny uśmiech na jego pięknych ustach spowodowały, że bardzo, bardzo głupio brnęłam dalej.

Paplałam.

Powiedziałam, że miałam dużo szczęścia, bo droga zwykle bywa pusta i piesi uciekają na chodnik, jak tylko dowiadują się, że mam jechać tą trasą, a szkołę przestawiają tam, gdzie akurat danego dnia trafię.

Dodałam, że czasem biegł przede mną sygnalista z płonącą pochodnią, by ostrzegać wszystkich, że wyjeżdżałam na drogę.

Że mój samochód był wyposażony w specjalny system, dający policji znać, że wyjeżdżałam z parkingu, by czuwali w pogotowiu, jeśli coś bym narozrabiała.

Te moje głupkowate, bezmyślne żarciki, wyrzucane jakbym nie miała wszystkiego równo pod sufitem, dały mi w końcu głośny, szczery śmiech Jimmy’ego.

Pierwszy głośny, szczery śmiech, jaki kiedykolwiek od niego słyszałam.

Więc patrzyłam i słuchałam z fascynacją, dopóki nie skończył.

I postanowiłam starać się o to częściej, bo to było tak, jakby mu odjęto kilkanaście lat, jakby był o kilkanaście lat młodszy.

Był zawsze bardzo przystojny.

Śmiejąc się był przepiękny.

Byliśmy na schodach przed drzwiami naszych mieszkań.

Nie chciałam się rozstawać, ale każde z nas miało swoje zajęcia.

Jimmy wyglądał jakby on nie chciał się rozstawać i żałował, że ma jakiekolwiek zajęcia.

- Umm… - wymamrotałam, odwróciłam na chwilę wzrok i odgarnęłam nerwowo grzywkę.

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że Jimmy stał bliżej mnie.

Dużo bliżej niż zwykle.

- Dzisiaj wieczorem idę do pracy, ale jutro chciałbym cię zabrać gdzieś na kolację - powiedział cicho, ale zdecydowanie, a ja zamarłam na ułamek sekundy.

To już drugi mężczyzna zaprosił mnie na prawie-randkę w ciągu ostatnich kilku dni.

Tyle tylko, że o zaproszeniu Jimmy’ego marzyłam od dawna.

Śniłam o tym.

- Dobrze - natychmiast odpowiedziałam szeptem.

- Dobrze? - spytał Jimmy na wydechu, prostując się, jakbym go zaskoczyła.

- No… t-tak. - powiedziałam zmieszana.

Jeśli nie chciał, bym się zgodziła, to po co pytał?

- Wspaniale - wyszeptał z uczuciem, a jego oczy się rozjaśniły takim cudownym blaskiem.

Jakby… prawie jakby był… szczęśliwy?

Nie mogłam patrzeć na to spokojnie.

Poczułam jak gorąco uderzyło mi na policzki.

Spuściłam głowę i wymamrotałam do swoich butów - To na razie.

- Tak, na razie, Eva. - niskim, schrypniętym głosem powiedział Jimmy i podniosłam głowę, by zobaczyć, że był jeszcze bliżej.

I był bardzo blisko mnie.

Ponownie miałam to dziwne uczucie, że pocałuje mnie na pożegnanie, jakby to było coś, co robiliśmy zawsze, od lat.

Zauważyłam, że mam rozchylone usta i dyszę lekko.

A on odwrócił się i odszedł.

Poszłam do swojego mieszkania.

I, opierając się o nie z uśmiechem jak zakochana nastolatka, uznałam, że uwielbiałam, jak wymawiał moje imię takim schrypniętym głosem.

*****

Dwadzieścia cztery godziny później

Właśnie wróciłam ze szkoły po odwiezieniu tam Berta i nie zdążyłam nawet wejść do końca do mieszkania, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.

Uch!

Miałam zamontować dzwonek.

Wyjrzałam przez wizjer i zobaczyłam, że stał tam Jimmy.

Otworzyłam je, a on wyglądał, jakby czatował na mnie, wracającą ze szkoły, jakby wiedział, że dopiero weszłam.

- Hej, Eva. Przepraszam, ale nici z dzisiejszego wyjścia. Muszę coś załatwić - powiedział i brzmiał, jakby naprawdę żałował.

- Och, trudno - wymamrotałam, naprawdę tego żałując.

Wciągnęłam powietrze do płuc, żeby się uspokoić.

- …innym razem? - zapytałam z nadzieją, starając się nie brzmieć jakbym miała nadzieję i postarałam się uśmiechnąć.

Włożyłam włosy za ucho i opuściłam głowę, by ukryć swoje rozczarowanie.

Nie byłam bowiem pewna, czy to odwołanie nie znaczyło, że zaproszenie było tylko rodzajem sąsiedzkiej, przyjacielskiej troski o samotną kobietę, a niespodziewane zajęcie było ulgą i mile wyglądaną wymówką na wycofanie się.

- Jutro rano idę do pracy i wrócę po szóstej wieczorem. Chyba będzie za późno na kolację, więc może umówimy się na sobotę? - powiedział, a kiedy to usłyszałam, podniosłam gwałtownie głowę i spojrzałam na niego, czując radość wypełniającą mi serce.

Uśmiechnęłam się.

- Tak, dobrze - zgodziłam się zbyt gorliwie, ale nie dbałam o to.

Ucieszyłam się, że to zrobiłam, kiedy zobaczyłam jego radosny uśmiech.

Był taki miły.

- To do zobaczenia - powiedział jeszcze - Muszę iść.

I zrobił krok do tyłu.

- Och. Okej - odparłam i wycofałam się do mieszkania.

Patrzyłam jeszcze, jak się odwracał od moich drzwi, a potem powoli, delikatnie zamknęłam je i przekręciłam w nich klucz.

*****

Cztery i pół dnia później

Czekałam na Jimmy’ego w swoim mieszkaniu.

Z mojego okna widywałam go, tak jak poprzednio, wychodzącego do samochodu i wracającego z pracy.

Spotkałam go raz na schodach, a raz na galerii.

W przelocie.

Wymieniliśmy kilka uśmiechów (bardzo miłych uśmiechów) i zwykłych, uprzejmych (chociaż bardzo uprzejmych) słów.

Nic nadzwyczajnego.

Jak to znajomi, a może prawie przyjaciele.

Może z wyjątkiem jednej bardzo uprzejmej sąsiedzkiej pomocy.

Widzicie, do Carson City jechałam w kurzu, do Denver raz w deszczu, a po Salt Lake City też jeździłam w różnych warunkach atmosferycznych.

Mój Prius był brudny.

Pojechałam do myjni i umyłam go w niej po przyjeździe od moich dzieci, ale stało się coś jeszcze.

Otóż wycieraczki w moim aucie w czasie tych dwóch dalekich i kilku śródmiejskich wypraw (chociaż było to duże miasto) pracowały jak szalone.

Zużyłam więc cały płyn do spryskiwaczy i musiałam go uzupełnić.

Umiałam to zrobić sama i nawet nie przyszło mi do głowy, żeby jechać do serwisu czy na stację benzynową, żeby ktoś to zrobił za mnie.

Więc kupiłam odpowiedni płyn w Wallmarcie i któregoś dnia na parkingu przy kompleksie otworzyłam klapę maski, by to zrobić.

Byłam nachylona nad silnikiem i mocowałam się z korkiem wlewu, kiedy usłyszałam, jak podjeżdżał Highlander.

Wychyliłam się i wyjrzałam dookoła podniesionej maski mojego auta, więc zobaczyłam, jak wysiadł z niego Jimmy.

Wyprostowałam się i poczułam ciepło koło serca.

Zatrzasnął swoje drzwi, zapiszczał w zamki i obszedł mój samochód, a ja uśmiechnęłam się na powitanie.

Podszedł do mnie.

- Hej, Eva - przywitał się, patrząc mi w oczy z lekkim uśmiechem.

- Hej - przywitałam się i w ostatniej chwili powstrzymałam dłoń od podniesienia się do włosów.

Nie mogłam ich odgarnąć, skoro miałam rękę prawdopodobnie usmarowaną brudem z auta.

- Jakiś problem? - zapytał Jimmy, nachylając się nad silnikiem mojego Priusa obok mnie.

- Nie - odsunęłam się o pół kroku, trochę speszona jego bliskością, chociaż bardzo chciałam być bliżej niego.

Był spocony, jakby wrócił z siłowni, a ja chciałam się zaciągnąć jego męskim zapachem.

Obawiałam się jednak, że zechciałabym wtedy...

O Boże, o czym ja myślałam!

- Tylko uzupełniam płyn do spryskiwaczy - wyjaśniłam głosem, w którym chrypka dawała znać (może tylko mi), że ogarniało mnie podniecenie.

- Daj - wyciągnął rękę i zabrał mi butelkę z płynem.

- Mogę sama… - próbowałam oponować.

Zanim się obejrzałam, płyn był dolany, korek na pojemniku zakręcony, a maska zatrzaśnięta.

- Dzięki - wymamrotałam.

- Nie ma za co, to męskie zadanie - stwierdził Jimmy, a ja nie powiedziałam mu, że zwykle robiłam to sama i że robiłam to sama przez dziesięć lat, skoro mieszkałam z dala od męża.

- Idziemy? - zapytał i odwrócił się w stronę schodów.

- Och… tak - odpowiedziałam jeszcze bardziej speszona.

- Zamknij - rozkazał.

Nacisnęłam pilota, zapiszczały zamki i poszliśmy.

Bardzo chciałam coś powiedzieć.

Nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć lub o co zapytać, żeby nie wyjść na natrętną czy wścibską.

Wracał w środku dnia i nie wiedziałam skąd, ale to nie była moja sprawa, nawet jeśli byliśmy prawie przyjaciółmi.

Więc po prostu szłam obok niego bez słowa.

Jimmy najprawdopodobniej czuł to samo, bo zerkał na mnie spod oka, ale nie odzywał się więcej.

Poszliśmy potem razem na górę, ale tam pożegnaliśmy się, rozeszliśmy się do swoich zajęć i nie widzieliśmy się więcej tego dnia.

Nie wiedziałam, co o tym wszystkim miałam sądzić.

Za to Jacob dzwonił do mnie kilka razy dziennie, by przekonać mnie swoim natręctwem i umówić się ze mną na kolację.

Rozmawiałam o Jacobie z Janet, a ona, niestety, będąc dobrą przyjaciółką, bardzo namawiała mnie na tę kolację.

Cały czas powtarzała mi, że muszę ruszyć naprzód, znaleźć sobie mężczyznę, a ja nie powiedziałam jej o Jimmy’m.

Również Alekowi i Samowi nie powiedziałam, że umówiłam się i wychodzę z Jimmy’m na prawie-randkę, bo by ześwirowali ze szczęścia.

Wiedziałam to.

Już dawno mówili o takiej możliwości i nie drążyli tematu tylko przez to, że nie powiedziałam im o swoim poprzednim życiu, a oni czuli, że coś było nie tak.

Nie mogli zrozumieć tego, że nie byłam w typie Jimmy’ego, więc to nie mogło się wydarzyć.

A nawet jeśli, to będzie tylko przyjacielskie spotkanie dwojga sąsiadów.

Dlatego też na to wyjście ubrałam się w jedną ze swoich starych trochę-wyjściowych / prawie-codziennych sukienek.

Większość na mnie nie pasowała, więc je oddałam lub wyrzuciłam jeszcze przed wylotem.

Ta była stosunkowo nowa, bardzo prosta, elastyczna, przylegająca do ciała (teraz luźno), bez rękawów, z małym, okrągłym dekoltem i sięgająca do kolan i z rozcięciem z tyłu.

Jej jedyne ozdoby stanowiły ciekawie wykończone czarnymi nićmi zaszewki przy biuście, dekolcie, w talii i na dole.

Jej szary kolor czynił ją prawie srebrną, więc dodałam do niej srebrny, modernistyczny w kształcie naszyjnik i czarne sandałki na niezbyt wysokim obcasie, które kupiłam na garden party Michała i Doroty.

I czarną torebkę, chociaż inną niż wtedy.

Było bardzo ciepło, więc nie zabierałam swetra ani żakietu.

Jimmy wpadł do mnie wcześniej i powiedział, że przyjdzie po mnie o piątej, bo rezerwacja jest na piątą trzydzieści, a podobno mieliśmy dojechać.

Potem znowu zadzwonił przeklęty Jacob i znowu próbował się ze mną umówić na kolację.

Stałam przed lustrem w łazience i próbowałam poprawić swój makijaż.

Nie dość, że nie umiałam tego zrobić, ze zdenerwowania trzęsły mi się ręce i bałam się, że Jimmy’emu nie spodobałoby się, jeśli bym przesadziła.

Wydawało mi się, że lubił, kiedy byłam umalowana delikatnie tak, jak malowałam się na co dzień, a z jakiegoś powodu chciałam, żeby on to lubił.

Kiedy usłyszałam pukanie do drzwi i dosłownie podskoczyłam, czując, że serce próbowało wyskoczyć mi z piersi.

Psiknęłam raz perfumami, odrzuciłam flakonik na półkę, podniosłam lekko palcami włosy, pobiegłam tam, z rozmachem otworzyłam swoje drzwi i zobaczyłam Jimmy’ego.

I zabrakło mi tchu.

Był taki przystojny!

Był ubrany w ciemne dżinsy, lekki, niebieski sweter z dekoltem w serek, z rękawami podciągniętymi do łokci i czarne sportowe buty.

Jego krystalicznie niebieskie oczy zabłyszczały wesoło na widok mojego zauważalnego podekscytowania.

Wyglądał tak męsko i seksownie, że zaschło mi w ustach.

Chrząknęłam i powiedziałam - Hej.

Stał na lekko rozstawionych nogach, trzymał ręce w tylnych kieszeniach spodni i zjeżdżał wzrokiem od góry do dołu mojej sukienki.

Potem spojrzał mi w oczy i powiedział cicho - Hej, mała. Zanim otworzysz drzwi, mogłabyś zapytać kto tam lub, lepiej, spojrzeć przez wizjer.

No tak, mogłabym, ale dzisiaj nie miałam do tego głowy.

Na dodatek nie chciałam myśleć o tym, jak się czułam, kiedy Jimmy nazywał mnie „mała”, co mogło być ot tak rzucone, ale wiedziałam, że często było uznawane za czułostkę.

- Tak - powiedziałam głupio, odgarnęłam grzywkę i odwróciłam się - Mhm. Wezmę tylko torebkę.

Zabrałam ją, otworzyłam, by sprawdzić, czy wszystko do niej spakowałam, wzięłam klucz i wyszłam za próg swojego mieszkania.

Jimmy wziął klucz z mojej ręki i zamknął nim moje drzwi.

Potem oddał mi klucz, schowałam go do torebki, a on ujął mnie pod łokieć i poprowadził w stronę schodów.

Pomyślałam wtedy, że właściwie nigdy mnie nie dotykał.

A pomyślałam o tym, bo poczułam jego lekki dotyk na całej skórze.

Jak rozchodzące się fale elektryczności.

O Boże!

Z całej siły skoncentrowałam się na miarowym oddychaniu i stawianiu kroków na stopniach tak, by się nie potknąć.

Nie mogłam myśleć o niczym innym, jak tylko o jego cudownie męskich, długich i silnych palcach, dotykających mojego nagiego łokcia.

Kiedy wreszcie doszliśmy do jego Highlandera puścił mnie, otworzył drzwi swojego samochodu, a następnie podał mi rękę i pomógł mi wsiąść.

Usiadłam na siedzeniu pasażera, zapinałam się pasem i wreszcie mogłam zebrać myśli, by uspokoić się trochę.

Jego samochód w środku pachniał nowością i mężczyzną.

Seksownie.

Kiedy Jimmy wsiadł za kierownicę i uruchomił silnik, spojrzałam na niego i zapytałam - Dokąd jedziemy?

Jimmy spojrzał w moją stronę, tajemniczo się uśmiechnął i odpowiedział tym swoim cudownie niskim głosem - Niespodzianka.

A potem zarzucił prawe ramię na oparcie mojego fotela, by spojrzeć do tyłu, wymanewrował i wyjechał z parkingu.

Pytał mnie o drogę do Carson i o to, jak przebiegało tamto garden party, ale robił to delikatnie, bez nacisku.

Powiedziałam mu o tym kilka słów, a on nie dopytywał się, kiedy zbyłam jakimś ogólnikiem temat Jacoba.

Jednak, kiedy przyznałam się, że byłam z nim następnego dnia na brunchu, Jimmy zacisnął zęby i zobaczyłam mięsień drgający na jego szczęce.

Więc o tym również więcej nie mówiłam.

Chciałam go lepiej poznać, więc zapytałam go o jego pracę, o to, z kim oglądał mecze Utes.

Odpowiedział mi na to krótko, nie rozgadując się o sobie, ale też bez robienia wielkiej tajemnicy.

Pytałam o inne niż zwiedzane przez nas dotąd, ciekawe miejsca z Salt Lake, o których czytałam w Internecie, a które chciałam zobaczyć, o szlaki górskie i dowiedziałam się, że również po nich jeździ rowerem tak jak po szlakach miejskich.

Przyznałam, że chciałabym kiedyś tego spróbować.

Rozmowa była prosta i lekka.

Żartowaliśmy oboje z siebie, droczyliśmy się na tematy, które wiedzieliśmy, że możemy poruszyć.

Żadne z nas nie wspomniało o naszych rodzinach.

To było jak swobodna pogawędka z przyjacielem, chociaż może nie nazbyt bliskim, ale zawsze.

Czułam się całkiem inaczej niż z Jacobem.

Bez porównania.

Jimmy jechał wolno, ale nie ślamazarnie, prowadząc samochód pewnie, zwracając uwagę na drogę, ale co chwilę odwracając się do mnie.

Czułam się bezpiecznie.

Widziałam jego piękny uśmiech, jego ręka co chwilę lądowała blisko mojej na podłokietniku między siedzeniami.

Miałam ochotę wsunąć swoje palce miedzy jego, poczuć ciepło jego dłoni.

Było mi bardzo dobrze.

Po piętnastu minutach zaparkowaliśmy na sporym parkingu przed niską, szarą restauracją Bricks Corner.

I prawie oszalałam ze szczęścia, więc wciągnęłam powietrze do płuc.

O Boże kochany!

Czytałam o niej dużo dobrego w Internecie, kiedy szukałam jakiejś godnej polecenia restauracji z włoskim jedzeniem.

Miała świetne recenzje.

Zwłaszcza jej kucharz, Chef Josh.

Ludzie pisali w Internecie peany na jego cześć i to nie tylko na ich stronie, co mogłoby być ustawione, ale również na innych forach.

Bardzo lubiłam włoskie jedzenie i sama robiłam niektóre dania.

Wiele osób z tych, którzy mieli okazję go spróbować, zachwalało moje spaghetti bolognese, do którego sos robiłam sama od podstaw.

Jimmy wysiadł pierwszy, obszedł maskę auta, kiedy siedziałam i patrzyłam na niego, czekając, by mi otworzył i pomógł wysiąść nie dlatego, bo nie dałabym rady sama zejść, ale dlatego, że tak byłam nauczona, by robić.

Wysiadłam, opierając się na jego dłoni, a potem czekałam, żeby Jimmy zamknął samochód, podał mi rękę i poszliśmy razem przez niewielki parking w stronę drzwi wejściowych.

Czekałam na okazję, żeby opowiedzieć o tym, co wiedziałam o tej restauracji, ale wciąż coś się działo obok nas.

Jimmy uśmiechał się na widok mojego oczywistego podekscytowania, ale nie zdążyłam mu powiedzieć o przeczytanych recenzjach, kiedy już dotarliśmy do drzwi.

Zastanawiałam się, dlaczego przyjechaliśmy tak wcześnie, bo do rezerwacji mieliśmy jeszcze dobre piętnaście minut, ale uznałam, że albo Jimmy sądził, że się spóźnię, albo pomyślał, że droga mogła zająć nam więcej czasu, a może po prostu lubił być wcześniej.

Kiedy przechodziliśmy przez drzwi, Jimmy nagle, trochę dziwnie, złapał się za tylną kieszeń spodni i odwrócił się do mnie przodem.

- Zostawiłem telefon w samochodzie, zaraz wrócę - stwierdził, a po czym, nie czekając na moją reakcję, wyszedł i zostawił mnie tam samą.

Byłam tym bardzo zaskoczona, ale w tej samej chwili znalazła się koło mnie hostessa i pytała w czym mogła pomóc.

Odgarnęłam grzywkę, obejrzałam się i powiedziałam:

- Umm… zdaje się, że mamy rezerwację na nazwisko Spark.

Nazwisko Jimmy’ego usłyszałam przypadkiem kiedyś od Dominika, ale nie byłam całkiem pewna, czy to było jego nazwisko.

Kiedy się odezwałam, okazało się, że usłyszał mnie zażywny, czerwony na twarzy jegomość w fartuchu, który przechodził obok nas.

- Jesteś z Jimmy’m! - wykrzyknął do mnie niezrozumiale entuzjastycznie - Emily, dla tej wyjątkowej pary naszykowaliśmy nasz najlepszy stolik.

Podszedł do mnie tak szybko, że nie zdążyłam nic zrobić, wziął mnie za rękę i prawie zaczął ciągnąć w stronę sali.

- Już jest przygotowany. Zaprowadzę cię - mówił z wyraźnym akcentem.

Zawahałam się i nie drgnęłam.

- Jimmy poszedł do SUV’a - powiedziałam - powinnam...

- Och, nie szkodzi, mia cara, - przerwał mi - znajdzie nas. Jimmy jest mio amico. To najlepszy człowiek na świecie. - jegomość mówił, a właściwie krzyczał, cały czas ciągnąc mnie za rękę w stronę stolików.

Nie miałam wyjścia, musiałam pójść za nim, jeśli nie chciałam się z nim szarpać publicznie i robić widowiska.

Emily szła za nami, uśmiechając się, jakby bywała już świadkiem takich głośnych scen, takich jego wybuchów.

Jakby to było normalne.

- Jestem Alberto, Jimmy bohatersko uratował naszą małą kuchnię przed całkowitym i nieuchronnym spaleniem się do cna. To byłaby prawdziwa tragedia! - mówił bez przerwy, a ja zaczęłam uważniej słuchać (bo chciałam jak najwięcej usłyszeć o Jimmy’m), chociaż nadal oglądałam się w stronę drzwi.

- Dosłownie! - kontynuował - Rzucił się na ratunek w pojedynkę, zanim przyjechała jakakolwiek straż, a nie był wtedy nawet na służbie. Pomagał nam później bardzo w uporządkowaniu wszystkiego. Działamy od 2012 roku, a wtedy zanosiło się, że będziemy musieli zamknąć. To byłoby nieszczęście! Poczekaj aż Chef Josh dowie się, że jesteście - trajkotał Alberto nieustannie, więc nie miałam okazji wtrącić choćby jedno słowo.

Chciało mi się niekontrolowanie, histerycznie chichotać, bo to było śmieszne, ale jednocześnie zwalczałam chęć panicznej ucieczki.

Ciągle oglądałam się w stronę drzwi wejściowych, w których, szczęśliwie dla mnie, właśnie pojawił się powracający Jimmy.

Patrzył na mnie i to mnie rozproszyło.

Nagle usłyszałam - Llascia che ti guardi,(pokaż mi się) - i poczułam, że Alberto rozłożył mi szeroko ręce, trzymając mnie za nadgarstki.

Czułam się skrępowana.

Bardzo.

Wiedziałam, jak wyglądałam, więc taka parada tylko bardziej mnie peszyła.

Odsunął się, a potem zakręcił mną w miejscu i cały czas pokrzykiwał - Sei così bella (jesteś taka piękna).

Ja?

Bella?

Och, chyba nie!

- Jimmy! - krzyknął nagle na całą salę, więc rozejrzałam się, czując, że na policzki wypłynął mi rumieniec - ona jest cudowna!

- Alberto, może mógłbyś jej nie straszyć. - sugestywnie powiedział do niego Jimmy, podchodząc, biorąc mnie za rękę i prowadząc w stronę krzesła.

Odsunął je, pomógł mi zająć miejsce i podszedł do jegomościa.

Usiadłam, ale nadal patrzyłam z niepokojem w stronę Alberto, będąc niezbyt pewna, czy go lubiłam, bo był nieco zbyt wylewny.

Rozkładałam sobie na kolanach płócienną serwetkę i oglądałam zwyczajowy pokaz szczerej męskiej przyjaźni.

Uściskali sobie z Jimmy’m prawe dłonie, przyklepując je lewymi, potem objęli się ramionami i jednocześnie poklepali dłońmi po plecach, pomamrotali sobie do ucha, a potem Alberto wreszcie zawołał:

- No, dobrze, zostawię was pod opieką Emily - i odszedł.

Emily zostawiła nam menu, ale - skoro byłam w prawdziwej włoskiej restauracji - wiedziałam, co będę chciała zjeść, więc nie zajrzałam do niego.

- Więc prywatnie też ratujesz ludzi i ich dobytek - zagadnęłam Jimmy’ego, ustawiając szklankę z wodą obok mojego nakrycia.

- Ach ten Alberto, gaduła. Przywiozłem cię tu, bo to najlepsza włoska restauracja w mieście, ale miałem nadzieję, że go dzisiaj nie będzie - odparł Jimmy i wyglądał na skrępowanego.

Nie miałam nic przeciwko temu, by poznawać go przez oczy innych ludzi.

To zawsze daje lepszy, bardziej obiektywny obraz osoby, niż dowiadywanie się od niej samej lub nawet własne obserwacje.

Miałam potwierdzenie tego, co zauważałam wcześniej, że Jimmy był naprawdę dobrym człowiekiem.

I skromnym.

Przyszła Emily i zamówiłam lasagne i czerwone wino, a Jimmy zamówił carpaccio i rigatoni.

Potem przyszedł do nas przywitać się szef kuchni, Chef Josh, znowu witał się z Jimmy’m wylewnie i głośno (ponownie z klepaniem po plecach), a ze mną ciszej, poprzez uścisk dłoni i, na końcu, po wymianie kilku słów, przez niskie pochylenie się w moją stronę z takim gorącym błyskiem w oku, że spojrzałam na Jimmy’ego zażenowana.

Ja tylko powiedziałam mu, co czytałam o jego wybitnej kuchni i mojej radości z możliwości skosztowania tego, co ugotuje.

Przecież to była prawda.

A potem odszedł, życząc nam buon appetito.

Czekając na nasze dania, rozmawialiśmy.

Ja opowiedziałam Jimmy’emu o mojej przyjaźni z Janet, o tym jak się poznałyśmy, jak wyglądało nasze spotkanie w Denver i drugie tutaj, kiedy przyjechała mnie odwiedzić i zwiedzałyśmy atrakcje Salt Lake City, o naszej historii.

Również o moich tłumaczeniach i fascynacji literaturą.

W trakcie tego odstałam swoje pinot noir, więc zanurzyłam w nim wargi, kiedy Emily stawiała na naszym stole koszyk ze sztućcami.

Wino było pyszne.

Jimmy opowiedział mi o swojej pracy w straży (chociaż niezbyt dużo) oraz kilka zabawnych anegdotek o swoich kumplach.

A opowiadał o nich tak ciepło i dowcipnie, że zapragnęłam ich poznać.

 Kiedy mu to szczerze powiedziałam, bez namysłu stwierdził, że powinnam go kiedyś odwiedzić w ich remizie.

Jego miała numer 13, dokładniej FS 13.

Nie mogłam się doczekać.

Kiedy o tym mówił, przyniesiono do stolika nasze dania.

Nie myśląc o tym, co robiłam, pochyliłam się nad swoim talerzem, powąchałam danie, obejrzałam je i zamruczałam z zachwytem.

Kiedy oblizywałam wargi, rozejrzałam się, bo poczułam dziwne skupienie na mnie czyjejś uwagi.

O Boże, co mnie napadło?!

A wtedy zobaczyłam, że Chef Josh wyglądał przez okienko w drzwiach kuchni i uśmiechał się do mnie z zadowoleniem.

Szeroko uśmiechnęłam się do niego w odpowiedzi i podniosłam kciuk, żeby mu pokazać swoje zadowolenie.

A potem wyjęłam widelec i nóż z koszyczka, skosztowałam i zamknęłam z zachwytu oczy (chyba zamruczałam z zadowolenia - no dobrze, to było krępujące, ale nie mogłam się powstrzymać).

Niebo w gębie.

Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam rozbawiony i zafascynowany wzrok Jimmy’ego, a w okienku drzwi do kuchni, super zadowoloną twarz Chef’a Josha.

No dobra, to było krępujące.

Poczułam gorąco wypływające na moje policzki, więc, żeby to ukryć, uśmiechnęłam się krzywo do nikogo, opuściłam głowę i zajęłam się jedzeniem.

A potem już jedliśmy i rozmawialiśmy bez większych sensacji.

Nie czułam się skrępowana, kiedy Jimmy, na moje zachwyty pysznym lasagne, pochwalił swoje carpaccio i dał mi je do spróbowania ze swojego widelca.

Mhm, również przepyszne.

Nie czułam się skrępowana, kiedy, w odpowiedzi, chwaląc lasagne, poczęstowałam go ze swojego widelca i popatrzyłam na jego piękne, seksowne wargi, zaciskające się na nim, a potem czubek języka, wysuwający się, by je oblizać.

To było właściwe, naturalne, przyjacielskie, chociaż bardzo seksowne.

W trakcie tej ożywionej rozmowy, umawiając się na kolejną wędrówkę, wymieniliśmy się numerami telefonów.

To wyszło tak jakoś naturalnie.

Po przyjacielsku.

Jako konsekwencja tego, co sobie mówiliśmy, więc nie poczułam się ani przez moment skrępowana.

Zamówiliśmy desery.

Skusiłam się na tiramisu, a Jimmy wziął pana cotta.

Do tego prawdziwe włoskie espresso.

Znowu jedliśmy ze swoich talerzy, śmialiśmy się i przekrzykiwaliśmy.

A potem, o wiele za wcześnie, nadszedł czas wyjścia z restauracji.

I dopiero wtedy zauważyłam, że z kąta obserwował nas Alberto, uśmiechając się szczęśliwie i dobrotliwie.

Więc uznałam, że może go polubiłam.

*****

Trochę później tego wieczoru

To było po kolacji i po przyjechaniu do naszego kompleksu mieszkalnego.

Weszliśmy po schodach, w trakcie czego Jimmy asekurował mnie dłonią położoną na dole moich pleców, co spowodowało, że było mi ciężko oddychać.

Staliśmy pod moimi drzwiami, a ja, dochodząc do siebie po jego dotyku, dziękowałam Jimmy’emu za kolację i cudowne towarzystwo.

Jimmy powiedział dobranoc, ale nie odchodził.

Stał bardzo blisko mnie, a ja znowu miałam to przemożne uczucie, że zaraz mnie pocałuje.

Więc odwróciłam się, schyliłam głowę i wyjęłam klucz.

Kiedy przekręciłam klucz w zamku, wyjęłam go, by otworzyć drzwi i wejść, podniosłam ponownie głowę, żeby mu powiedzieć dobranoc i wtedy zauważyłam, że był jeszcze bliżej mnie.

Tuż obok.

A potem, o, Boże kochany, złapał mnie jedną ręką za talię, a drugą za tył mojej głowy i przyciągnął mnie do siebie.

Oparłam obie ręce (jedną z zaciśniętym w garści kluczem) na jego ramionach, trzymając się rozpaczliwie.

Popatrzyłam mu w oczy, rozchyliłam usta w strachu, radości, oczekiwaniu, rozpaczy i zachwycie.

Chciałam tego i bałam się.

A potem Jimmy się pochylił, ciągnąc moją głowę do siebie.

Nasze usta złączyły się gwałtownie w pocałunku, który nie był słodki ani delikatny.

Był namiętny, gorący, naglący, głodny.

Odsunęliśmy się od siebie tylko na parę sekund.

Jimmy zdjął rękę z mojej talii, sięgnął w bok do moich drzwi, otworzył je i wepchnął mnie tyłem do środka.

Potem kopniakiem zatrzasnął drzwi za sobą, sięgnął ręką, by zamknąć zasuwę, a później wpił się znowu w moje usta, kiedy upuściłam z trzaskiem klucz na podłogę i toczyliśmy się po ścianach w kierunku sypialni, nie przerywając pocałunku.

Nikt nigdy tak mnie nie całował.

Chciałam tego.

Dążyłam tam.

Tak dawno tego nie miałam.

Więc rzuciłam torebkę na podłogę w progu sypialni i zaczęłam szarpać sweter Jimmy’ego w górę, aż podniósł ramiona, ściągnęłam go przez jego głowę i miałam dostęp do jego nagiej, gładkiej, gorącej skóry.

Nie miał włosków na klatce piersiowej.

Może kilka.

Przyłożyłam tam dłoń z rozłożonymi palcami i przesunęłam je do bicepsów, cały czas wodząc oczami za moją ręką.

Oblizałam wargi.

Wtedy znowu mnie pocałował.

O Boże kochany!

Wspaniałe!

Poczułam jego obie dłonie na plecach, a potem suwak sukienki zjechał na dół i usta Jimmy’ego znalazły moje nagie ramiona.

Sukienka zsunęła się na podłogę i zostałam tylko w bieliźnie.

O… Boże kochany!

Gorące!

Jimmy odsunął się na tyle, żeby na mnie spojrzeć z góry i zaczęłam dyszeć.

I znowu mnie objął i całował.

Czułam jego język głęboko w ustach, mój język owijał jego i tańczył.

Nie wiedziałam nawet, że tak umiałam.

Potem nagle, nie wiedziałam w jaki sposób, byliśmy w przy łóżku i łydkami uderzyłam w nie, więc usiadłam.

Miałam jego pasek na wysokości oczu, więc zaczęłam go szarpać.

Pomógł mi.

O Boże kochany!

Tak!

Po sekundzie stał przede mną w samych bokserkach, w których było ciekawe wybrzuszenie, a potem oparł kolano na łóżku i musiałam się położyć, wiec nic nie widziałam.

Całował mnie po szyi, po ramionach, a potem zsunął jedno ramiączko stanika, wodząc za nim ustami.

Czułam pod palcami cudowne, silne mięśnie opinające jego żebra.

Fantastyczne!

Poczułam delikatne muśnięcie warg na górze piersi, a potem drugą jego dłoń na drugim ramieniu, gdy zsuwał drugie ramiączko stanika.

O Boże kochany!

Tak, tak, tak!

Odgięłam głowę do tyłu i zajęczałam.

Gorąco uderzyło mi między nogi i całe moje ciało się napięło.

 Jimmy sięgnął za moje plecy, lekko się obróciłam, rozpiął mi stanik i uwolnił moje piersi, cały czas całując mnie, potem zsuwając usta coraz niżej, po mojej szyi, dekolcie aż dotarł do sutków.

Wygięłam kręgosłup w jego stronę, wpychając mu piersi do ust.

O Boże kochany!

Tak, tak, tak!

Jimmy oparł się na jednym przedramieniu z boku mnie, by patrzeć na moje ciało, ale nie czułam się skrępowana.

Przechyliłam się lekko na bok, by lepiej go widzieć.

Dotykałam jedną ręką gorącej skóry jego pleców, wyczuwając pod nią twarde, napięte mięśnie, a drugą zjechałam po klatce piersiowej na równie co plecy twardy brzuch.

Od pępka w dół ciągnął się wąski pasek włosków, który chciałam poznać, a może nawet posmakować.

Wysunęłam czubek języka, by polizać swoje wargi.

Jimmy gładził mój brzuch, patrzył na mnie, całował mnie, a ja sięgnęłam do jego bokserek, zagryzając dolną wargę.

Jimmy mi na to nie pozwolił.

Położył mnie na plecach, pochylił się nade mną i gładził mnie palcami coraz niżej, cały czas obserwując.

Przejechał czubkami palców nad granicą moich majtek.

Tak bardzo tego chciałam!

Potem poczułam jego oddech na ustach.

- Eva? - wyszeptał i wiedziałam, o co pyta.

- Tak - odpowiedziałam.

Przysunął się do mnie i sięgnął niżej.

Poczułam, jak jego dłoń wślizguje się w moje majtki, potem była na szparce, potem między wargami, a potem…

Tak!

Tam!

Ponownie wygięłam się w łuk i zajęczałam.

Tym razem przycisnęłam biodra do jego ręki i rozłożyłam nogi, aby ułatwić mu dostęp.

- Tak? - zapytał.

- Tak! - wydyszałam.

Zacisnęłam palce na jego cudownej twardości przez bokserki, a potem nie sięgałam jej, bo się podniósł.

Patrzyłam zamglonym wzrokiem jak zdejmował bokserki i oto był, widziałam go w całej okazałości.

Jaki piękny.

Piękny, sztywny, duży, gotowy na mnie.

Idealny.

Dla mnie.

O Boże kochany!

Tak!

Schylił się po spodnie.

- Co robisz? - zapytałam, dysząc ciężko.

- Gumka - wymruczał grubym głosem.

- Ja nie muszę - powiedziałam mu, nagle ochrypła, i zrozumiał.

I nie musiałam, nie potrzebowałam, skoro od dwóch lat nie miałam miesiączki, a moim jedynym partnerem od lat był mój mąż.

- Badałem się niedawno - odpowiedział mi i zrozumiałam.

Robił test po ostatniej kobiecie, więc mówił mi, że był bezpieczny, czysty.

Więc mogliśmy być bez gumki.

Jego oczy błysnęły.

Bosko.

Uśmiechnęłam się.

Złapał mnie pod pachami, podciągnął mnie wyżej na łóżko, więc nogi nie zwisały mi już z niego, rzucił mnie tam i wszedł za mną na kolanach.

Znowu mnie całował, zdejmował mi majtki, głaszcząc przy tym po biodrach i pośladkach, a potem był między moimi nogami, oplotłam go zarzucając pięty na jego tyłek i już był we mnie.

Wbił się powoli, ale jednym ruchem.

Zajęczałam niskim głosem.

Czułam jego twardość wszystkimi ściankami, na całej długości.

Wypełniał mnie, więc ścisnęłam go całą sobą, a wtedy zawarczał.

Zatrzymał się, a ja ruszyłam niecierpliwie biodrami.

- Jimmy, proszę - wystękałam z trudem i uszczypnęłam go w dolną wargę zębami.

I wtedy zaczął pompować.

Czułam!

O Boże!

Czułam to tarcie!

Pierwotnie to był powolny rytm, który stopniowo narastał, dołączały się nasze dłonie wędrujące po skórze i usta zgniatające się wzajemnie.

Nasze języki zaczęły wojnę i ogarnął nas ogień.

Wsuwał się i wysuwał.

Czułam to!

I znowu, i znowu, i znowu

Chciałam to przedłużyć, ale byłam taka spragniona.

Zaczęłam pić z jego ust.

Czerpałam jego namiętność z jego wędrujących dłoni.

Wtedy to poczułam.

Narastało.

Wznosiło mnie.

Ogarniał mnie żar.

Wzlatywałam tak wysoko, jakbym nigdy nie miała opaść.

- Jimmy - zajęczałam nisko i kilka ruchów później doszłam.

Rozpadałam się i rodziłam na nowo.

Szybowałam między gwiazdami, odnajdując swoje miejsce w kosmosie.

Wiedziałam, że przez długi, bardzo długi czas byłam zagubiona.

A teraz właśnie się odnalazłam.

W trakcie swojego szczytowania poczułam, jak Jimmy wzmógł rytm, a potem osadził się wewnątrz mnie i zadrgał.

I było mi jeszcze lepiej, bo czułam, że się we mnie wlewał.

Leżałam tak, owijając go nogami i rękoma, czując jego ciężar na sobie i słysząc ciężki oddech, a potem zaczęłam się uspokajać, wyciszać.

I wracała rzeczywistość, i zaczęłam myśleć.

Co ja zrobiłam!

Nie, nie chciałam myśleć.

Odsunęłam to od siebie i rozluźniłam nogi, objęłam jego biodra jednym udem, aby leżeć z nim i obok niego.

Przesunął się lekko, opadł obok mnie, leżeliśmy zwróceni twarzami do siebie, głaskał bok mojej głowy i całował delikatnie mój nos, policzki i oczy.

Był nadal we mnie, a jego oczy były takie piękne.

Przesunęłam dłonią po jego obciętych niedawno włosach, westchnęłam i wtuliłam się czołem w jego gardło i tak trwałam długą chwilę.

Potem poczułam, że się ze mnie wyślizgnął, ale nadal nie drgnęłam.

Położył się na plecach, a ja leżałam na jego klatce piersiowej, z jedną nogą przerzuconą przez jego uda.

- Nie potrzebujesz się umyć? - zapytał cicho.

- Nie - mruknęłam.

Leżeliśmy tak jeszcze długą chwilę i byłam pewna, że zaczęłam zasypiać.

Wtedy poczułam, że Jimmy wysuwał się spode mnie.

Uniosłam głowę i zobaczyłam, że faktycznie zaczął wstawać.

Podniósł się z łóżka, a ja, nie podnosząc głowy, patrzyłam co robił.

Wstał i poruszał się wokół łóżka z dziwną, zamkniętą, pustą twarzą.

Naciągnął na mnie częściowo kołdrę nie patrząc na moje ciało.

Coś było nie tak.

Czułam to.

Założył bokserki, sięgnął spodnie i szarpnął je na nogi, a potem znalazł buty, które zrzucił jakoś po drodze.

Ja nadal miałam na sobie sandałki.

Sięgnęłam, aby je zdjąć, rozpinałam paski trzymając nogi bokiem na łóżku i wtedy dotarło do mnie, co on robi.

O, nie, nie, nie!

Wychodził.

Kiedy miał na sobie buty, spojrzał na mnie przez ramię.

- Hej - mruknął.

Patrzyłam zdezorientowana i niezdolna do jakiejkolwiek reakcji.

Bałam się.

Nie, byłam przerażona.

A kiedy skierował się do drzwi sypialni, przyciągnęłam poduszkę do swojego brzucha i objęłam ją ramionami.

- Zamknij za mną - usłyszałam jego pomruk z korytarza, a kilka sekund później usłyszałam trzaśnięcie.

Zamknął moje wejściowe drzwi.

Odszedł.

I w tym momencie pękło mi serce.


 

3 komentarze: