Rozdział
12
Tydzień później
4
lipca, w Dzień Niepodległości, Dominik zorganizował nam kolejnego grilla i
fajerwerki, więc zebraliśmy się wszyscy na terenie za kompleksem.
Przez
te kilka dni między Jimmy’m a mną było dobrze.
Nie
genialnie, nie super.
Właśnie
tak.
Dobrze.
Uwielbiałam,
i chyba Jimmy też, to, że byliśmy razem, ale nadal były między nami
niedopowiedzenia, tajemnice.
Jimmy
codziennie przynosił mi czerwoną różę.
Kiedy
to zrobił po raz pierwszy, na drugi dzień po tej nocy, którą spędziliśmy
oddzielnie, myślałam, że to na przeprosiny.
Wręczył
mi ją bez słowa, a ja podziękowałam, pocałował mnie długo i głęboko, a ja się uśmiechnęłam.
Uśmiechałam
się do końca dnia.
A
potem codziennie dostawałam piękną, czerwoną różę.
Lubiłam
to.
Nie
- kochałam to, tak samo jak kochałam
róże.
Jimmy
mówił mi też chyba w ten sposób, że podoba mu się mój tatuaż, chociaż to akurat
potrafił powiedzieć bez słów w inny sposób.
W
piątek ponownie na cały weekend przyjechali do nas Dorota i Michał.
Wszyscy
mówili na nich teraz Dora i Mick.
Znowu
zamieszkali w starym mieszkaniu Jimmy’ego.
Kiedy
weszli do mojego mieszkania zaraz po przyjeździe do kompleksu swoim służbowym
samochodem, Dorota od razu zauważyła róże.
-
Och, jakie piękne - zawołała i zauważyłam porozumiewawcze spojrzenia, jakie
wymienili z Michałem
-
Dziękuję - odparłam - Jimmy przynosi mi codziennie jedną.
Tak,
przynosił.
A
ja je pielęgnowałam, więc przez tydzień uzbierał się całkiem spory bukiet.
Widziałam,
że to uszczęśliwiło mojego syna.
Uśmiechnęłam
się do niego i zabrałam się za robienie późnej kolacji, bo przyjechali
wieczorem, a Jimmy też miał wkrótce wrócić z pracy.
Zrobiłam
wtedy po raz pierwszy dla Jimmy’ego, a ulubione przez Michała, moje domowe
spaghetti z sosem bolońskim.
Zaprosiłam
na weekend również Janet i, szczęśliwie, mogła przyjechać (niestety, Chris nie
mógł).
Spędzałyśmy
razem tyle czasu ile się dało, ale też ona spędzała czas z nami wszystkimi.
Znalazłyśmy
jednak chwilę we dwie, by porozmawiać od serca o różnych rzeczach, które mnie i
ją trapiły.
Dobrze
mieć przyjaciółkę.
Na
kilka godzin tylko pojechała w sobotnie popołudnie na jakieś spotkanie autorskie do księgarni,
by opowiadać o swoich książkach i podpisywać je.
Wieczorem
poszliśmy wszyscy razem na grilla i przedstawiłam jej moją rodzinę i
przyjaciół, a ją wszystkim dookoła.
Kiedy
siedziałyśmy na ławce przy stoliku w grupie dziewczyn, a faceci skupili się
przy grillu, Janet przyłapała moje spojrzenie skierowane na Jimmy’ego.
-
Dobrze, że go znalazłaś - powiedziała do mnie cicho - zasługujesz na szczęście.
Poczułam
odrobinę goryczy, która wykrzywiała mi usta, bo nie wiedziała co mówiła.
Może
znała się na ludziach, może znała mnie, ale nadal ja wiedziałam lepiej.
Jimmy
był przystojnym facetem z jakąś niedobrą tajemnicą, która trzymała go z dala
ode mnie, a ja byłam starą kobietą, która nawet nie była w jego guście i
również miała swoją tajemnicę.
To
mogło trwać przez chwilę, ale ostatecznie skończy się.
Zmusiłam
się do uśmiechu i spojrzałam na nią.
-
Tak - odparłam - dziękuję, kochana.
-
Serio, dziewczyno… - powiedziała poważnie mi się przypatrując i wiedziałam, że
wyczuwa mój fałsz - zostaw przeszłość. Masz nowe życie i możesz mieć odrobinę
tego dla siebie.
Alice,
Maggie i Sonija popatrzyły na siebie.
Dorota
szła w naszą stronę z talerzem steków z grilla.
Musiałam
to uciąć.
Uśmiechnęłam
się i podniosłam butelkę z piwem do góry w pozdrowieniu.
-
Wypijmy za to - rzuciłam niby lekko - żeby każda z nas miała trochę tego dla
siebie.
-
Wypijmy - mruknęła Janet i wiedziałam, że, szczęśliwie, znowu odpuściła.
Na
razie.
A
potem, wieczorem, Jimmy przywiózł na grilla gościa.
To
był ośmioletni chłopiec o imieniu Matt.
Ani
Jimmy, ani Matt nie mówili o swoim pokrewieństwie, ale rzucało się ono w oczy.
Te
same brwi, usta, ten sam kolor włosów.
Syn
Jimmy’ego?
W
którymś momencie pokrewieństwo przestało być istotne.
Stało
się tak, kiedy Matt stwierdził:
-
Moja matka to suka.
A
ja zamarłam.
Jimmy
przywołał go cicho do porządku, mówiąc tylko cicho „Matt”, ale sam fakt, że
dziecko w tym wieku mówiło takie słowa, świadczył o matce tego dziecka
najgorsze rzeczy.
Nie
zadawałam wtedy pytań, bo czekałam, aż Jimmy powie mi wszystko w swoim czasie.
Tak
się stało.
Kiedy
byliśmy przez chwilę na boku, bez towarzystwa, Jimmy powiedział mi, że to
właśnie z powodu Matta musiał opuścić nas w czasie biwaku i opowiedział mi
trochę o tym dziecku.
Chłopiec
uciekał z domu, od matki, bo nie mógł znieść panującej tam atmosfery i był tam
wykorzystywany jako pomoc domowa.
O
Boże kochany!
Ośmiolatek
uciekał z domu?
Dosłownie
poczułam, jak pali mnie w piersi złość na nieznaną mi kobietę, która była matką
tego biednego dziecka.
Jimmy
powiedział też, że zajmuje się trochę Mattem od dwóch lat, bo zmarła jego
babcia.
Czasem
Martha, mama Matta, dzwoniła do niego w środku dnia, kiedy nie mógł do nich pojechać,
ale czasem musiał rzucić wszystko.
Nie
dla niej, dla niego.
Nie
dopytywałam o to, bo musiałam dać Jimmy’emu czas.
Czekałam,
aż tama znowu puści i rozleje następne trochę Tajemnicy Z Życia Jimmy’ego.
W
czasie grilla Matt bawił się z Bertem, chociaż w ich wieku taka różnica lat to
była przepaść.
Mogło
się okazać, że to było koleżeństwo na jeden wieczór.
Grunt,
że dobrze się bawili.
Matt
wydawał się być miłym, sympatycznym i grzecznym chłopcem.
Nie
był hałaśliwy, głośny, czy wulgarny lub niegrzeczny, nie miewał głupich
pomysłów.
Nawet
wydał mi się zbyt poważny jak na swój wiek.
Jedyne,
co mnie uderzyło, to jego nieśmiałość.
Był
bardzo wycofany, uważał, że nic nie umie zrobić.
Po
zmierzchu były fajerwerki, głośne achy
i ochy z naszej strony i okrzyki
zachwytu ze strony dzieci.
Jimmy
ponownie okazał się mistrzem w panowaniu nad ogniem, jego fajerwerki były
spektakularne, idealne.
Potem
Jimmy odwiózł Matta do domu.
Pomagałam
wtedy sprzątać po grillu, chowaliśmy sprzęt i wyrzucaliśmy śmieci całą gromadą
- wszyscy sąsiedzi.
Po
jakimś czasie Jimmy wrócił, poszliśmy do mieszkania i już nie było czasu na
rozmowę.
Ponieważ
tego dnia miałam dla niego niespodziankę.
Pokazałam
Jimmy’emu (na sobie) mój komplet z czarnej satyny, koronki i nylonu.
Gorset,
pończochy, stringi i szpilki.
Nylonowe
pończochy z szewkiem z tyłu, przypięte tasiemkami do gorsetu z koronki i satyny.
Wszystko
czarne.
Coś,
co miałam od dłuższego czasu, co dostałam w prezencie, kiedy bawiliśmy się z
Markiem w różne gry, by podkręcić temperaturę.
Coś,
co podniecało mnie na tyle, że on nie
musiał zajmować się podniecaniem mnie (czego by nie zrobił).
Kiedy
Jimmy wyszedł z łazienki przygotowany do położenia się do łóżka, byłam w moim jedwabnym
szlafroku.
Musiałam
najpierw wyczuć, czy ma nastrój.
Nie
byłam również pewna tego, co chciałam zrobić.
Kiedy
zaczął mnie całować z wyraźną intencją, zwracając uwagę na moje nogi,
zdecydowałam się.
Pchnęłam
go na kanapę, włączyłam muzykę i zaczęłam „tańczyć”.
Kiedy
zdjęłam szlafrok i zobaczył mój strój, dostałam pierwszą seksowną reakcję.
Zawarczał.
Kręciłam
się przez chwilę, a potem zakręciłam biodrami tuż nad jego kolanami (jak to
widywałam na filmach).
Odwróciłam
się do niego tyłem i powtórzyłam moje ruchy.
A
potem zaczęłam zsuwać stringi, trzymając nogi wciąż wyprostowane, a tyłek skierowany
w jego stronę.
Kiedy
dotarłam do kostek, nie mogłam nie tylko ruszać tyłkiem, ale w ogóle nie mogłam
sama się ruszać.
To
Jimmy mną ruszał.
Rzucił
mnie na plecy na kanapę, a potem, jak tylko wydobyłam ciche Och z zaskoczenia, wbił się językiem w
moje usta.
Gładził
całe moje ciało, zjechał powoli dłonią po boku, biodrze i brzuchu, aż trafił
palcem tam, zakręcił, pogłaskał, a
potem wepchnął go do środka, wyciągnął i dołączył drugi, by to powtórzyć.
Byłam
już całkiem mokra.
Przemoczona.
Wydobył
moje piersi z gorsetu, zsunął się na nie ustami i ssał.
Mocno.
Zaskomliłam
i wygięłam się.
Potem
obrócił mnie plecami do siebie, zgiął w pasie, naciskając dłonią na tył mojej
głowy i rzucił mnie na kolana na siedzisko kanapy.
Ukląkł
za mną.
I
w ciągu sekundy był we mnie.
Nawet
nie zdążyłam zobaczyć, nie wiedziałam, kiedy zsunął spodnie od piżamy, które
zdążył włożyć w łazience.
Objął
mnie jedną ręką za żebra pod obydwoma piersiami i podniósł mój tułów, bym się
wyprostowała.
Wygięłam
głowę na jego ramię i podniosłam ręce do jego szyi.
Trzymał
mnie ciasno plecami przy swoim brzuchu i gryzł moją szyję i ucho.
Ruszałam
biodrami na boki z niecierpliwością, starałam się sięgnąć ręką do jego włosów i
jęczałam.
A
potem pchnął mnie z powrotem na kanapę, więc byłam na czworakach, bo oparłam
się dłońmi na siedzisku i zaczął mnie ostro pieprzyć.
Trzymał
mnie za biodra i pchał, a to było takie gwałtowne i dominujące, że od razu dochodziłam.
Szybko,
mocno i nieokiełznanie.
Nie
upłynęło nawet pięć minut, kiedy wygięłam się w łuk, wyjęczałam jego imię, zacisnęłam
paznokcie na obiciu oparcia kanapy i doszłam.
Jimmy,
jak zwykle, wyszarpywał się i wbijał w trakcie mojego orgazmu, aż sam również
doszedł.
Posadził
mnie okrakiem na swoich kolanach, wciąż na nim, plecami do jego brzucha,
gładził mnie po piersiach, szyi i włosach i powiedział, mrucząc mi do ucha, że
jestem taka ciasna, tak mocno go ściskam, że nie jest w stanie zapanować nad sobą,
kiedy dochodzę.
Nie
byłabym pewna, czy to dobrze, ale brzmiał wtedy, jakby to było bardzo dobrze.
*****
Dwa tygodnie później
Jimmy
pokazywał mi piękno gór Wasatch.
Tego
dnia mieliśmy zobaczyć popularne Hidden Falls, a potem pojechać rowerami przez Mill
South Fork.
Jimmy
ostrzegł mnie, że to trudna i długa trasa, ale obiecał, że zawrócimy, jak tylko
poczuję zmęczenie.
Zauważyłam,
że częściej czuję się zmęczona i Jimmy chyba też to zauważył, ale to zapewne
było związane z naszym bardzo aktywnym życiem seksualnym i gorącym latem w
górach.
Nie
byłam przyzwyczajona do życia na takiej wysokości, gorąca i tak suchego
powietrza.
Bert
wyjechał niedawno na dziesięć dni na obóz skautów i nie miałam żadnego stałego zajęcia
od rana.
Ale
przynajmniej raz w tygodniu jeździliśmy z Jimmy’m na wycieczki.
Jak
to zwykle robiliśmy, tego dnia również zapakowaliśmy rowery na (rozłożone na
płasko) tylne siedzenia i do bagażnika Highlandera, zabraliśmy koce, prowiant,
wodę i pojechaliśmy.
Jimmy
zaparkował swojego SUV’a na parkingu między licznymi samochodami,
zameldowaliśmy się u strażnika, zapłaciliśmy za wstęp i poszliśmy najpierw
zobaczyć Hidden Falls.
Były
to wodospady ukryte w skałach, do których wędrowało się wzdłuż rwącego
strumienia po kamieniach.
Świeży
powiew rozbryzgiwanej wody, która uspokajająco huczała nam pod nogami, był miłą
odmianą po gorącu ulic miasta.
Bardzo
mi się to podobało.
Potem
wróciliśmy na parking i wyjęliśmy rowery.
Jechaliśmy
niespiesznie, turystyczną trasą biegnącą po szczycie niezbyt gęsto zarośniętych
wzgórz.
Było
bardzo gorąco, bo dochodziło południe.
Omdlewałam.
Do
tego strasznie bolały mnie kolana, chociaż za nic w świecie nie przyznałabym
się do tego Jimmy’emu, żeby nie pomyślał, że byłam słaba i stara.
Po
pół godzinnej jeździe stwierdziłam, że jednak nie dam rady dojechać do jeziora
Blanche, które miało być na końcu trasy.
Niestety,
mieliśmy do niego jeszcze przynajmniej połowę drogi, a może dłużej i to lekko
pod górę.
A
powinnam jeszcze mieć siłę na powrót.
Więc
zawołałam Jimmy’ego i zatrzymaliśmy się obok siebie.
-
Przepraszam, ale chyba nie dam rady - powiedziałam mu, ale wiedziałam, że ma
dużo więcej siły niż ja i było mi przykro, że popsuję mu wycieczkę.
Miałam
wyrzuty sumienia.
-
Może ja zawrócę, a ty pojedziesz i spotkamy się przy samochodzie? - dodałam.
-
Mała, nie ma mowy - powiedział zdecydowanie - przyjechałem tu, żeby być z tobą,
żeby ci pokazać te miejsca, a nie dla widoków czy pokonania trasy.
Przerwał
na sekundę i przyglądał mi się, a potem zmienił nastrój.
-
Zresztą wolę, żebyś miała siłę na coś innego - dodał z błyskiem w oku, od
którego zrobiło mi się ciepło między nogami.
Uśmiechnęłam
się więc do niego i powiedziałam - Więc wracajmy.
Jechaliśmy
z powrotem z górki i było mi lekko nie tylko dlatego, że prawie dostałam zapowiedź
atrakcji na wieczór.
Dojechaliśmy
do parkingu, spakowaliśmy rowery do samochodu, pożegnaliśmy się machaniem ręki
ze strażnikiem (Jimmy kiwnął do niego brodą, a nie ręką) i wyjechaliśmy na
drogę powrotną do miasta.
Cottonwood
Canyon Road była szeroka i dobrze utrzymana.
Miała
gładki asfalt, szerokie pobocze i barierki zabezpieczające wszystkie
niebezpieczne odcinki.
Zresztą
z Jimmy’m zawsze czułam się bezpieczna.
Jimmy
powiedział mi, że mamy jakieś 15 minut do domu.
Mieliśmy
zatrzymać się gdzieś po drodze na lunch i dopiero później wrócić do mieszkania.
Nie
ukrywałam, że zaczęłam doceniać to, że mieszkania (i inne miejsca) miały
klimatyzację.
Nie
spodziewałam się w górach aż tak gorącego sierpnia.
Majstrowałam
przy radio, by zmienić muzykę na inną, kiedy Jimmy zamruczał - Co do cholery? -
i zjechał na pobocze.
Wyprostowałam
się na siedzeniu i rozejrzałam dookoła, by poszukać wzrokiem tego, o czym
mówił.
Po
drugiej stronie drogi, obok odrestaurowanego budynku z czerwonej cegły, droga
urywała się nagle i nie była zabezpieczona.
Na
jej skraju rosło stare drzewo.
Jimmy
wyskoczył pierwszy i, stojąc w otwartych drzwiach, rzucił do mnie:
-
Nie wysiadaj, poczekaj tu.
Wychyliłam
się, by spojrzeć w tamtą stronę przez przednią szybę i wtedy dopiero zobaczyłam,
że zza krawędzi drogi widać samochód.
Złapałam
torebkę i zaczęłam szukać swojej komórki.
Jimmy
wrócił i rozkazał ostro - Dzwoń pod 911 - a wtedy zobaczył, że mam już telefon
w dłoni.
Sięgnął
coś z bagażnika, pobiegł z powrotem na drugą stronę jezdni, a ja wysiadłam i,
rozglądając się, czy nie jedzie jakiś samochód, pobiegłam za nim.
Kiedy
dotarłam na drugą stronę jezdni wybrałam 911 i nacisnęłam Dzwoń.
Jimmy
przywiązał linę holowniczą, która najwidoczniej miał w samochodzie, do barierki
ochronnej na brzegu drogi i spuścił ją na dół.
Zobaczyłam,
że na skraju drogi położył apteczkę samochodową.
Przyłożyłam
telefon do ucha i słuchałam sygnału połączenia.
Jednocześnie
patrzyłam, jak Jimmy ostrożnie, ale z wprawą zsuwał się poza krawędź urwiska.
-
Operator 911, Jill Smith, w czym mogę pomóc? - odezwał się kobiecy głos i
natychmiast zaczęłam mówić:
-
Hej - powiedziałam pospiesznie do telefonu, podchodząc nieco bliżej do brzegu
jezdni.
-
Jestem Eva Borowski - przedstawiłam się - i z Jimmy’m Sparkiem jesteśmy na
drodze 190 i tu był wypadek. Samochód zsunął się z drogi. Potrzebna karetka
dla…
-
Ile tam jest osób, Jimmy? - zawołałam w dół urwiska.
-
Dwie dorosłe i dziecko - odkrzyknął Jimmy.
O
Boże!
Zamarłam
na pół sekundy, czułam huk tętniącej krwi w uszach, ale przemogłam to i mówiłam
do telefonu, stając ostrożnie na krawędzi drogi i patrząc na dół.
-
Dwie osoby dorosłe i dziecko - rzuciłam nieswoim głosem.
-
Powiedz, że drzwi się zakleszczyły. I nie wiem, czy nie iskrzy - krzyknął do
mnie Jimmy.
Przełknęłam
ślinę.
-
Potrzebne nożyce, bo drzwi się zakleszczyły… - powiedziałam cicho do telefonu -
…i możliwy pożar lub gorzej.
-
Kto tam jest? - zapytała operatorka - Niech się pani nie zbliża. Może mi pani
podać szczegóły lokalizacji?
-
Jimmy jest strażakiem z jednostki z Fire Station 13 - powiedziałam jej -
Jesteśmy przy budynkach…
-
To stara elektrownia wodna - zawołał Jimmy.
-
Elektrownia wodna - powiedziałam operatorce, ale chyba usłyszała, co mówił
Jimmy, bo prawie natychmiast odpowiedziała:
-
Okej, zawiadomiłam, karetka będzie najpóźniej za dziesięć, straż za siedem, ale
zawiadomię jeszcze 13, skoro mają tam swojego.
-
Ona jest przytomna, krwawi z głowy, on, kierowca, nieprzytomny, nie wyczuwam
pulsu, nie widzę ran - odezwał się ciszej z dołu Jimmy.
-
Kobieta przytomna, rana głowy. Mężczyzna nieprzytomny, brak pulsu, zakleszczony
za kierownicą - przekazałam operatorce i dodałam z własnych obserwacji:
-
Dziecko poniżej roku zapięte w foteliku z tyłu, płacze.
-
To dobrze - operatorka pewnym, zdecydowanym głosem, od którego poczułam się
lepiej, zapewniła mnie o czymś, co wiedziałam - to znaczy, że się boi, ale
prawdopodobnie wszystko z nim okej.
-
Wiem - powiedziałam jej szeptem i poczułam na sobie wzrok Jimmy’ego.
Widział,
że się denerwuję i martwił się.
-
Proszę się nie rozłączać i informować mnie - dodała.
Zeszłam
ostrożnie do wiszącego tam samochodu, starając się go nie dotykać, a potem
spróbowałam otworzyć delikatnie drzwi, żeby nie zaburzyć równowagi i nie zwalić
go niżej.
Otworzyły
się bez problemów.
-
Jimmy, czy mogę wyjąć dziecko z fotelikiem? - zapytałam, spoglądając przez
samochód.
Jimmy
właśnie skończył opatrywać kobietę (zobaczyłam biały opatrunek na jej czole) i próbował
uwolnić ją z pasów.
-
Okej - mruknął i spojrzał w moją stronę - …ale ostrożnie.
Nie
odpowiedziałam.
Przełączyłam
telefon na głośnik, żeby się nie rozłączać, wetknęłam go do tylnej, zapinanej
na suwak, kieszeni bluzy sportowej z krótkimi rękawami, którą miałam na sobie i
zapięłam ją.
Sięgnęłam
do fotelika obok zanoszącego się od płaczu dziecka, delikatnie, ale, o dziwo, bez
problemów jedną ręką rozpięłam pasy trzymające fotelik do siedzenia samochodu, a
drugą trzymała fotelik, po czym zaczęłam ostrożnie ciągnąć go w swoją stronę.
Co
za ulga.
Poszło
gładko i samochód nie drgnął.
Poślizgnęłam
się nieco na gałęziach o które opierałam nogi, ale utrzymałam równowagę i powoli
zaczęłam się wycofywać w stronę drogi, trzymając fotelik z dzieckiem oburącz
blisko siebie.
Kiedy
wreszcie dotarłam na górę, była spocona jak ruda mysz.
Ze
zmęczenia, wysiłku i emocji ścisnął mi się żołądek i zbierało mi się na
wymioty.
Przełknęłam
ślinę.
Dziecko
nadal zanosiło się z płaczu, kiedy postawiłam fotelik na jezdni.
Przez
kilka sekund zbierałam siły, pochyliłam się, opierając obie ręce na kolanach i oddychając
ciężko.
Później
przykucnęłam przy foteliku.
-
Ćśś - zamruczałam do maluszka, żałując, że nie znam żadnej angielskiej
kołysanki.
Postarałam
się znaleźć cienia, ale i tak było strasznie gorąco.
Wyjęłam
z kieszeni telefon i przekazałam operatorce, co się działo, że dziecko jest
wyciągnięte i kobieta też zaraz, prawdopodobnie, będzie.
Zapewniała
mnie, że pomoc zaraz będzie i uspokajała mnie mówiąc, że dobrze robimy.
Przeprosiłam
ją i rozłączyłam się, by się skupić na dziecku.
Minutę
później usłyszałam, jak Jimmy wspina się z trudem po urwisku.
Niósł
ostrożnie na rękach kobietę, która trochę krzyczała, popłakiwała, ale głównie
dopytywała się o dziecko.
Jimmy
owinął jej szyję kołnierzem ochronnym, ale wyglądało na to, że nic jej nie
boli, więc może nie miała innych urazów niż ta rana na głowie.
Kiedy
wchodził na drogę, rzuciłam się do Highlandera.
Na
tylnym siedzeniu mieliśmy koc.
Chciałam
go rozłożyć na asfalcie, aby było gdzie położyć kobietę.
Kiedy
rozglądałam się przed przejściem przez drogę, spojrzałam w prawo, zobaczyłam,
że zza zakrętu nadjeżdżał jakiś samochód.
Pomachałam
mu obiema rękoma nad głową, zatrzymał się za Highlander’em i wysiadła z niego młoda
para, patrząc w stronę Jimmy’ego.
-
Macie koc? - zapytałam - Potrzebny, żeby ją położyć obok dziecka - wskazałam na
kobietę
-
Mamy - kobieta rzuciła się do bagażnika.
Pobiegłam
po nasz, złapałam również butelkę z wodą, wróciłam, rozglądając się, czy nie
nadjeżdża ktoś jeszcze i uklękłam przy foteliku, widząc że Jimmy, asekurowany
przez faceta z tego samochodu, który stał teraz na poboczu, schodził ponownie do
tamtego auta w dole.
Klęczałam,
starając się uspokoić dziecko i matkę, wypytując o ich imiona, cel podróży, ale
myślami byłam przy Jimmy’m.
Wkrótce
później przyjechała karetka.
Ratownicy
zajęli się mamą i dzieckiem, jeden poszedł do Jimmy’ego, a niedługo potem
nadjechała straż.
Po
krótkiej akcji wyciągnęli wreszcie mężczyznę z samochodu i umieścili go na
noszach.
Wciągnęli
go na górę.
Okazało
się, że Jimmy podtrzymywał jego tętno i oddech, sięgając do niego przez otwarte
okno samochodu.
W
niewyobrażalnej pozycji.
Kiedy
wszyscy dotarli na drogę, kobieta wybuchnęła płaczem.
-
Uratował go pan - załkała do Jimmy’ego.
-
Uratował mu życie - patrzyła na mnie i mówiła do mnie, jakby uznała, że muszę
to wiedzieć.
Wiedziałam
bez tego.
Ratownicy
i strażacy zajęli się wszystkim, włącznie ze mną.
Jimmy
kazał mi iść do samochodu, ale wtedy przyjechali również koledzy Jimmy’ego (z
innego zespołu, ale znali się) z Davidem, który akurat tego dnia przypadkiem zamienił
się na dyżury z kumplem.
Wzięli
mnie do swojego wozu, posadzili na progu w cieniu i dali mi wody.
Siedziałam
schowana przed słońcem za ich wozem strażackim, dyszałam, rozglądałam się i
słuchałam, jak Jimmy opowiada wszystkie zdarzenia policji, która nadjechała
zaraz potem.
Opadała
ze mnie adrenalina, dotarło do mnie, co się stało, więc czułam zmęczenie i
oszołomienie.
Mnóstwo
ludzi, którzy w czasie tego wszystkiego się koło nas zatrzymali, kręciło się,
roztrząsając to, co zaszło.
A
ja słyszałam w myślach tylko głos kobiety Uratował
mu życie.
Podszedł
do mnie David.
Usiadł
obok, a ja spojrzałam na niego ze łzami, które wreszcie zebrały mi się w oczach
i wyszeptałam:
-
Uratował mu życie.
I
nie spuszczałam wzroku z Mężczyzny Z Moich Snów.
Zaczęłam
dygotać z nadmiaru emocji.
David
objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie.
Oddech
zatykał mi się z dumy.
Patrzyłam
na Jimmy’ego.
I
wiedziałam.
Kochałam go.
*****
Tydzień później
Jechałam
kolejny raz do remizy, bo pobyć z chłopakami.
Było
dosyć późno, tuż przed szóstą, i jechałam również po to, by zabrać Jimmy’ego do
domu.
Prowadziłam
jego Highlandera.
Czułam
się zmęczona.
Prawie
już nie kaszlałam.
Za
to od kilku dni od rana do wieczora przez cały czas byłam zmęczona.
Ale
uwielbiałam prowadzić samochód, zwłaszcza SUV’a, zwłaszcza hybrydę, zwłaszcza automat.
Czysta
przyjemność.
SUV
Jimmy’ego wymagał wymiany oleju i filtrów, jeszcze jakichś drobiazgów, więc
odwiozłam Jimmy’ego rano do pracy, pojechałam do serwisu i wróciłam do domu
taksówką.
Potem
popracowałam nad dokończeniem tłumaczenia książki, którą miałam oddać do
korekty w najbliższych dniach.
Zauważyłam,
że dziwnie boli mnie nadgarstek.
Jakbym
go przepracowała.
Więc
wyłączyłam laptop, żeby odpocząć od niego, a potem położyłam się na kanapie i przespałam
się.
Teraz,
prawie dziesięć godzin później, odebrałam Highlandera z warsztatu i jechałam
nim do remizy.
Musiałam
przyznać, że dobrze się go
prowadziło.
Lubiłam
mojego Priusa, był słodki, ale w tym SUV’ie siedziałam wysoko, widziałam wszystko
dookoła i silnik pracował jak złoto.
Jadąc,
wspominałam mój poprzedni pobyt w Fire Station 13.
Miałam
wtedy zajęcia w szkole Berta.
Były
to gry i zabawy na boisku, związane z rodzinnym współzawodnictwem.
Byłam
więc ubrana w strój częściowo sportowy: brązowe szorty, rozszerzane na udach,
stanik sportowy, którego ramiączka krzyżowały się między moimi łopatkami.
W
łazience w szkole zdjęłam przepoconą koszulkę sportową i założyłam inną - luźną
w ramionach, a obcisłą w talii, z krótkimi rękawkami, jaskrawo pomarańczową,
której dekolt powodował, że opadała mi z jednego ramienia.
Zmieniłam
również buty na sandałki na pięciocentymetrowym koturnie (żeby zdjąć Snickersy
i przepocone skarpetki).
Włosy,
które miałam spięte w koński ogon na czas zawodów sportowych, rozpuściłam i
potargałam palcami, by przeschły.
Ponieważ
wiedziałam, że będę przejeżdżała obok remizy, postanowiłam kupić donaty dla chłopaków
i kawę latte dla siebie i dużą americano dla Jimmy’ego.
Tak
zaopatrzona podjechałam na ich parking za remizą, zarzuciłam torebkę na ramię,
wzięłam pudło z donatami w jedną rękę, holder z kawą w drugą, zamknęłam Priusa,
balansując tym wszystkim niepewnie i poszłam do garażu.
Wchodząc
usłyszałam, jak ktoś woła dziwnie:
-
Yo, Oczy.
Obejrzałam
się, ale nie widziałam nikogo, kto zwracałby się do mnie, więc poszłam dalej,
ciągle balansując pudłem i holderem.
Kiedy
przechodziłam obok ich wozu, usłyszałam takie gwizdnięcie o trzech tonach,
jakiego faceci używają, by wyrazić uznanie.
Nie
odwróciłam się.
To
nie mogło mnie dotyczyć.
Potem
zobaczyłam, jak Jimmy wyłonił się zza wozu.
Uśmiechnęłam
się i poszłam w jego kierunku.
Zauważył
mnie i już się skierował w moją stronę, kiedy usłyszeliśmy obcy głos, wołający:
-
Lala.. - a potem wściekłe warknięcie Davida, którego nie zrozumiałam.
Zdziwiona
zaczęłam się odwracać, ale wtedy dotarł do
mnie Jimmy.
Złapał
mnie jedną ręką w talii, drugą wsunął mi we włosy na karku i przyciągnął mnie
do siebie.
Zaskoczona
cicho westchnęłam i rozłożyła ręce szeroko na boki, bo starałam się nie upuścić
ani pudła z donatami, ani holdera z kawą.
Jimmy
mnie pocałował bardziej mokro, gorąco, głęboko
i długo, dużo bardziej niż zwykle, a ja nie miałam innego wyjścia, jak mu się
poddać, bo obie ręce miałam zajęte.
Nie,
żebym chciała protestować.
Podobało
mi się to.
Obejmowało
to taniec języka w moich ustach, dłoń na plecach wsuwającą się pod koszulkę na
plecach i drugą dłoń zaciśniętą w pięść w moich włosach.
To było zaborcze.
Zaparło
mi dech, a potem mój oddech eskalował.
Kiedy
Jimmy się ode mnie odsunął i, patrząc w moje oczy, powiedział Hej, cieszyłam się, że mnie nie puścił.
Nogi
miałam tak miękkie, że chyba bym upadła.
Potem,
jakby gdyby nigdy nic, wyjął z mojej ręki pudło z donatami, objął ramieniem
moją talię i zaprowadził mnie na górę, usiedliśmy i zjedliśmy je, wypiliśmy
kawę, a chłopaki przychodzili i częstowali się.
Śmialiśmy
się przy tym jak to zwykle z nimi bywało.
Do
tej pory nie zrozumiałam, o co wtedy chodziło.
Dowiedziałam
się tylko, że „Oczy” to ksywka Davida
z wojska, więc tamten facet, którego nie widziałam, to był jego kumpel, ale
Jimmy nie chciał się rozgadywać na ten temat.
Nauczyłam
się już, że mówi mi wszystko o sobie i innych w swoim tempie, więc czekałam.
Pomyślałam,
że powinnam zapytać Jimmy’ego o ten pocałunek.
Może
dzisiaj będę miała okazję?
Kiedy
podjechałam na miejsce i skręcałam na parking, od razu zauważyłam, że nie ma
wozu chłopaków.
Zaparkowałam
na tyłach, wysiadłam i zamknęłam SUV’a, a potem poszłam od frontu, by się
rozejrzeć.
Weszłam
na górę i był tam Oli, ich kapitan.
-
Hej, Eva - powiedział do mnie.
-
Hej - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się niepewnie do niego, bo był najmniej
otwarty z nich wszystkich.
-
Pojechali na akcję - powiedział mi Oli - Powinni być w ciągu pół godziny.
Usiądź i zaczekaj.
-
Okej - odpowiedziałam, wcale nie uspokojona.
Bo
co miałam powiedzieć.
Po
prostu: musiałam usiąść i poczekać.
Zdarzało
się już kilka razy, że musiałam usiąść i poczekać, więc nie było to nic
niezwykłego. Chłopaki wracali potem z akcji i siadaliśmy, jedliśmy lunch lub
robiliśmy coś innego, co było zaplanowane.
Wiedziałam,
że mogło zdarzyć się, że musieli wziąć prysznic, zanim usiedli do posiłku, bo
bywali zadymieni lub w sadzach.
Wiedziałam,
że bywali zabandażowani i w plastrach.
Wiedziałam,
że to nie było bezpieczne, ciche zajęcie, jak praca za biurkiem.
Wiedziałam
też, że są dobrzy w tym, co robią.
I
ratowali życie i dobytek ludziom.
Ale
to nie znaczyło, że byłam do tego przyzwyczajona i podchodziłam do takich
sytuacji na luzie.
Ani
trochę.
Nie
mogłam więc czekać spokojnie.
Nawet,
jak byłam zmęczona.
Znałam
już trochę pomieszczenia, więc przeszłam przez salę główną, weszłam głębiej i zajęłam
się kuchnią. Pozmywałam kubki, umyłam blaty, zrobiłam przegląd i porządek w
lodówce, wyniosłam śmieci.
Oli
przyszedł do kuchni, nalał sobie kawę z dzbanka do kubka i stanął oparty
biodrami o blat.
Przyglądał
się przez chwilę temu, jak się krzątałam.
-
Hej - powiedziałam - Ty też jesteś głodny?
Zobaczyłam,
jak jego oczy zrobiły się ciepłe.
Zaskoczyło
mnie to i speszyło.
Spuściłam
wzrok na blat i podniosłam rękę w niepotrzebnym geście zakładania włosów za
ucho.
Stare
nawyki.
-
Normalnie. - odpowiedział na moje pytanie.
-
Też kończę dyżur, więc zaraz pojadę do domu i coś zjem - dodał.
-
No tak - powiedziałam do siebie.
Spojrzałam
tęsknie w stronę okna wychodzącego na front, ale nic nie widziałam.
Ciągle
nie wracali.
-
Nie martw się - powiedział cicho Oli - Wiedzą, co robią.
-
Wiem - przyznałam, spoglądając na niego spod oka.
Chyba
zobaczył, że i tak się martwię, bo sięgnął do mnie, ścisnął delikatnie moją
szyję i odszedł do swojego biura.
Pomyślałam,
że jego żona to prawdziwa szczęściara.
Był
przystojny, mądry i troskliwy.
Potem
znowu kręciłam się bez sensu, bo szukałam zajęcia, żeby nie siedzieć bezczynnie
i nie myśleć o tym, co tam może się dziać.
Oli
nie powiedział mi do jakiego zdania pojechali, więc to mogło być wszystko, od kota
na drzewie przez pożar fabryki.
Trwało
to jeszcze około piętnastu minut.
Przy
kolejnym zakręceniu się miedzy kanapą a kuchnią, ucieszyłam się, bo usłyszałam samochód
wjeżdżający do garażu pod nami.
A
potem ciszę.
Nawet
nie było słychać ich głosów.
Nie
podobało mi się to.
Kaszel,
zmęczenie, gonitwa myśli z ostatnich tygodni spowodowały, że nagle moja
wyobraźnia podsunęła mi najgorszy scenariusz.
To,
jak się to wszystko mogło skończyć.
Pierwszy
po schodach wszedł Alex.
Był
spocony, ale nie zadymiony.
Tylko
na rękawie miał krew.
Zobaczył,
że stoję spięta na środku pomieszczenia, podszedł do mnie z poważną miną i
zaczął:
-
Jezu, Eva. Był wypadek - i na te straszne słowa…
Bo
to było coś strasznego.
Alex był poważny!
Poczułam,
że w pomieszczeniu nagle zabrakło powietrza.
Pociemniało
mi przed oczami, ale jeszcze stałam kompletnie bez ruchu i słuchałam dalej.
-
Jimmy… wyszedł na jezdnię, żeby zabezpieczyć… i wtedy… - słyszałam jak przez
watę głos Alexa.
O
Boże kochany!
-
Jezu, Eva… - krzyknął nagle.
Wyrzuciłam
ręce przed siebie.
Nie
mogłam słuchać dalej.
Wzięłam
głęboki wdech.
Głowa
nagle mi miała zaraz eksplodować.
Nie,
nie, nie.
To
się nie dzieje.
-
Nie znowu - jęknęłam do siebie.
Nie Jimmy!
Nie mogłam
go stracić.
Serce
mi się ścisnęło.
Nogi
się ugięły pode mną.
Złapałam
włosy w dłonie i skuliłam się na podłodze.
Powietrze
wypełniło wycie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń