sobota, 15 stycznia 2022

12 - Wypadek

 

Rozdział 12

Wypadek

 

 

 

 

Tydzień później

4 lipca, w Dzień Niepodległości, Dominik zorganizował nam kolejnego grilla i fajerwerki, więc zebraliśmy się wszyscy na terenie za kompleksem.

Przez te kilka dni między Jimmy’m a mną było dobrze.

Nie genialnie, nie super.

Właśnie tak.

Dobrze.

Uwielbiałam, i chyba Jimmy też, to, że byliśmy razem, ale nadal były między nami niedopowiedzenia, tajemnice.

Jimmy codziennie przynosił mi czerwoną różę.

Kiedy to zrobił po raz pierwszy, na drugi dzień po tej nocy, którą spędziliśmy oddzielnie, myślałam, że to na przeprosiny.

Wręczył mi ją bez słowa, a ja podziękowałam, pocałował mnie długo i głęboko, a ja się uśmiechnęłam.

Uśmiechałam się do końca dnia.

A potem codziennie dostawałam piękną, czerwoną różę.

Lubiłam to.

Nie - kochałam to, tak samo jak kochałam róże.

Jimmy mówił mi też chyba w ten sposób, że podoba mu się mój tatuaż, chociaż to akurat potrafił powiedzieć bez słów w inny sposób.

W piątek ponownie na cały weekend przyjechali do nas Dorota i Michał.

Wszyscy mówili na nich teraz Dora i Mick.

Znowu zamieszkali w starym mieszkaniu Jimmy’ego.

Kiedy weszli do mojego mieszkania zaraz po przyjeździe do kompleksu swoim służbowym samochodem, Dorota od razu zauważyła róże.

- Och, jakie piękne - zawołała i zauważyłam porozumiewawcze spojrzenia, jakie wymienili z Michałem

- Dziękuję - odparłam - Jimmy przynosi mi codziennie jedną.

Tak, przynosił.

A ja je pielęgnowałam, więc przez tydzień uzbierał się całkiem spory bukiet.

Widziałam, że to uszczęśliwiło mojego syna.

Uśmiechnęłam się do niego i zabrałam się za robienie późnej kolacji, bo przyjechali wieczorem, a Jimmy też miał wkrótce wrócić z pracy.

Zrobiłam wtedy po raz pierwszy dla Jimmy’ego, a ulubione przez Michała, moje domowe spaghetti z sosem bolońskim.

Zaprosiłam na weekend również Janet i, szczęśliwie, mogła przyjechać (niestety, Chris nie mógł).

Spędzałyśmy razem tyle czasu ile się dało, ale też ona spędzała czas z nami wszystkimi.

Znalazłyśmy jednak chwilę we dwie, by porozmawiać od serca o różnych rzeczach, które mnie i ją trapiły.

Dobrze mieć przyjaciółkę.

Na kilka godzin tylko pojechała w sobotnie popołudnie  na jakieś spotkanie autorskie do księgarni, by opowiadać o swoich książkach i podpisywać je.

Wieczorem poszliśmy wszyscy razem na grilla i przedstawiłam jej moją rodzinę i przyjaciół, a ją wszystkim dookoła.

Kiedy siedziałyśmy na ławce przy stoliku w grupie dziewczyn, a faceci skupili się przy grillu, Janet przyłapała moje spojrzenie skierowane na Jimmy’ego.

- Dobrze, że go znalazłaś - powiedziała do mnie cicho - zasługujesz na szczęście.

Poczułam odrobinę goryczy, która wykrzywiała mi usta, bo nie wiedziała co mówiła.

Może znała się na ludziach, może znała mnie, ale nadal ja wiedziałam lepiej.

Jimmy był przystojnym facetem z jakąś niedobrą tajemnicą, która trzymała go z dala ode mnie, a ja byłam starą kobietą, która nawet nie była w jego guście i również miała swoją tajemnicę.

To mogło trwać przez chwilę, ale ostatecznie skończy się.

Zmusiłam się do uśmiechu i spojrzałam na nią.

- Tak - odparłam - dziękuję, kochana.

- Serio, dziewczyno… - powiedziała poważnie mi się przypatrując i wiedziałam, że wyczuwa mój fałsz - zostaw przeszłość. Masz nowe życie i możesz mieć odrobinę tego dla siebie.

Alice, Maggie i Sonija popatrzyły na siebie.

Dorota szła w naszą stronę z talerzem steków z grilla.

Musiałam to uciąć.

Uśmiechnęłam się i podniosłam butelkę z piwem do góry w pozdrowieniu.

- Wypijmy za to - rzuciłam niby lekko - żeby każda z nas miała trochę tego dla siebie.

- Wypijmy - mruknęła Janet i wiedziałam, że, szczęśliwie, znowu odpuściła.

Na razie.

A potem, wieczorem, Jimmy przywiózł na grilla gościa.

To był ośmioletni chłopiec o imieniu Matt.

Ani Jimmy, ani Matt nie mówili o swoim pokrewieństwie, ale rzucało się ono w oczy.

Te same brwi, usta, ten sam kolor włosów.

Syn Jimmy’ego?

W którymś momencie pokrewieństwo przestało być istotne.

Stało się tak, kiedy Matt stwierdził:

- Moja matka to suka.

A ja zamarłam.

Jimmy przywołał go cicho do porządku, mówiąc tylko cicho „Matt”, ale sam fakt, że dziecko w tym wieku mówiło takie słowa, świadczył o matce tego dziecka najgorsze rzeczy.

Nie zadawałam wtedy pytań, bo czekałam, aż Jimmy powie mi wszystko w swoim czasie.

Tak się stało.

Kiedy byliśmy przez chwilę na boku, bez towarzystwa, Jimmy powiedział mi, że to właśnie z powodu Matta musiał opuścić nas w czasie biwaku i opowiedział mi trochę o tym dziecku.

Chłopiec uciekał z domu, od matki, bo nie mógł znieść panującej tam atmosfery i był tam wykorzystywany jako pomoc domowa.

O Boże kochany!

Ośmiolatek uciekał z domu?

Dosłownie poczułam, jak pali mnie w piersi złość na nieznaną mi kobietę, która była matką tego biednego dziecka.

Jimmy powiedział też, że zajmuje się trochę Mattem od dwóch lat, bo zmarła jego babcia.

Czasem Martha, mama Matta, dzwoniła do niego w środku dnia, kiedy nie mógł do nich pojechać, ale czasem musiał rzucić wszystko.

Nie dla niej, dla niego.

Nie dopytywałam o to, bo musiałam dać Jimmy’emu czas.

Czekałam, aż tama znowu puści i rozleje następne trochę Tajemnicy Z Życia Jimmy’ego.

W czasie grilla Matt bawił się z Bertem, chociaż w ich wieku taka różnica lat to była przepaść.

Mogło się okazać, że to było koleżeństwo na jeden wieczór.

Grunt, że dobrze się bawili.

Matt wydawał się być miłym, sympatycznym i grzecznym chłopcem.

Nie był hałaśliwy, głośny, czy wulgarny lub niegrzeczny, nie miewał głupich pomysłów.

Nawet wydał mi się zbyt poważny jak na swój wiek.

Jedyne, co mnie uderzyło, to jego nieśmiałość.

Był bardzo wycofany, uważał, że nic nie umie zrobić.

Po zmierzchu były fajerwerki, głośne achy i ochy z naszej strony i okrzyki zachwytu ze strony dzieci.

Jimmy ponownie okazał się mistrzem w panowaniu nad ogniem, jego fajerwerki były spektakularne, idealne.

Potem Jimmy odwiózł Matta do domu.

Pomagałam wtedy sprzątać po grillu, chowaliśmy sprzęt i wyrzucaliśmy śmieci całą gromadą - wszyscy sąsiedzi.

Po jakimś czasie Jimmy wrócił, poszliśmy do mieszkania i już nie było czasu na rozmowę.

Ponieważ tego dnia miałam dla niego niespodziankę.

Pokazałam Jimmy’emu (na sobie) mój komplet z czarnej satyny, koronki i nylonu.

Gorset, pończochy, stringi i szpilki.

Nylonowe pończochy z szewkiem z tyłu, przypięte tasiemkami do gorsetu z koronki i satyny.

Wszystko czarne.

Coś, co miałam od dłuższego czasu, co dostałam w prezencie, kiedy bawiliśmy się z Markiem w różne gry, by podkręcić temperaturę.

Coś, co podniecało mnie na tyle, że on nie musiał zajmować się podniecaniem mnie (czego by nie zrobił).

Kiedy Jimmy wyszedł z łazienki przygotowany do położenia się do łóżka, byłam w moim jedwabnym szlafroku.

Musiałam najpierw wyczuć, czy ma nastrój.

Nie byłam również pewna tego, co chciałam zrobić.

Kiedy zaczął mnie całować z wyraźną intencją, zwracając uwagę na moje nogi, zdecydowałam się.

Pchnęłam go na kanapę, włączyłam muzykę i zaczęłam „tańczyć”.

Kiedy zdjęłam szlafrok i zobaczył mój strój, dostałam pierwszą seksowną reakcję.

Zawarczał.

Kręciłam się przez chwilę, a potem zakręciłam biodrami tuż nad jego kolanami (jak to widywałam na filmach).

Odwróciłam się do niego tyłem i powtórzyłam moje ruchy.

A potem zaczęłam zsuwać stringi, trzymając nogi wciąż wyprostowane, a tyłek skierowany w jego stronę.

Kiedy dotarłam do kostek, nie mogłam nie tylko ruszać tyłkiem, ale w ogóle nie mogłam sama się ruszać.

To Jimmy mną ruszał.

Rzucił mnie na plecy na kanapę, a potem, jak tylko wydobyłam ciche Och z zaskoczenia, wbił się językiem w moje usta.

Gładził całe moje ciało, zjechał powoli dłonią po boku, biodrze i brzuchu, aż trafił palcem tam, zakręcił, pogłaskał, a potem wepchnął go do środka, wyciągnął i dołączył drugi, by to powtórzyć.

Byłam już całkiem mokra.

Przemoczona.

Wydobył moje piersi z gorsetu, zsunął się na nie ustami i ssał.

Mocno.

Zaskomliłam i wygięłam się.

Potem obrócił mnie plecami do siebie, zgiął w pasie, naciskając dłonią na tył mojej głowy i rzucił mnie na kolana na siedzisko kanapy.

Ukląkł za mną.

I w ciągu sekundy był we mnie.

Nawet nie zdążyłam zobaczyć, nie wiedziałam, kiedy zsunął spodnie od piżamy, które zdążył włożyć w łazience.

Objął mnie jedną ręką za żebra pod obydwoma piersiami i podniósł mój tułów, bym się wyprostowała.

Wygięłam głowę na jego ramię i podniosłam ręce do jego szyi.

Trzymał mnie ciasno plecami przy swoim brzuchu i gryzł moją szyję i ucho.

Ruszałam biodrami na boki z niecierpliwością, starałam się sięgnąć ręką do jego włosów i jęczałam.

A potem pchnął mnie z powrotem na kanapę, więc byłam na czworakach, bo oparłam się dłońmi na siedzisku i zaczął mnie ostro pieprzyć.

Trzymał mnie za biodra i pchał, a to było takie gwałtowne i dominujące, że od razu dochodziłam.

Szybko, mocno i nieokiełznanie.

Nie upłynęło nawet pięć minut, kiedy wygięłam się w łuk, wyjęczałam jego imię, zacisnęłam paznokcie na obiciu oparcia kanapy i doszłam.

Jimmy, jak zwykle, wyszarpywał się i wbijał w trakcie mojego orgazmu, aż sam również doszedł.

Posadził mnie okrakiem na swoich kolanach, wciąż na nim, plecami do jego brzucha, gładził mnie po piersiach, szyi i włosach i powiedział, mrucząc mi do ucha, że jestem taka ciasna, tak mocno go ściskam, że nie jest w stanie zapanować nad sobą, kiedy dochodzę.

Nie byłabym pewna, czy to dobrze, ale brzmiał wtedy, jakby to było bardzo dobrze.

*****

Dwa tygodnie później

Jimmy pokazywał mi piękno gór Wasatch.

Tego dnia mieliśmy zobaczyć popularne Hidden Falls, a potem pojechać rowerami przez Mill South Fork.

Jimmy ostrzegł mnie, że to trudna i długa trasa, ale obiecał, że zawrócimy, jak tylko poczuję zmęczenie.

Zauważyłam, że częściej czuję się zmęczona i Jimmy chyba też to zauważył, ale to zapewne było związane z naszym bardzo aktywnym życiem seksualnym i gorącym latem w górach.

Nie byłam przyzwyczajona do życia na takiej wysokości, gorąca i tak suchego powietrza.

Bert wyjechał niedawno na dziesięć dni na obóz skautów i nie miałam żadnego stałego zajęcia od rana.

Ale przynajmniej raz w tygodniu jeździliśmy z Jimmy’m na wycieczki.

Jak to zwykle robiliśmy, tego dnia również zapakowaliśmy rowery na (rozłożone na płasko) tylne siedzenia i do bagażnika Highlandera, zabraliśmy koce, prowiant, wodę i pojechaliśmy.

Jimmy zaparkował swojego SUV’a na parkingu między licznymi samochodami, zameldowaliśmy się u strażnika, zapłaciliśmy za wstęp i poszliśmy najpierw zobaczyć Hidden Falls.

Były to wodospady ukryte w skałach, do których wędrowało się wzdłuż rwącego strumienia po kamieniach.

Świeży powiew rozbryzgiwanej wody, która uspokajająco huczała nam pod nogami, był miłą odmianą po gorącu ulic miasta.

Bardzo mi się to podobało.

Potem wróciliśmy na parking i wyjęliśmy rowery.

Jechaliśmy niespiesznie, turystyczną trasą biegnącą po szczycie niezbyt gęsto zarośniętych wzgórz.

Było bardzo gorąco, bo dochodziło południe.

Omdlewałam.

Do tego strasznie bolały mnie kolana, chociaż za nic w świecie nie przyznałabym się do tego Jimmy’emu, żeby nie pomyślał, że byłam słaba i stara.

Po pół godzinnej jeździe stwierdziłam, że jednak nie dam rady dojechać do jeziora Blanche, które miało być na końcu trasy.

Niestety, mieliśmy do niego jeszcze przynajmniej połowę drogi, a może dłużej i to lekko pod górę.

A powinnam jeszcze mieć siłę na powrót.

Więc zawołałam Jimmy’ego i zatrzymaliśmy się obok siebie.

- Przepraszam, ale chyba nie dam rady - powiedziałam mu, ale wiedziałam, że ma dużo więcej siły niż ja i było mi przykro, że popsuję mu wycieczkę.

Miałam wyrzuty sumienia.

- Może ja zawrócę, a ty pojedziesz i spotkamy się przy samochodzie? - dodałam.

- Mała, nie ma mowy - powiedział zdecydowanie - przyjechałem tu, żeby być z tobą, żeby ci pokazać te miejsca, a nie dla widoków czy pokonania trasy.

Przerwał na sekundę i przyglądał mi się, a potem zmienił nastrój.

- Zresztą wolę, żebyś miała siłę na coś innego - dodał z błyskiem w oku, od którego zrobiło mi się ciepło między nogami.

Uśmiechnęłam się więc do niego i powiedziałam - Więc wracajmy.

Jechaliśmy z powrotem z górki i było mi lekko nie tylko dlatego, że prawie dostałam zapowiedź atrakcji na wieczór.

Dojechaliśmy do parkingu, spakowaliśmy rowery do samochodu, pożegnaliśmy się machaniem ręki ze strażnikiem (Jimmy kiwnął do niego brodą, a nie ręką) i wyjechaliśmy na drogę powrotną do miasta.

Cottonwood Canyon Road była szeroka i dobrze utrzymana.

Miała gładki asfalt, szerokie pobocze i barierki zabezpieczające wszystkie niebezpieczne odcinki.

Zresztą z Jimmy’m zawsze czułam się bezpieczna.

Jimmy powiedział mi, że mamy jakieś 15 minut do domu.

Mieliśmy zatrzymać się gdzieś po drodze na lunch i dopiero później wrócić do mieszkania.

Nie ukrywałam, że zaczęłam doceniać to, że mieszkania (i inne miejsca) miały klimatyzację.

Nie spodziewałam się w górach aż tak gorącego sierpnia.

Majstrowałam przy radio, by zmienić muzykę na inną, kiedy Jimmy zamruczał - Co do cholery? - i zjechał na pobocze.

Wyprostowałam się na siedzeniu i rozejrzałam dookoła, by poszukać wzrokiem tego, o czym mówił.

Po drugiej stronie drogi, obok odrestaurowanego budynku z czerwonej cegły, droga urywała się nagle i nie była zabezpieczona.

Na jej skraju rosło stare drzewo.

Jimmy wyskoczył pierwszy i, stojąc w otwartych drzwiach, rzucił do mnie:

- Nie wysiadaj, poczekaj tu.

Wychyliłam się, by spojrzeć w tamtą stronę przez przednią szybę i wtedy dopiero zobaczyłam, że zza krawędzi drogi widać samochód.

Złapałam torebkę i zaczęłam szukać swojej komórki.

Jimmy wrócił i rozkazał ostro - Dzwoń pod 911 - a wtedy zobaczył, że mam już telefon w dłoni.

Sięgnął coś z bagażnika, pobiegł z powrotem na drugą stronę jezdni, a ja wysiadłam i, rozglądając się, czy nie jedzie jakiś samochód, pobiegłam za nim.

Kiedy dotarłam na drugą stronę jezdni wybrałam 911 i nacisnęłam Dzwoń.

Jimmy przywiązał linę holowniczą, która najwidoczniej miał w samochodzie, do barierki ochronnej na brzegu drogi i spuścił ją na dół.

Zobaczyłam, że na skraju drogi położył apteczkę samochodową.

Przyłożyłam telefon do ucha i słuchałam sygnału połączenia.

Jednocześnie patrzyłam, jak Jimmy ostrożnie, ale z wprawą zsuwał się poza krawędź urwiska.

- Operator 911, Jill Smith, w czym mogę pomóc? - odezwał się kobiecy głos i natychmiast zaczęłam mówić:

- Hej - powiedziałam pospiesznie do telefonu, podchodząc nieco bliżej do brzegu jezdni.

- Jestem Eva Borowski - przedstawiłam się - i z Jimmy’m Sparkiem jesteśmy na drodze 190 i tu był wypadek. Samochód zsunął się z drogi. Potrzebna karetka dla…

- Ile tam jest osób, Jimmy? - zawołałam w dół urwiska.

- Dwie dorosłe i dziecko - odkrzyknął Jimmy.

O Boże!

Zamarłam na pół sekundy, czułam huk tętniącej krwi w uszach, ale przemogłam to i mówiłam do telefonu, stając ostrożnie na krawędzi drogi i patrząc na dół.

- Dwie osoby dorosłe i dziecko - rzuciłam nieswoim głosem.

- Powiedz, że drzwi się zakleszczyły. I nie wiem, czy nie iskrzy - krzyknął do mnie Jimmy.

Przełknęłam ślinę.

- Potrzebne nożyce, bo drzwi się zakleszczyły… - powiedziałam cicho do telefonu - …i możliwy pożar lub gorzej.

- Kto tam jest? - zapytała operatorka - Niech się pani nie zbliża. Może mi pani podać szczegóły lokalizacji?

- Jimmy jest strażakiem z jednostki z Fire Station 13 - powiedziałam jej - Jesteśmy przy budynkach…

- To stara elektrownia wodna - zawołał Jimmy.

- Elektrownia wodna - powiedziałam operatorce, ale chyba usłyszała, co mówił Jimmy, bo prawie natychmiast odpowiedziała:

- Okej, zawiadomiłam, karetka będzie najpóźniej za dziesięć, straż za siedem, ale zawiadomię jeszcze 13, skoro mają tam swojego.

- Ona jest przytomna, krwawi z głowy, on, kierowca, nieprzytomny, nie wyczuwam pulsu, nie widzę ran - odezwał się ciszej z dołu Jimmy.

- Kobieta przytomna, rana głowy. Mężczyzna nieprzytomny, brak pulsu, zakleszczony za kierownicą - przekazałam operatorce i dodałam z własnych obserwacji:

- Dziecko poniżej roku zapięte w foteliku z tyłu, płacze.

- To dobrze - operatorka pewnym, zdecydowanym głosem, od którego poczułam się lepiej, zapewniła mnie o czymś, co wiedziałam - to znaczy, że się boi, ale prawdopodobnie wszystko z nim okej.

- Wiem - powiedziałam jej szeptem i poczułam na sobie wzrok Jimmy’ego.

Widział, że się denerwuję i martwił się.

- Proszę się nie rozłączać i informować mnie - dodała.

Zeszłam ostrożnie do wiszącego tam samochodu, starając się go nie dotykać, a potem spróbowałam otworzyć delikatnie drzwi, żeby nie zaburzyć równowagi i nie zwalić go niżej.

Otworzyły się bez problemów.

- Jimmy, czy mogę wyjąć dziecko z fotelikiem? - zapytałam, spoglądając przez samochód.

Jimmy właśnie skończył opatrywać kobietę (zobaczyłam biały opatrunek na jej czole) i próbował uwolnić ją z pasów.

- Okej - mruknął i spojrzał w moją stronę - …ale ostrożnie.

Nie odpowiedziałam.

Przełączyłam telefon na głośnik, żeby się nie rozłączać, wetknęłam go do tylnej, zapinanej na suwak, kieszeni bluzy sportowej z krótkimi rękawami, którą miałam na sobie i zapięłam ją.

Sięgnęłam do fotelika obok zanoszącego się od płaczu dziecka, delikatnie, ale, o dziwo, bez problemów jedną ręką rozpięłam pasy trzymające fotelik do siedzenia samochodu, a drugą trzymała fotelik, po czym zaczęłam ostrożnie ciągnąć go w swoją stronę.

Co za ulga.

Poszło gładko i samochód nie drgnął.

Poślizgnęłam się nieco na gałęziach o które opierałam nogi, ale utrzymałam równowagę i powoli zaczęłam się wycofywać w stronę drogi, trzymając fotelik z dzieckiem oburącz blisko siebie.

Kiedy wreszcie dotarłam na górę, była spocona jak ruda mysz.

Ze zmęczenia, wysiłku i emocji ścisnął mi się żołądek i zbierało mi się na wymioty.

Przełknęłam ślinę.

Dziecko nadal zanosiło się z płaczu, kiedy postawiłam fotelik na jezdni.

Przez kilka sekund zbierałam siły, pochyliłam się, opierając obie ręce na kolanach i oddychając ciężko.

Później przykucnęłam przy foteliku.

- Ćśś - zamruczałam do maluszka, żałując, że nie znam żadnej angielskiej kołysanki.

Postarałam się znaleźć cienia, ale i tak było strasznie gorąco.

Wyjęłam z kieszeni telefon i przekazałam operatorce, co się działo, że dziecko jest wyciągnięte i kobieta też zaraz, prawdopodobnie, będzie.

Zapewniała mnie, że pomoc zaraz będzie i uspokajała mnie mówiąc, że dobrze robimy.

Przeprosiłam ją i rozłączyłam się, by się skupić na dziecku.

Minutę później usłyszałam, jak Jimmy wspina się z trudem po urwisku.

Niósł ostrożnie na rękach kobietę, która trochę krzyczała, popłakiwała, ale głównie dopytywała się o dziecko.

Jimmy owinął jej szyję kołnierzem ochronnym, ale wyglądało na to, że nic jej nie boli, więc może nie miała innych urazów niż ta rana na głowie.

Kiedy wchodził na drogę, rzuciłam się do Highlandera.

Na tylnym siedzeniu mieliśmy koc.

Chciałam go rozłożyć na asfalcie, aby było gdzie położyć kobietę.

Kiedy rozglądałam się przed przejściem przez drogę, spojrzałam w prawo, zobaczyłam, że zza zakrętu nadjeżdżał jakiś samochód.

Pomachałam mu obiema rękoma nad głową, zatrzymał się za Highlander’em i wysiadła z niego młoda para, patrząc w stronę Jimmy’ego.

- Macie koc? - zapytałam - Potrzebny, żeby ją położyć obok dziecka - wskazałam na kobietę

- Mamy - kobieta rzuciła się do bagażnika.

Pobiegłam po nasz, złapałam również butelkę z wodą, wróciłam, rozglądając się, czy nie nadjeżdża ktoś jeszcze i uklękłam przy foteliku, widząc że Jimmy, asekurowany przez faceta z tego samochodu, który stał teraz na poboczu, schodził ponownie do tamtego auta w dole.

Klęczałam, starając się uspokoić dziecko i matkę, wypytując o ich imiona, cel podróży, ale myślami byłam przy Jimmy’m.

Wkrótce później przyjechała karetka.

Ratownicy zajęli się mamą i dzieckiem, jeden poszedł do Jimmy’ego, a niedługo potem nadjechała straż.

Po krótkiej akcji wyciągnęli wreszcie mężczyznę z samochodu i umieścili go na noszach.

Wciągnęli go na górę.

Okazało się, że Jimmy podtrzymywał jego tętno i oddech, sięgając do niego przez otwarte okno samochodu.

W niewyobrażalnej pozycji.

Kiedy wszyscy dotarli na drogę, kobieta wybuchnęła płaczem.

- Uratował go pan - załkała do Jimmy’ego.

- Uratował mu życie - patrzyła na mnie i mówiła do mnie, jakby uznała, że muszę to wiedzieć.

Wiedziałam bez tego.

Ratownicy i strażacy zajęli się wszystkim, włącznie ze mną.

Jimmy kazał mi iść do samochodu, ale wtedy przyjechali również koledzy Jimmy’ego (z innego zespołu, ale znali się) z Davidem, który akurat tego dnia przypadkiem zamienił się na dyżury z kumplem.

Wzięli mnie do swojego wozu, posadzili na progu w cieniu i dali mi wody.

Siedziałam schowana przed słońcem za ich wozem strażackim, dyszałam, rozglądałam się i słuchałam, jak Jimmy opowiada wszystkie zdarzenia policji, która nadjechała zaraz potem.

Opadała ze mnie adrenalina, dotarło do mnie, co się stało, więc czułam zmęczenie i oszołomienie.

Mnóstwo ludzi, którzy w czasie tego wszystkiego się koło nas zatrzymali, kręciło się, roztrząsając to, co zaszło.

A ja słyszałam w myślach tylko głos kobiety Uratował mu życie.

Podszedł do mnie David.

Usiadł obok, a ja spojrzałam na niego ze łzami, które wreszcie zebrały mi się w oczach i wyszeptałam:

- Uratował mu życie.

I nie spuszczałam wzroku z Mężczyzny Z Moich Snów.

Zaczęłam dygotać z nadmiaru emocji.

David objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie.

Oddech zatykał mi się z dumy.

Patrzyłam na Jimmy’ego.

I wiedziałam.

Kochałam go.

*****

Tydzień później

Jechałam kolejny raz do remizy, bo pobyć z chłopakami.

Było dosyć późno, tuż przed szóstą, i jechałam również po to, by zabrać Jimmy’ego do domu.

Prowadziłam jego Highlandera.

Czułam się zmęczona.

Prawie już nie kaszlałam.

Za to od kilku dni od rana do wieczora przez cały czas byłam zmęczona.

Ale uwielbiałam prowadzić samochód, zwłaszcza SUV’a, zwłaszcza hybrydę, zwłaszcza automat.

Czysta przyjemność.

SUV Jimmy’ego wymagał wymiany oleju i filtrów, jeszcze jakichś drobiazgów, więc odwiozłam Jimmy’ego rano do pracy, pojechałam do serwisu i wróciłam do domu taksówką.

Potem popracowałam nad dokończeniem tłumaczenia książki, którą miałam oddać do korekty w najbliższych dniach.

Zauważyłam, że dziwnie boli mnie nadgarstek.

Jakbym go przepracowała.

Więc wyłączyłam laptop, żeby odpocząć od niego, a potem położyłam się na kanapie i przespałam się.

Teraz, prawie dziesięć godzin później, odebrałam Highlandera z warsztatu i jechałam nim do remizy.

Musiałam przyznać, że dobrze się go prowadziło.

Lubiłam mojego Priusa, był słodki, ale w tym SUV’ie siedziałam wysoko, widziałam wszystko dookoła i silnik pracował jak złoto.

Jadąc, wspominałam mój poprzedni pobyt w Fire Station 13.

Miałam wtedy zajęcia w szkole Berta.

Były to gry i zabawy na boisku, związane z rodzinnym współzawodnictwem.

Byłam więc ubrana w strój częściowo sportowy: brązowe szorty, rozszerzane na udach, stanik sportowy, którego ramiączka krzyżowały się między moimi łopatkami.

W łazience w szkole zdjęłam przepoconą koszulkę sportową i założyłam inną - luźną w ramionach, a obcisłą w talii, z krótkimi rękawkami, jaskrawo pomarańczową, której dekolt powodował, że opadała mi z jednego ramienia.

Zmieniłam również buty na sandałki na pięciocentymetrowym koturnie (żeby zdjąć Snickersy i przepocone skarpetki).

Włosy, które miałam spięte w koński ogon na czas zawodów sportowych, rozpuściłam i potargałam palcami, by przeschły.

Ponieważ wiedziałam, że będę przejeżdżała obok remizy, postanowiłam kupić donaty dla chłopaków i kawę latte dla siebie i dużą americano dla Jimmy’ego.

Tak zaopatrzona podjechałam na ich parking za remizą, zarzuciłam torebkę na ramię, wzięłam pudło z donatami w jedną rękę, holder z kawą w drugą, zamknęłam Priusa, balansując tym wszystkim niepewnie i poszłam do garażu.

Wchodząc usłyszałam, jak ktoś woła dziwnie:

- Yo, Oczy.

Obejrzałam się, ale nie widziałam nikogo, kto zwracałby się do mnie, więc poszłam dalej, ciągle balansując pudłem i holderem.

Kiedy przechodziłam obok ich wozu, usłyszałam takie gwizdnięcie o trzech tonach, jakiego faceci używają, by wyrazić uznanie.

Nie odwróciłam się.

To nie mogło mnie dotyczyć.

Potem zobaczyłam, jak Jimmy wyłonił się zza wozu.

Uśmiechnęłam się i poszłam w jego kierunku.

Zauważył mnie i już się skierował w moją stronę, kiedy usłyszeliśmy obcy głos, wołający:

- Lala.. - a potem wściekłe warknięcie Davida, którego nie zrozumiałam.

Zdziwiona zaczęłam się odwracać, ale wtedy dotarł do  mnie Jimmy.

Złapał mnie jedną ręką w talii, drugą wsunął mi we włosy na karku i przyciągnął mnie do siebie.

Zaskoczona cicho westchnęłam i rozłożyła ręce szeroko na boki, bo starałam się nie upuścić ani pudła z donatami, ani holdera z kawą.

Jimmy mnie pocałował bardziej mokro, gorąco, głęboko i długo, dużo bardziej niż zwykle, a ja nie miałam innego wyjścia, jak mu się poddać, bo obie ręce miałam zajęte.

Nie, żebym chciała protestować.

Podobało mi się to.

Obejmowało to taniec języka w moich ustach, dłoń na plecach wsuwającą się pod koszulkę na plecach i drugą dłoń zaciśniętą w pięść w moich włosach.

To było zaborcze.

Zaparło mi dech, a potem mój oddech eskalował.

Kiedy Jimmy się ode mnie odsunął i, patrząc w moje oczy, powiedział Hej, cieszyłam się, że mnie nie puścił.

Nogi miałam tak miękkie, że chyba bym upadła.

Potem, jakby gdyby nigdy nic, wyjął z mojej ręki pudło z donatami, objął ramieniem moją talię i zaprowadził mnie na górę, usiedliśmy i zjedliśmy je, wypiliśmy kawę, a chłopaki przychodzili i częstowali się.

Śmialiśmy się przy tym jak to zwykle z nimi bywało.

Do tej pory nie zrozumiałam, o co wtedy chodziło.

Dowiedziałam się tylko, że „Oczy” to ksywka Davida z wojska, więc tamten facet, którego nie widziałam, to był jego kumpel, ale Jimmy nie chciał się rozgadywać na ten temat.

Nauczyłam się już, że mówi mi wszystko o sobie i innych w swoim tempie, więc czekałam.

Pomyślałam, że powinnam zapytać Jimmy’ego o ten pocałunek.

Może dzisiaj będę miała okazję?

Kiedy podjechałam na miejsce i skręcałam na parking, od razu zauważyłam, że nie ma wozu chłopaków.

Zaparkowałam na tyłach, wysiadłam i zamknęłam SUV’a, a potem poszłam od frontu, by się rozejrzeć.

Weszłam na górę i był tam Oli, ich kapitan.

- Hej, Eva - powiedział do mnie.

- Hej - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się niepewnie do niego, bo był najmniej otwarty z nich wszystkich.

- Pojechali na akcję - powiedział mi Oli - Powinni być w ciągu pół godziny. Usiądź i zaczekaj.

- Okej - odpowiedziałam, wcale nie uspokojona.

Bo co miałam powiedzieć.

Po prostu: musiałam usiąść i poczekać.

Zdarzało się już kilka razy, że musiałam usiąść i poczekać, więc nie było to nic niezwykłego. Chłopaki wracali potem z akcji i siadaliśmy, jedliśmy lunch lub robiliśmy coś innego, co było zaplanowane.

Wiedziałam, że mogło zdarzyć się, że musieli wziąć prysznic, zanim usiedli do posiłku, bo bywali zadymieni lub w sadzach.

Wiedziałam, że bywali zabandażowani i w plastrach.

Wiedziałam, że to nie było bezpieczne, ciche zajęcie, jak praca za biurkiem.

Wiedziałam też, że są dobrzy w tym, co robią.

I ratowali życie i dobytek ludziom.

Ale to nie znaczyło, że byłam do tego przyzwyczajona i podchodziłam do takich sytuacji na luzie.

Ani trochę.

Nie mogłam więc czekać spokojnie.

Nawet, jak byłam zmęczona.

Znałam już trochę pomieszczenia, więc przeszłam przez salę główną, weszłam głębiej i zajęłam się kuchnią. Pozmywałam kubki, umyłam blaty, zrobiłam przegląd i porządek w lodówce, wyniosłam śmieci.

Oli przyszedł do kuchni, nalał sobie kawę z dzbanka do kubka i stanął oparty biodrami o blat.

Przyglądał się przez chwilę temu, jak się krzątałam.

- Hej - powiedziałam - Ty też jesteś głodny?

Zobaczyłam, jak jego oczy zrobiły się ciepłe.

Zaskoczyło mnie to i speszyło.

Spuściłam wzrok na blat i podniosłam rękę w niepotrzebnym geście zakładania włosów za ucho.

Stare nawyki.

- Normalnie. - odpowiedział na moje pytanie.

- Też kończę dyżur, więc zaraz pojadę do domu i coś zjem - dodał.

- No tak - powiedziałam do siebie.

Spojrzałam tęsknie w stronę okna wychodzącego na front, ale nic nie widziałam.

Ciągle nie wracali.

- Nie martw się - powiedział cicho Oli - Wiedzą, co robią.

- Wiem - przyznałam, spoglądając na niego spod oka.

Chyba zobaczył, że i tak się martwię, bo sięgnął do mnie, ścisnął delikatnie moją szyję i odszedł do swojego biura.

Pomyślałam, że jego żona to prawdziwa szczęściara.

Był przystojny, mądry i troskliwy.

Potem znowu kręciłam się bez sensu, bo szukałam zajęcia, żeby nie siedzieć bezczynnie i nie myśleć o tym, co tam może się dziać.

Oli nie powiedział mi do jakiego zdania pojechali, więc to mogło być wszystko, od kota na drzewie przez pożar fabryki.

Trwało to jeszcze około piętnastu minut.

Przy kolejnym zakręceniu się miedzy kanapą a kuchnią, ucieszyłam się, bo usłyszałam samochód wjeżdżający do garażu pod nami.

A potem ciszę.

Nawet nie było słychać ich głosów.

Nie podobało mi się to.

Kaszel, zmęczenie, gonitwa myśli z ostatnich tygodni spowodowały, że nagle moja wyobraźnia podsunęła mi najgorszy scenariusz.

To, jak się to wszystko mogło skończyć.

Pierwszy po schodach wszedł Alex.

Był spocony, ale nie zadymiony.

Tylko na rękawie miał krew.

Zobaczył, że stoję spięta na środku pomieszczenia, podszedł do mnie z poważną miną i zaczął:

- Jezu, Eva. Był wypadek - i na te straszne słowa…

Bo to było coś strasznego.

Alex był poważny!

Poczułam, że w pomieszczeniu nagle zabrakło powietrza.

Pociemniało mi przed oczami, ale jeszcze stałam kompletnie bez ruchu i słuchałam dalej.

- Jimmy… wyszedł na jezdnię, żeby zabezpieczyć… i wtedy… - słyszałam jak przez watę głos Alexa.

O Boże kochany!

- Jezu, Eva… - krzyknął nagle.

Wyrzuciłam ręce przed siebie.

Nie mogłam słuchać dalej.

Wzięłam głęboki wdech.

Głowa nagle mi miała zaraz eksplodować.

Nie, nie, nie.

To się nie dzieje.

- Nie znowu - jęknęłam do siebie.

Nie Jimmy!

Nie mogłam go stracić.

Serce mi się ścisnęło.

Nogi się ugięły pode mną.

Złapałam włosy w dłonie i skuliłam się na podłodze.

Powietrze wypełniło wycie.


 


3 komentarze: